Obrazek tytułowy

tu można przeczytać słów kilka o naszych zmaganiach z pokonanymi trasami!




Bez zatrzymanki! Prawie!

            Zaproszenie wysłałem zbyt późno, za co bardzo przepraszam! Jednak nie byłem sam. Po pobudce, uporawszy się z tym co św. Mikołaj przynosi grzecznym, pojechałem na godz. 9.30 na Błonia. Tam po krótkim oczekiwaniu, razem z Wojtasem J. ruszylismy "na trasę". Plan był ambitny, postanowiliśmy, że gdziekolwiek uda się nam pojechać będziemy jechać bez zatrzymywania się. Na takiej wycieczce chyba jeszcze nie byłem. Pojechaliśmy przez Sikornik, ZOO, Kopiec Piłsudskiego, okolice Tabuna i Las Wolski. Założenia , poza małymi wyjątkami na pchanie rowerów, udało się zrealizować prawie w pełni. Piękna pogoda i o dziwo, prawie zupełny brak ludzi na trasie przyczyniły się do tego, że po przejechaniu ok. 30 km, bez specjalnych przygód i niespodzianek wróciliśmy do domów zadowoleni.
Pozdrawiam

KS


W trzecią rocznicę - pedałowanie!

            Sobota. Od rana zmiany w nielicznym składzie na wyjazd. Maciek jednak przezwyciężył pokusę i nie jedzie. Zdrowie jednak (naj)ważniejsze.
I tak wielkie dzięki za lojalność i gotowość do wyjazdu w przypadku gdybym był jedynym chętnym.
Niespodziewanie Skała dzwoni i zgłasza chęć wyjazdu. Będzie wesoło. Pan Skała duch niespokojny. Do kompletu Magda Szydłowska. Prawdziwy twardziel wśród Pań i nie tylko. I jak zawsze w doskonałym nastroju, skromna i gotowa na wszystko...
Z nadzieją odczekaliśmy jeszcze kwadrans studencki po Leroyem... Nikogo więcej. Żal. W Zabierzowie dołaczyła Magda i hajda autami pod kościół w Bolechowicach - na nasz ulubiony parking. Ciemne chmury zapowiadały spełnienie prognoz - śnieg. Potem okazało się że rzeczywiście - śniegu nie brakowało, wiatru też. Trasa miała być pod Maćka - łagodnie i po płaskim - ale skoro mam dwójkę twardzieli do towarzystwa - realizuję wariant ostrzejszy (co nie znaczy ostry - jak widać na mapie). Polecieliśmy więc z pierwszymi płatkami na Kluczwodę - aż do końca - pod granicę zaborów - dalej z powrotem (śmiesznie brzmi..;]) do czerwonego szlaku i w górę...do ścieżki dydaktycznej, którą (a jakże) zaliczylim. Potem trochę asfaltu i w górę do Wierzchowia. Ileż się tu pięknych i malowniczo położonych domów pobudowało ! Aż zazdrość bierze...Zwłaszcza jeden zrobił na nas wrażenia - przy zielonym szlaku z pięknym widokiem na szpiczaste skały jaskini wierzchowskiej. Cudo !
Potem zielonym szlakiem w śnieżycy (Skała ma parę zdjęć w komórce - czekamy aż dokona przełomu i uda mu się zgrać do kompa..) - i po wyjątkowo śliskiej nawierzchni polecieliśmy ku lasom ośnieżeni jak bałwany... Na koniec już prawie cały czas z górki - do Bolechowic - odkopywać samochody...
Było miło. Jak zawsze. No bo jak inaczej miało by być...? Szkoda tylko że nas tak mało było. Rozumiem, że nie zaliczamy tego wyjazdu jako oficjalnego rocznicowego. Aha. Miała być jeszcze niespodziewanka - ale cóż - poczeka... Magda, Skała - dzięki, dzięki ! Magda - pamiętaj o zmianie opon !!!!
PW

Trasa sobotniej wycieczki: oto mapa

W trzecią rocznicę!

            Tym razem o samym wirowaniu nie mam nic do powiedzenia. Jak przystało na chwilowego inwalidę, czas przedpołudniowej wycieczki przesiedziałem w domu. Jak się potem okazało, takich kontuzjowanych jest w naszym gronie obecnie znacznie więcej - niestety! Przy okazji życzę wszystkim dużo zdrowia!!!
Tylko z opowiadań wiem, że dzielna grupa cyklistów przemieszczała się po świecie w 3 osobowym składzie(Magda S, Paweł S oraz Przemek W). Pogoda ich nie oszczędzała, co prawda rozpoczynali jeszcze w słońcu, ale potem musieli się zmagać z prawdziwie zimowymi warunkami - byli naprawdę dzielni i brawa dla tej wspaniałej trójki za to, że odważyli się swoją wycieczką wpleść w obchody 3-lecia KWP jakiś rowerowy akcent!
Mam nadzieję, że sami opowiedzą nam coś więcej na temat wycieczki, a na razie nie pozostaje mi nic innego, jak przejść do drugiej części świętowania, która odbyła się w gościnnych progach "Fortu 39" mieszącego się w Olszanicy. Tam zebrała się spora gromada członków klubu i osób zaprzyjaźnionych, by wspólnie świętować fakt ukończenia trzech lat przez "Wirujących Pedałów". Dodam tylko, że zima dodała sporo atrakcji i dojechać na miejsce nie było łatwo, także, a może przede wszystkim, samochodami. Udało się jednak jakoś dotrzeć, pokonać wszelkie przeciwności losu i w końcu mogliśmy się skupić na pokazywanych przez Karola S zdjęciach z jego niesamowitej, trzymiesięcznej, wyprawy po Ameryce Południowej - proszę sobie wyobrazić, że przez ten czas pokonał ponad 4tys. kilometrów na rowerze!!! Zdjęcia były wspaniałe, a cały pokaz został okraszony opowieściami, którymi raczył nas Karol. Kto nie był, niech żałuje, naprawdę jest czego!
Po tym niesamowitym pokazie na krótko przeszliśmy jeszcze do ogniska, gdzie raczyliśmy się pysznymi kiełbaskami, które cierpliwie przygotowywał dla nas Jasiek S. Kiełbaski znikły szybko, a że zrobiło się już późno, ruszyliśmy do swoich domów. Żegnącj się, wyraziliśmy nadzieję, że w najbliższym czasie uda nam się częściej spotykać na klubowych wycieczkach.
CHCIAŁBYM JESZCZE RAZ GORĄCO PODZIĘKOWAĆ BEACIE M ZA MIŁE PRZYJĘCIE W FORCIE!!!


