to strona traktująca o naszych zmaganiach z rowerami!
Okrutny upał panował już od kilku dni. Stanowczo utrudniał życie, był po prostu nieznośny, oblepiał sobą wszystko dokoła, stanowił zaporę niemal nie do pokonania. Wykonanie jakiegokolwiek ruchu w takich warunkach wymagało wielkiego wysiłku, nawet zmuszenie mózgu do jakiejkolwiek myśli było ogromnym wyzwaniem. Najłatwiej byłoby po prostu schować się pod zimną wodą i czekać aż to wszystko przeminie, ale nie należy iść na łatwiznę, dlatego podjąłem wyzwanie, a w zasadzie wezwanie, które Krzyś zamieścił na stronie i wyposażony w ręcznik i kąpielówki ruszyłem w sobotni poranek w stronę Błoń. To znaczy nie całkiem sam, bo przecież z Krzysiem spotkałem się już pod moją bramą i na Błonia pojechaliśmy już razem. Na miejscu zbiórki czekała już na nas całkiem spora gromadka. Ktoś nawet zasugerował, że lekko się spóźniliśmy, ale zegarek Prezesa pokazywał 9.59, a każdy przecież wie, że czas na zegarku Prezesa jest czasem obowiązującym w naszym klubie i na wszystkich naszych wyjazdach – to po prostu taki wirujący czas. Ale może porzucę czas i wrócę do tej gromady osób, która z czasem jeszcze się powiększyła. Okazało się, że nie tylko mnie udało się przebić przez kotary ustawione dokoła nas przez upał. Na Błoniach stawiło się aż 9 osób, w tym mocna reprezentacja rodziny Wróblewskich w męskim składzie, czyli Przemek i jego syn. Maciuś, co prawda brał już wcześniej udział w kilku wirujących wycieczkach, ale dotąd zawsze siedział na specjalnym foteliku przymocowanym do roweru swego tatusia. Tym razem przyjechał na własnym rowerku, napędzanym siłą własnych nóżek. Oprócz nich pojawiła się niezawodna Gosia S, a także Bernard G, Tomek K, Leszek K oraz Gustaw C, który przybył na tą wycieczkę aż z Poznania(ponoć wracać miał nie do poznania)! Oczywiście był też Krzysiu S i ja, bo inaczej nie mógłbym przecież o tym wszystkim opowiadać. Odczekaliśmy kwadrans studencki pompując tradycyjnie koła, a gdy okazało się, że już nikt nie ma zamiaru do nas dołączyć, ruszyliśmy w stronę ścieżki rowerowej prowadzącej do Tyńca. Szczerze powiedziawszy myślałem, że przejazd ten w towarzystwie Maciusia zajmie nam sporo czasu, ale ten mały chłopiec wykazał się ogromnym zapałem i dzielnie pedałował na swym małym rowerku nie odstając specjalnie tempem od nas, choć kółeczka miał kilka razy mniejsze od tych, które kręciły się w naszych rowerach. Dość powiedzieć, że przesuwaliśmy się do przodu z prędkością koło 17km/h – brawo Maciuś! W takim składzie przejechaliśmy ładnych parę kilometrów, aż za Skałki Twardowskiego, w tamtych rejonach na ścieżce czekała na nas jeszcze jedna cyklistka, która na chwilę dołączyła do naszego zastępu – to była siostrzyczka Maciusia, czyli Łucja, na swoim trójkołowym rowerku. Oczywiście nie była sama, była tam też Basia W, która już nie raz z nami jechała, ale tym razem zamiast dołączyć, odłączyła od nas najmłodszą grupę, czyli Maciusia z Łucją. Pozostała nas tylko ósemka, mogłoby się wydawać, że skoro zabrakło najmłodszego, ruszymy teraz z zawrotną prędkością do przodu, ale jakoś niewiele się ta nasza prędkość zmieniła, a jeśli już to może nawet lekko spadła. Inna sprawa, że Przemek postawił na mocno przełajowe ścieżki. Oczywiście dobrze było, gdy