Na mecie Tour de Pologne!

            Dwudziesty dzień września 2008 roku, był dniem niezwykle szarym, zimnym i mokrym, ale był też sobotą, a skoro sobota, to musi być przecież wycieczka cyklistów z grona KWP i nie inaczej było tym razem. Mimo niesprzyjającej pogody spotkaliśmy się z Krzysiem pod moją bramą i ruszyliśmy w stronę Błoń, na tradycyjne miejsce spotkań. Dziś dojechać tam nie było łatwo, bo wszędzie stały barierki zabezpieczające trasę, którą będą jechać kolarze startujący w Tour de Pologne. Jakoś jednak przemknęliśmy i o 10 zjawiliśmy się w Cichym Kąciku, gdzie czekał już na nas Paweł S, zwany Skałą. Pogadaliśmy przez 15 minut, bo tyle przecież trwa zwyczajowy "kwadrans studencki", ale zgodnie z tym, co podejrzewaliśmy, nikt oprócz nas się nie pojawił. Przez chwilę też zastanawialiśmy się, czy nie pojechać najkrótszą drogą do domów, ale okazaliśmy się dzielni i ruszyliśmy w przeciwną stronę. Ze względu na warunki nawierzchniowe postanowiliśmy zrobić asfaltową wycieczkę. Początek trasy tradycyjny, czyli podjazd pod Sikornik i tam pierwsza premia górska - dziś bez postoju na odpoczynek, szkoda było tracić ciepła. Następna premia górska znajdowała się przy krakowskim ZOO, gdzie też wyjechaliśmy asfaltem - zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Obok ZOO znajduje się lokal "Frankówka", który kusił swym ciepłym wnętrzem, więc zdecydowaliśmy się na krótki postój. Stwierdziliśmy, że zdecydowanie należy się nam chwila spędzona w suchym miejscu z gorącą herbatką w dłoniach. Ogrzani herbatką i ciepłym uśmiechem pracujących w tym miejscu pań, dziarsko wskoczyliśmy na rowery i podjęli kolejną dzielną decyzję - nie skracamy etapu jak kolarze z Tour de Pologne, lecz jedziemy na drugą stronę Wisły, aby potem wrócić do domu tyniecką ścieżką rowerową. Ostry zjazd spod ZOO rozgrzał nasze hamulce, a widoki, które ujrzeliśmy wyjeżdżając na łąkę na Bielanach rozgrzał nasze dusze. Aż żal było jechać dalej, ale przecież nie mogliśmy tam zostać, bo czekała na nas jeszcze bardzo miła trasa. Myśleliśmy, że jak zwykle będę spore kłopoty z przejazdem na drugą stronę Wisły, ale tu małe zaskoczenie. Tuż obok toru kajakowego powstaje bowiem kładka rowerowa, na razie jeszcze nie jest skończona, ale kusiło nas, by spróbować przedostać się nią na drugi brzeg. Wyglądało na to, że jest to możliwe, choć wszystko tam jeszcze w stanie mocno surowym. Mimo różnych utrudnień przeprawa się udała i sprawiła nam wiele radości - oto otwarliśmy nową kładkę przez Wisłę i to jeszcze przed oficjalnym otwarciem! Po drugiej stronie wjazd zastawiała barierka z tabliczką - "Teren budowy, wstęp wzbroniony", ale pokonaliśmy i tą barierę, i trzeba przyznać, że dodało to jeszcze dodatkowych emocji, których zwykle dostarcza "zakazany owoc"! Po tych wybrykach przyszedł czas na odrobinę stateczności, która przecież przystoi ludziom w naszym wieku. Przejawiała się ona w obraniu gładkiej, płaskiej i prostej trasy tynieckiej, która doprowadziła nas do samego Krakowa. Jeszcze tylko ostatnia premia górska w okolicach Kopca Kościuszki i pędzimy na Błonia, gdzie rozstajemy się z Pawłem i już tylko we dwójkę zmierzamy do mety ostatniego etapu Tour de Pologne, której linię przekroczyliśmy znacznie wcześniej niż cały peleton. Niestety nikt nie zwrócił uwagi na nasz wyczyn, kamery były jeszcze wyłączone, dziennikarze siedzieli w suchych i ciepłych pomieszczeniach przy mecie, nie było też fotoreporterów, a że nie mieliśmy też własnego aparatu nie mogliśmy w żaden sposób udokumentować naszego przejazdu - szkoda! Dodam tylko, że pierwszy na mecie był Krzysztof Stojowski, więc jeśli w gazetach lub telewizji zobaczycie inne wyniki, pamiętajcie, że to nieprawda! Kolorowa meta nie była jednak końcem naszej wycieczki(jak widać jedni etapy skracają, inni je wydłużają). Postanowiliśmy zakończyć wycieczkę w lodziarni Argasińskich przy ulicy Wiślnej, co też weszło ostatnio w miłą tradycję naszych klubowych wypadów, a tym razem była jeszcze dodatkowa okazja - to przecież ostatnia wycieczka tegorocznego lata! Lody jak zwykle pyszne, wycieczka jak zwykle bardzo sympatyczna i tylko ta końcówka lata jakoś mniej udana, ale przecież nie można mieć wszystkiego.


Po wakacyjnej przerwie!

            Długo musieliśmy czekać na kolejne wezwanie od Krzysia S, ale w końcu, po ponad 2 miesiącach przerwy, wszystkie osoby z naszym klubem związane mogły znaleźć w swej skrzynce mail'owej list z zaproszeniem na kolejną klubową wycieczkę. Mieliśmy się stawić na błogich Błoniach w sobotę 13 września 2008 roku o godzinie 9.30, ale gdy o tej porze opierałem swój rower o kosz na śmieci i rozsiadałem się na pobliskiej ławeczce, by ogrzać się w słońcu, zacząłem mieć poważne wątpliwości, czy aby ten mail, który odczytałem nie był żartem. Nie było nikogo oprócz mnie, to znaczy z osób jeżdżących z nami, bo tak poza tym, to całkiem sporo osób znalazło się na terenie Błoń. Oprócz biegaczy, rolkarzy, spacerowiczów i cyklistów, którzy tradycyjnie przemieszczają się w tamtych rejonach, było jeszcze kilka zaskakujących grup. W oddali widziałem zarysy wiedeńskiego zamku, a przy nim obozy oblegających go wojsk tureckich oraz idących z odsieczą wojsk polskich pod wodzą króla Jana III Sobieskiego, trochę bliżej gęsto było od uczestników Mistrzostw Świata w Wędkarstwie Rzutowym zapamiętale machających swoimi wędkami, a najbliżej mnie rozmieściła się grupa skośnokich panów, trenujących grę w softball. Zacząłem przyglądać się ich poczynaniom, a miałem na to sporo czasu, bo minęła dobra chwila nim pojawiła się kolejna osoba na zbiórce. Na szczęście potem zjechało się sporo osób, a zdecydowanie najdłużej kazała na siebie czekać Renata W - spóźniła się całe półgodziny, ale chyba nie chciała mieć wątpliwości, że wszyscy już będą na miejscu zbiórki, i wszyscy będą jej niecierpliwie wypatrywać, co będzie gwarancją, że jej nowy rower zostanie przez wszystkich zauważony i doceniony! W ten sposób już o 10 ruszyliśmy w drogę, była nas aż 9, co jak na pierwszy raz jest chyba niezłym wynikiem. Czekając na Renatę troszkę zmarzliśmy, bo poranek był zdecydowanie chłodny, ale już przy podjeździe pod pierwszą górkę o chłodzie zapomnieliśmy, a na końcu tej górki musieliśmy zrobić krótki odpoczynek na wyrównanie oddechu. Drugi podjazd zakończyliśmy drugim odpoczynkiem, ale przy jego okazji Renia zrobiła zdjęcie pięknych widoków, które rozciągały się przed nami. Kolejna górka zakończyła się oczywiście kolejnym odpoczynkiem, tym razem z pięknych widoków mogliśmy podziwiać tylko słonie w krakowskim ZOO, tu też opuściła nas trójka osób, spieszących się z różnych powodów do domu. Wśród tej trójki byli dwaj nasi prezesi, na szczęście ich nieobecności nie załamała pozostałych uczestników i ruszyliśmy w dalszą drogę. Ostre zjazdy, jeszcze ostrzejsze podjazdy, czy też raczej podejścia, doprowadziły nas w końcu na rozstaje dróg, gdzie opuściły nas kolejne 2 osoby, w ten sposób z wyjściowego składu została tylko czwórka, a że cała czwórka związana jest z klubem "Tabun", to dziwić nie może, że skierowaliśmy się w jego stronę, by chwilę popatrzeć na wyczyny jeźdźców na ujeżdżalni, a potem w gościnnej świetlicy klubowej raczyć się gorącą herbatą i ciastem zapewnionym przez Gosię S. W końcu postanowiliśmy ruszyć na odsiecz Wiednia, a by dotrzeć tam jak najszybciej obraliśmy prostą i krótką drogę - trochę asfaltem, trochę szutrem i szybko na Błonia. Jak się okazało na miejscu, do odsieczy było jeszcze sporo czasu, więc chwilę pooglądaliśmy trwające tam pokazy, a potem rozstaliśmy się z nadzieją na rychłe spotkanie na kolejną wspólną wycieczkę.
Dodam tylko, że na pierwszej wycieczce po wakacjach byli:
obaj prezesi, czyli Krzyś S i Maciek J oraz Gosia S, Renia W, Tomci M i jego córka Gosia M, Wojtas J, Bernard G i ja, czyli Maciek M.


"Wędrówką życie jest człowieka"

            Czy wiecie, że z Częstochowy do Krakowa jest tylko 102 kilometry? Oczywiście w linii prostej, a Jurajski Szlak Rowerowy Orlich Gniazd wije się i kręci, i aby go pokonać trzeba nakręcić koło 190 kilometrów. My ten dystans trochę sobie skróciliśmy, ale i tak pokonaliśmy 170 kilometrów! Zajęło nam to co prawda 2 dni, ale to i tak niezły wyczyn, biorąc pod uwagę nawierzchnie z jakimi przyszło nam się chwilami zmagać. Ja wiem, że zawodowcy pokonują to trasę w nie całe 8 godzin, a limit na pokonanie tej trasy stanowi 15 godzin, ale my zawodowcami nie jesteśmy, a co więcej, mamy zupełnie inne cele niż ściganie się z czasem i przeciwnikami - powiedziałbym, że raczej próbujemy działać odwrotnie, jak najmocniej rozwlekamy czas i przez to nasza wycieczka wydawać się mogła dłuższa.
Jechaliśmy w zacnym gronie: dwóch prezesów naszego klubu, czyli Maciek J oraz Krzyś S, Gustaw C, który przyjechał specjalnie na tą wyprawę aż z Poznania, Paweł S zwany Skałą, który w zasadzie pierwszy raz jechał z nami i od razu w tak daleką trasę, i jeszcze ja jechałem, czyli Maciek M, ale zacznijmy wszystko od początku:
"Czemu się budzę o czwartej nad ranem?" mogłem tak pomyśleć, gdy w piątkowy poranek o tej właśnie porze budzik wyrywał mnie z najgłębszych snów, ale pomyślałem coś zupełnie innego i absolutnie nie przytoczę tu moich myśli. Na szczęście, gdy chwilę później jechałem na rowerze na miejsce zbiórki, myśli, które przelatywały mi przez głowę były już znacznie lepsze, a gdy o 7 wchodziłem do Kaplicy Matki Bożej nastrój był zgoła odmienny od początkowego - niezwykle radosny i podniosły.
Msza była odprawiona w tempie ekspresowym i dzięki temu mogliśmy jeszcze poświęcić chwilę, by obejrzeć Drogę Krzyżową autorstwa Jerzego Dudy Gracza - zachęcił nas do tego Skała, który urodził się w Częstochowie i ta nasza wycieczka miała dla niego dodatkowe symboliczne znaczenie, miała połączyć jego dwa domy, ten, w którym się urodził z tym, w którym żyje obecnie ze swoją rodziną, w każdym razie tą szczególną Drogę Krzyżową warto obejrzeć!
Po mszy ruszyliśmy na obrzeża miasta, zatrzymaliśmy się nad brzegiem Warty, w miejscu, które uznaliśmy za wystarczająco malownicze do rozpoczęcia tak wspaniałej przygody. Tam szybko przebraliśmy się, stosując się do słów piosenki Lecha Janerki: "ubierz się w obcisłe, bo to warto mieć styl i depniemy sobie ode wsi dode wsi" - to i my pięknie ubrani ruszyliśmy w świat, a wcześniej pożegnaliśmy naszych wspaniałych kierowców, którzy poświęcili swój czas, by dowieźć nas do miejsca startu - bardzo dziękujemy!!!
Niemal każdy z uczestników był wyposażony w jakąś mapę, a niektórzy nawet w sprytne urządzenie zwane gps'em, ale na początku naszej trasy i tak nie musieliśmy korzystać z takich wynalazków, bo po swoich rodowych ziemiach z dokładnością najlepszego gps'a, prowadziś nas Skała. I doprowadził nas do wspaniałego miejsca, czyli w Góry Towarne. Na ich szczycie poczuliśmy się jak na dachu świata, bo oczom naszym ukazał się rozległy, urzekający widok na całą okolicę.
I można by tak jeszcze długo opowiadać, ale jak powiedział w pewnym momencie Gustaw C:"Tego nie da się opowiedzieć słowami, to trzeba zobaczyć"! - tak, to prawda, kto nie był niech żałuje, bo było pod każdym względem wspaniale, ale choć ciężko wypowiedzieć to słowami, to może jednak jeszcze kiedyś coś dopowiemy .......