jeszcze mogliśmy jechać po ścieżce, bo były bardziej ekstremalne fragmenty, w których musieliśmy się z wielkim mozołem przedzierać przez bagniste łąki. Jakoś jednak udało się dotrzeć z powrotem do tynieckiej ścieżki rowerowej, a tam gładko, płasko i lekko. Po chwili byliśmy już przy torze kajakowym, a po krótkich dyskusjach dotyczących dalszych planów obraliśmy kurs na Tomaszowice. Dzięki kładce rowerowej, którą przerzucono przez Wisłę, nie musieliśmy przynajmniej dyskutować jak dostać się na drugą stronę rzeki i po chwili już wchodziliśmy do sklepu firmy Jubilat przy ulicy Orlej, gdzie zaopatrzyliśmy się w wodę i uzupełnili niedobór węglowodanów, zjadając lody i czekolady. Trzeba się było posilić, by wzmocnić się przed czekającą nas premią górską, której meta mieściła się na przeciwko obserwatorium astronomicznego UJ. Wspiąć się na tą górę w ogóle nie jest łatwo, a zrobić to w sprinterskim tempie to już wyczyn, ale dokonaliśmy tego i po wyrównaniu lekko przyspieszonych oddechów pojechaliśmy w dół, by po chwili skręcić w dobrze nam znane rejony naszych końskich terenów. Przedzierając się przez lasy i knieje, pokonując niebezpieczne wzniesienia, doły i wądoły, a nawet tory kolejowe, kierowaliśmy się w stronę Szczyglic. Leszek K w ramach dodawania do atrakcji wykonał nawet skok przez kierownicę z lądowaniem na obie nogi, odległość uzyskał nawet całkiem niezłą, ale sędziowie odjęli mu punkty za brak telemarku. W ten sposób dotarliśmy w okolice Szczyglic, gdzie niestety musieliśmy pożegnać kolejne osoby – Leszek K i Przemek W musieli wracać do Krakowa z ważnych powodów rodzinnych, a pozostała szóstka niezmiennie kręciła w stronę Tomaszowic. Za nami było już sporo kilometrów, upał się nie zmniejszał, natomiast zdecydowanie rosło nasze zmęczenie. Sił dodawała nam wizja pięknego stawu wypełnionego chłodną wodą, który czekał na nas u celu podróży. Ta wizja niosła nas przez najbliższe kilometry, aż w końcu zmaterializowała się, gdy zaparkowaliśmy nasze rowery przy domu Wojtka Z. Jeszcze tylko parę kroków i można było się zanurzyć w cudownej wodzie i chłonąć każdym porem skóry jej chłód, który przenikał aż do naszego wnętrza, wypędzając stamtąd nieznośny upał. W zasadzie najrozsądniej byłoby pozostać w tej wodzie już do końca dnia, ale przecież czekała nas jeszcze droga powrotna, poza tym nie można stresować ryb, które w stawie pływają, bo to ponoć źle wpływa na ich smak na talerzu. Nie można przede wszystkim wypowiadać przy nich słów na „w” i na „h”, bo to stresuje je najbardziej. Gdy nabraliśmy już odpowiedniej ilości chłodu, wsiedliśmy z powrotem na nasze rowery i obrali kierunek na Błonia. Oczywiście nie poszliśmy na łatwiznę i nie pojechaliśmy najprostszą i najkrótszą drogą, znów troszkę pokluczyliśmy po okolicznych drogach i bezdrożach, gubiąc na którymś z zakrętów Tomka K. Dlatego do Błoń dotarła nas już tylko piątka. Dwójka, czyli Gosia S i Gustaw C, przesiadła się tu do samochodów, a my już tylko we trzech, pojechaliśmy na ulicę Wiślną, by tam tradycyjnie zakończyć wycieczkę pysznymi lodami z firmy Argasinśkich. Smakowały wybornie po takiej wycieczce i jak najbardziej na nie zasłużyliśmy, bo przejechaliśmy ponad 50 kilometrów, a przecież upał był niezły, więc troszkę musieliśmy się namęczyć.