Cztery doliny i łańcuch,
czyli jak popsułem Przemkowi arcyciekawy plan, łańcuch i skuwacz.

            Sobota 17 maja 2008 roku powitała nas piękną pogodą, na polu ciepło i słonecznie, a na zbiórce, którą tym razem wyznaczono na godzinę 9, tylko cztery osoby, czyli Gosia S, Bernard G, Przemek W i Maciek M, z którym w tej relacji się utożsamiam. Wczesne zbiórki mają tę zaletę, że inni zbierają się później, a trasy przynajmniej początkowo są puste! My wyruszyliśmy z parkingu przy kościele w Bolechowicach jeszcze przed 10 i ta oczywista prawda zaowocowała tym, że pierwszą z odwiedzanych przez nas dolin, czyli Dolinę Kluczwody mieliśmy praktycznie tylko dla siebie i mogliśmy przez nią szybko przejechać. Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy dopiero przy granicy. Na szczęście nie potrzeba już paszportu, aby ją przekraczać, a granica ta ma już tylko znaczenie historyczne. Na tej granicy legł w gruzach arcyciekawy plan Przemka na ten wyjazd. Oto ja dorwałem się do mapy i popsułem wszystko, a na dodatek chwilę później oglądając się za harcerkami bez spódniczek, zgubiłem szlak i pojechaliśmy w złą stronę. Na szczęście Przemek wykazał się czujnością i wszystko naprawił. W ten sposób po chwili znaleźliśmy się znów na właściwym szlaku i w dodatku pięknym miejscu. Stamtąd było już zupełnie niedaleko do kolejnej doliny, tym razem była do Dolina Będkowska, najdłuższa i największa z tych dolin, ale to wcale nie znaczy, że najpiękniejsza i najciekawsza, choć zdjęcia Przemka "spacerującego" po kwietnym kobiercu zdawałyby się temu przeczyć.
Zbliżała się pora drugiego śniadania, co prawda wziąłem tym razem ze sobą bułeczkę, ale ona była tylko jedna, a nas czworo, więc z wielką radością zatrzymaliśmy się przy niepozornej małej budce. Budka mała, ale najważniejsze w niej było, czyli pyszne lody, których fundatorką była Gosia - dziękujemy!
Posileni i zadowoleni mogliśmy ruszyć w dalszą część Doliny, a jak się możecie domyśleć, część tą pokonaliśmy w zawrotnym tempie - po takich lodach nie mogło być inaczej. Kręciliśmy tak szybko i tak mocno, że zepsułem Przemkowi kolejną rzecz, tym razem był to łańcuch, a bez łańcucha daleko się nie zajedzie, dlatego musiliśmy stanąć i dokonać niezbędnej naprawy. Łatwo nie było, postój był naprawdę długi, a ja znów się nie spisałem psując skuwacz do łańcucha, który był oczywiście własnością Przemka. Na szczęście drugie takie urządzenie miał Bernard i mimo, że skuwacz ten nie wzbudzał naszego zaufania, to przy jego pomocy poradziliśmy sobie z awarią bardzo szybko. To nas bardzo ucieszyło, bo przez chwilę przestraszyliśmy się, że dalej nie pojedziemy. że trzeba będzie zrezygnować z dalszej części wycieczki, a przed nami były przecież jeszcze dwie doliny. Jednak łańcuch pracował już bez zarzutu, a my wirowaliśmy z zawrotną prędkością w stronę Kobylan, gdzie w dobrze nam znanym sklepie uzupełniliśmy zapas płynów - tym razem fundatorem był Przemek - dziękujemy i jemu! Pięknym widokiem początku Doliny Kobylańskiej delektowaliśmy się zeszłym razem, więc tym razem przejechaliśmy prawie bez zatrzymywania się, natomiast wyjechaliśmy z tej cudownej doliny trochę inną drogą i trzeba przyznać, że była to droga niezwykle ciekawa i trudna. Po bokach straszyły pionowe urwiska, a my próbowaliśmy pokonać prawie pionowe podjazdy i choć nie zawsze nam się to udawało, to w końcu zobaczyliśmy światełko w tunelu. Jadąc za tym światłem dotarliśmy do ostatniej doliny, którą mieliśmy zamiar pokonać - Doliny Bolechowickiej. Po drodze mijajliśmy piękne łąki, strome, leśne ścieżki, aż w końcu dotarliśmy niemal do samego końca Doliny. Trzeba było bardzo uważać, by ktoś nie spadł nam na głowę, ale szczęśliwie dla nas oraz dla tych, co na górze, do niczego takiego nie doszło. Oczywiście na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie w słynnym i ślicznym miejscu, które może być wizytówką Doliny Bolechowickiej, czyli w Bramie Bolechowickiej! Potem przejeżdżając przez Bolechówkę opłukaliśmy rowery, a po chwili znaleźliśmy się znów w punkcie wyjścia, czyli na przykościelnym parkingu, gdzie nastąpiło oficjalne zakończenie wycieczki i pożegnanie!
To była naprawdę piękna wycieczka, a Cztery Doliny zachwycające - dziękuję wszystkim!
Znów możecie zobaczyć przybliżoną trasę naszej wycieczki na mapie.


Powrót do kolebki!

            Przebudziłem się o 6.48, szybko wstałem z łóżka i od razu podszedłem do okna, a gdy uniosłem zasłonkę uśmiechnąłem się od ucha do ucha! Oczom moim ukazał się błękit nieba, nawet nie zakłócony choćby najmniejszą chmurką - przynajmniej w obszarze, który mogłem zobaczyć. Zadowolony powróciłem do łóżka, aby jeszcze chwilę poleniuchować. Gdy jakiś czas później jechałem do Krzysia już nie było aż tak dobrze, ale i tak zapowiadało się na słoneczną wycieczkę.
Lekko po 10 stawiliśmy się na miejsce zbiórki, w Tomaszowicach, przy domu Tomka, gdzie czekała już na nas gromada cyklistów. Tym razem zebrało się aż 9 osób, czyli ojcowie założyciele, nasi prezesi, czcigodny Maciek J i Krzyś S, a oprócz nich: Magda S i Renata W, Bernard G i Janek S oraz Tomek ze Staszkiem, obaj K, i byłem jeszcze ja.
W tak miłym gronie ruszyliśmy ostro w dół, w stronę Jaskini Borsuczej, by tam odnaleźć czarny szlak i nim dalej podążać. W pewnym momencie szlak ten przecina teren prywatnej posesji. Przejeżdżaliśmy tam z lekkim drżeniem rąk, ale na szczęście właściciele odłożyli piłę spalinową, którą mieli pod ręką i powitali nas uśmiechami - dziękujemy! Dalej już takie mechaniczne zagrożenia już na nas nie czyhały, natomiast było kilka ostrych zjazdów oraz skomplikowanych przejazdów przez wodę, pokonywanych na różne sposoby. Po Dolinie Kluczwody jak zwykle musieliśmy trochę pokluczyć, ale najciekawsze czekało nas dopiero na jej końcu. Tam natura przygotowała odcinek specjalny oraz kolejny przejazd przez wodę. Od tego miejsca poszło już łatwiej, bo i nawierzchnia była niemal doskonała. W ten sposób szybko dotarliśmy do Zelkowa, gdzie swój dom wybudowała pewna zaprzyjaźniona rodzina. Chcieliśmy ich odwiedzić z myślą o drugim śniadaniu, niestety nie zastaliśmy ich i musieliśmy się obejść smakiem, ale przynajmniej zostawiliśmy tajemniczy znak naszej bytności na ich ziemi.
Przed nami znów troszkę trudniejszy odcinek trasy, sporo pod górę, aż głowa mogła rozboleć. Na górze zrobiliśmy odpoczynek, ale krótki, bo jak mówił Maciek J: "Jeźdźmy, bo zimno!", więc trzeba było jechać dalej. Od tej ostrej jazdy, ciągłych zmian wysokości i niesamowitych zapachów troszkę nam się w głowach pomieszało i nagle każdy zaczął jeździć w swoją stronę. Dobrze, że byli obaj Prezesi - oni jakoś sytuację opanowali i skierowali nas na jedynie słuszny kierunek. Czy rzeczywiście był on aż tak słuszny, sprawdzał co jakiś czas Krzyś, a robił to przy pomocy mapy i gps'a - tak, technika trafia nawet pod strzechy i pedały! Dziewczyny wolały się nie mieszać i pozostały w bezpiecznej odległości, a rodzina panów K, obrała nagle swój kierunek i została nas tylko siódemka.
Wiele osób siódemkę uważa za szczęśliwą liczbę i coś w tym chyba musi być, bo i my byliśmy niezwykle szczęśliwi, ale jak tu nie być szczęśliwym, gdy można oglądać tak wspaniałe widoki! Malownicza Dolina Kobylańska zachwycała nas na każdym kroku i koiła bujną zielenią. Co prawda w niektórych miejscach przygotowała pewne niespodzianki, ale przecież nawet jak się człowiek trochę ubłoci, to potem zawsze może się umyć! Chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że Dolina Kobylańska doprowadziła nas do Kobylan, gdzie skorzystaliśmy z dobrodziejstw cywilizacji w postaci sklepu spożywczego. Dobrodziejstwo to, było przez wygłodniałych klubowiczów bardzo wyczekiwane, a preferencje, co do wybieranego asortymentu były bardzo rozległe - jedni wybierali firmę Milko, inni zdecydowanie woleli Milkę, ale przecież o gustach się nie dyskutuje.
Wypoczęci i naładowani energią, zakręciliśmy ostro pedałami i szybko połykaliśmy kolejne kilometry trasy. Jechaliśmy chyba z nadmierną prędkością, bo Renatce nie udało się uniknąć kolizji z innym użytkownikiem tych dróg. Na szczęście szybka interwencja Magdy sprawiła, że Renata ma nadal całe oko! Całe szczęście, bo było na co patrzyć na tej naszej drodze! Tym bardziej żal było się rozstawać, ale cóż, po dotarciu do domu Tomka, nie pozostawało nic innego, jak spakować rowery i pożegnać się do następnej wycieczki, która już za tydzień!
Możecie też prześledzić przybliżoną trasę naszego przejazdu na mapce.


I znów deszcz.

            Sobota 19 kwietnia pogodą nie rozpieszczała. Mimo deszczu, na zaproszenie Przemka zjechało się 9 osób i wirowaliśmy w rejonach ostatnio już penetrowanych.
Wieczorem w sobotę w dość niezręcznej sytuacji dowiedziałem się, że było nas 10, a nie 9 osób. Otóż Tomek K(jak zwykle przyjeżdżający na spotkanie rowerem) nie zdążył na parking pod Leroy przed odjazdem kolumny naszych samochodów i zdecydował, że pojeździ sam. Podobno, kręcąc się po okolicy bez mapy, był 3 razy w Brzoskwini.
Grupę główną stanowiły Renata, Gosia, Magda oraz Przemek, Wojtas, Wojtek, Janek, wirujący z nami po raz pierwszy Bernard G i ja. O wszystkich nieobecnych myśleliśmy ciepło.
Teren po którym poruszaliśmy się był tak naszpikowany fajnymi i ostrymi zjazdami(Leszek! było ich dużo więcej niż podjazdów!!!???), że w dwóch rowerach "spaliły" się hamulce. Walczyliśmy z tą awarią, kilkakrotnie podejmując próbę naprawy. Mimo, a może dzięki, staraniom Przemka i Janka na jednym z nich dało się zjeżdżać ze skutecznym jedynie przednim hamulcem, co dodawało nieco emocji, a drugi rower wymagał tego, aby właścicielka przy ostatnim zjeździe szła obok niego, co dawało jej szanse na przeżycie.
Wszyscy jeżdżący z nami na sobotnie wyprawy znani są z tego, że niewiele sobie robią z deszczu, wiatru, mgły i paskudnej pogody. Przyznam jednak, że ostatnio, osobiście zaczynam coraz częściej myśleć o dniach kiedy wreszcie zaświeci słońce, będzie cieplej, a Leszek będzie mógł przywieźć w plecaku przygotowane ognisko. Jestem przekonany, że wkrótce takie dni nadejdą, a razem z nimi liczniejsza ekipa, którą będziemy mogli podzielić na, od jakiegoś czasu proponowaną, sekcję rekreacyjną i wyczynową.
Przemek - dziękujemy. Było piknie.
KS


Para mieszana.

            Tak właśnie siedzę i czytam o wyprawie dziewczyn kiedy sama mam coś do powiedzenia. Mianowicie druga mocna grupa sobotnia, to Tomek i ja z tym, że miejscem naszej zbiórki były Błonia. Czekaliśmy jak w zwyczaju kwadrans na spóźnialskich, ale nikt się nie pojawił, więc wyruszyliśmy sami przed siebie, czyli w stronę Tabuna, potem do Kryspinowa by ruszyć następnie w stronę Lasku Wolskiego. Gdy tak sobie wirowaliśmy podziwiając okoliczności przyrody, czyli sarny, Tomek złapał gumę. Dobry człowiek z Kryspinowa pożyczył nam pompkę, aby Tomek mógł zmienić dętkę na drugą również dziurawą, ale jako prawdziwy kolarz wyposażony był w zestaw naprawczy, dętkę zakleił i mogliśmy ruszyć dalej. Przez lasek koło klasztoru, zoo i pomiędzy kopcami zjechaliśmy w stronę Błoń, by tam się pożegnać na cały tydzień. Grupa skromna, ale ruchu tego dnia zażyliśmy, pogoda i nastroje ma się rozumieć nie zawiodły. Tak więc nie tylko dziewczyny tej soboty wirowały. Zdjęć z naszej wyprawy nie ma, ale my pamiętamy.
pozdrawiam
Renata


Baby.

            W dniu dzisiejszym, ponieważ "jedźmy nikt nie wołał" pojechałyśmy na wycieczkę we dwie, z Gosią. Wyruszyłyśmy z Tyńca o godzinie 10.00 i pojechałyśmy ulicami Lutego Tura i Heligundy, wzdłuż Wisły w stronę Skawiny. Trasa była piękna, wszystko niesamowicie zielone. Pedałowało nam się niełatwo, bo zmagałyśmy się z silnym wiatrem, który postanowił wiać nam prosto w twarz, niezależnie od tego, w którym jechałyśmy kierunku. Mijałyśmy kwitnące drzewa i narzekałyśmy trochę na brak słoneczka, które uczyniłoby tą wyprawę jeszcze piękniejszą, no i na brak kolegów i koleżanek oczywiście! W Skawinie zrobiłyśmy sobie przerwę, wpadając po znajomości na przyjęcie weselne w fazie przygotowań, gdzie poczęstowano nas pysznym ciastem. Stamtąd wyruszyłyśmy w drogę powrotną w stronę Góry Grodzisko, bo u jej stóp znalazłyśmy kapitalne i osłonięte od wiatru, miejsce na ognisko. Po dotarciu do celu, pozbierałyśmy gałązki i już za chwilkę, zadowolone z siebie, cieszyłyśmy się ciepłem płomieni. Tu musi nastąpić ukłon w stronę Gosi za to, że wzięła z domu chleb i kiełbaski. Pięknie się upiekły i jeszcze lepiej smakowały. No i tak sobie jadłyśmy i gadałyśmy, aż zastała nas godzina 14.00 i czas było wracać do domu. Zrobiłyśmy parę zdjęć. Jak komuś bedzie się chciało, to może sobie obejrzeć!
Wszystkich serdecznie pozdrawiamy.
Magda S. i Gosia S.


Prognozy nie zawsze się sprawdzają.

            Obudziłem się po 6, chwil kilka przed budzikiem, leżąc jeszcze uwierzyć nie mogłem, że tak wcześnie chcę wstać, opuścić to moje wygodne, ciepłe łóżeczko i to w zasadzie z własnej woli. Ale przecież miałem się stawić u Przemka o 7.45, a na godzinę 8 była wyznaczona zbiórka dla wszystkich chcących uczestniczyć w wycieczce, więc wyboru nie było. Na zbiórce tym razem zjawiły się tylko 4 osoby, czyli Gosia S, Magda S oraz Przemek i ja. Przejechaliśmy na miejsce startu, czyli na "nibyparking" w pobliżu kościoła w Szklarach, pięknie położonego pod Skałą Brodło. Miejsce startu niezwykle atrakcyjne i było to, jakby zapowiedzią malowniczości całej wycieczki, bo trzeba przyznać, że trasa, choć krótka, to mogła naprawdę bardzo się podobać! No może oprócz kilkuset metrów asfaltu w miejscowości Łazy. Mało asfaltu, ciekawe ukształtowanie trasy, piękne widoki, wymagające zjazdy, plus jeden taki, który pozwolił wyciągnąć z naszych "maszyn" super prędkości - no było ciekawie, ale po kolei.
Za nim w ogóle ruszyliśmy, za nim wsiedliśmy na te nasze rowery, podziwiać mogliśmy wspaniałe i niezwykle atrakcyjne nogi Przemka, a trzeba przyznać, że były one tym razem jeszcze bardziej atrakcyjne niż zwykle, bo obciągnięte pięknymi, nowymi spodniami kolarskimi. Na początek trzeba było przebyć strumyk i można było to zrobić na 3 sposoby, ja wybrałem najłatwiejszy, czyli przejazd przez szeroki, płaski i wygodny mostek, nasze panie postanowiły trochę sobie utrudnić i wybrały wąski mostek zakończony stopniami, a Przemek wybrał wersję najambitniejszą, czyli przejazd przez strumyk. Dalsza droga była już dla wszystkich taka sama, czyli bardzo ostro pod górę, było to o tyle dobre, że wszyscy od razu się rozgrzali. Z góry mogliśmy spojrzeć na piękną Dolinę Szklarki, a nawet dostrzec Babią Górę! Chcieliśmy się też przyjrzeć z bliska Skale Brodło, ale miejscowi dobrze pilnują dostępu do niej i musieliśmy się zadowolić widokiem z lekko oddalonej perspektywy. Za to Przemek mógł spojrzeć na swoją mapę całkiem z bliska, a po krótkiej analizie nakreślił dalszy plan jazdy. Żółty szlak miał nas doprowadzić do Doliny Będkowskiej i rzeczywiście się tak stało. Już z daleka było widać pięknie rysujące się skały, a wyprzedzający mnie cykliści znikli w niesamowitym tunelu prowadzącym prosto do tych skał. W rejonie Sokolicy Przemek ponownie wyjął swoją cudowną mapę, aby skonfrontować jej wskazania z mapą tam ustawioną. Wszystko mniej więcej się zgadzało, więc po krótkich poprawkach przy hamulcu w rowerze Magdy i nie udanej próbie zaprzyjaźniania się z psem tubylcem mogliśmy ruszyć dalej, tym razem dla odmiany szlakiem niebieskim. Coraz wyraźniej słyszałem jakiś szum i w pierwszej chwili myślałem nawet, że to nasze rowery, ale nie jechaliśmy aż tak szybko, by szumy takie powodować. Szum nie ustawał, a ja stwierdziłem, że to musi być jednak szum wodospadu i rzeczywiście, to był wodospad, a dokładniej wodospad Szum. Pięknie się prezentował ten wodospad i nie ma się co dziwić, że Przemek postanowił zaprezentować swoje niebywałe umiejętności zjazdowe na tym atrakcyjnym tle. Kawałek drogi dalej podziwialiśmy inny, piękny twór Matki Natury - wspaniale prezentującą się skałę, ale o ile geneza nazwy podziwianego wcześniej Wodospadu Szum była dla mnie oczywista, to geneza nazwy oglądanej przez nas skały już nie bardzo - cóż to musiał być za słoń?
Żeby kolory nam się nie znudziły, Przemek obrał szlak zielony, który doprowadził nas do miejscowości Łazy. Tam znaleźliśmy to, co było tak potrzebne, czyli sklep spożywczy, w którym zakupiliśmy sporo napojów i węglowodanów. Szybko przejechaliśmy przez pozostałą część Łaz, albowiem trasa w tym miejscu zdecydowanie straciła na malowniczości i dopiero pewien dom z bali przywrócił nam wiarę w możliwości budownicze człowieka - może to nie to, co Matka Natura, ale już było co podziwiać. Pobudzeni tym widokiem i zachęceni gładkim asfaltem oraz znakiem "uwaga ostry zjazd" puściliśmy hamulce w naszych rowerach i popędzili w dół osiągając szybkości w granicach 60km/h! Jak przy takiej prędkości Przemek dostrzegł kolejny kolor(tym razem czerwony) szlaku, którym mieliśmy jechać dalej - tego nie wiem, ale wiem, że był to naprawdę jeden z najciekawszych odcinków naszej trasy. Zaczynał się ostrym podejściem wśród skał, które na tyle skutecznie skusiły Przemka, że jedną z nich postanowił zdobyć! W tych pięknych okolicznościach przyrody udało nam się w końcu znaleźć miejsce, w którym po drobnych przeróbkach, mogliśmy rozpocząć nasz piknik, podczas którego spożyliśmy całą masę słodkości, ale byliśmy zdecydowanie usprawiedliwienie, bo i okazja był specjalna - urodziny Gosi! Dobrze uczyniliśmy zjadając takie masy czekolad, bo duża masa jest przydatna przy zjazdach, a końcówka naszej trasy to głównie zjazdy - dość ostre i chwilami ciekawe technicznie. Na zakończenie jednego z takich zjazdów wylądowaliśmy na drzewie, gdzie Przemek po raz ostatni sięgnął po swoją najlepszą przyjaciółkę mapę i zarządził ostatnią tego dnia zmianę kolorów, tym razem wjechaliśmy na szlak czarny - to miał być taki symbol, symbol naszego ogromnego smutku z powodu kończącej się wycieczki - pozostał już tylko ostatni ostry kawałek, który tak nas rozgrzał na początku wycieczki, ale w dół pokonać go było znacznie łatwiej! Na dole Przemek pojeździł chwilę po strumieniu, aby zmylić ewentualnych tropicieli śladów - w dzisiejszych czas trzeba być ostrożnym!
Na koniec podziękowaliśmy za udaną wycieczkę Wyższej Instancji i zapakowaliśmy się do samochodów. Zwróćcie tylko uwagę jakich sposobów musi używać Gosia, by sobie z tym niełatwym zadaniem poradzić! Oprócz słów wdzięczności dla Wyższej Instancji, wielkie podziękowania i słowa uznania należą się też Przemkowi, który poprowadził nas tak wspaniałą trasą!!!


Mokra sobota.

            Prawdę mówiąc nie pamiętam gdzie byliśmy tej soboty, po jakich to zakątkach i okolicach Krakowa wirowaliśmy, za to pamiętam jak było wspaniale i mokro!
Spotkaliśmy się o poranku na pewnym parkingu, aby udać się w tylko Przemkowi znane rejony, po których jeszcze nie miał okazji buszować i po których chciał pobuszować właśnie z nami. Było nas 11 osób(Gosia S, Renata W, Magda S, Gusia i Piotr R, Krzyś S, Leszek S, Wojtek J, Tomek K, Przemek W i Maciek M), jak na niebo zaciągnięte chmurami i słonkiem, które o nas tegoż dnia zapomniało, to grupa nie byle jaka, nawet goście z Bielska(to warte podkreślenia, bo Gusia i Piotr przyjechali z Bielska specjalnie, tylko i wyłącznie na tą naszą wycieczkę, a potem umyli rowery, wpakowali się tacy zmoknięci do samochodu i pojechali do domu - zupełnie niesamowite!!!*) byli, jak widać duch towarzyski i sportowy w narodzie nie ginie, co jest wielce optymistyczne i piękne! Po za tym Magda miała tak ogromną chęć na wirowanie, że dwa razy wyjmowała rower z samochodu, aby go z powrotem zapakować myśląc, że nasze przystanki na parkingach to początek wyprawy.
Nie wiem jak robi to Przemek, ale wynajduje parkingi w naprawdę ładnych miejscach(z tego, co wiem mężczyźni bardzo dbają o swoje samochody, więc zaparkowane byle gdzie być nie powinny) i właśnie na takim parkingu Magda mogła w końcu ostatecznie wypakować swój rower by na nim wreszcie zasiąść. Ruszyliśmy zatem za Przemkiem zaopatrzonym w mapę trasą po pięknym lesie wzdłuż strumienia, przejeżdżając kilka urokliwych mostków, wjeżdżając, zjeżdżając i podjeżdżając, a nawet niejednokrotnie podchodząc i schodząc a raczej się ześlizgując gdyż warunki typu EXTREME nie pozwalały w pewnych momentach na nic innego. Coś o tym wiem, bo troszkę się potłukłam. Takie jednak momenty okazywały się najlepsze na degustację to czekolady, to ciasteczek, a przede wszystkim na wspólną pogawędkę o tym i owym, czyli o tym, co wywołuje uśmiech na twarzy każdego z nas. Jak się również okazało to nie tylko kobiety mają problem z orientacją w terenie i nie tylko kobiety nie radzą sobie z mapą. Stała się rzecz niesamowita, zostaliśmy wyprowadzeni na manowce, czyli zjechaliśmy ze szlaku przez mężczyznę. Z odsieczą przyszła ruchliwa i niespokojna tego dnia dusza Magdy, mianowicie zadecydowała o manewrze: ... polami, polami, po miedzach, po miedzach w poszukiwaniu zaginionego szlaku. I jak się okazało nie ma sytuacji bez wyjścia i żadnej trasy, której nie jesteśmy w stanie pokonać, czyli udało się z mniejszą lub większą trudnością wrócić na szlak! Mało tego, wrócić na szlak i trafić na sklep to dopiero BONUS! I znowu delektowanie się czekoladą taką i taką, ciasteczkiem tym i tamtym i rozmową o tym i owym, czyli ...
Potem już tylko pozostało wracać na start drogą prostą i nie wyboistą, czyli asfaltową przy okazji przyglądając się życiu okolicy, mieszkańcom, inwentarzowi i zabudowie. Przemkowi już świtał w głowie nowy pomysł na kolejną wyprawę, a pozostałym towarzyszom wyprawy buzie nadal się cieszyły i dobry nastrój nas nie opuszczał. I jak napisał Maciek na wstępie, przez cały czas naszego wirowania, deszcz prawie nie przestawał padać, a jeśli przestawał, to głównie po to by zacząć lać! Po raz kolejny widać, że nie ważna jest pogoda, bo ona zawsze jest, dobra lub zła, deszczowa lub słoneczna ... Ważne jest TOWARZYSTWO!!! ... a Wasze Panie i Panowie jest zawsze wyśmienite!

PS 1. O tym gdzie dokładnie byliśmy może opowie ktoś inny.
PS 2. Wiosnę widać i czuć! Kwiatki kwitną i robi się zielono.
PS 3. Gentelmani są wśród nas, miło być niewiastą w takim gronie.
PS 4. Rowery zawsze można umyć w potoku.
PS 5. Renia zapomniała dodać o jeszcze jednym słodkim akcencie naszej wycieczki, czyli cieście, które przygotowała na "deser" i z którego skorzystaliśmy na koniec wycieczki, by troszkę nadrobić te utracone węglowodany*

* - przyp.MM


No to mamy Myślenice.

            Tydzień temu zrobiło się lekkie zamieszanie, gdy Krzyś wysłał do wszystkich zaproszenie, w którym miejsce zbiórki wyznaczył w Myślenicach, a następnie Przemek wysłał swoją poprawkę i wylądowaliśmy w zupełnie innych rejonach. Tym razem już nie było zmian i postanowiliśmy jednak odwiedzić Myślenice, a przy okazji sprawdzić jak tam wyglądają trasy rowerowe.
Rekonesans wypadł nieźle i myślę, że trzeba będzie częściej wykorzystywać tamte rejony. Na starcie co prawda zjawiły się tylko 3 osoby, czyli Gosia S, Krzyś S i ja, ale było bardzo sympatycznie i ciekawie. Zatrzymaliśmy się na parkingu nie opodal wyciągu na górę Chełm i stamtąd ruszyliśmy w drogę czerwonym szlakiem rowerowym. Droga prowadziła przez las, ostro pod górę, a my musieliśmy się ostro napracować, by tym wzniesieniom podołać. Krzyś kilka razy widział już szczyt, ale to było tylko złudzenie, a my kilometr za kilometrem wspinaliśmy się wciąż wyżej i wyżej. Złudzeniem wydawało się natomiast marchewkowe pole, które ukazało się naszym oczom w środku lasu. Po ponad 4 kilometrowej wspinaczce pierwszy raz zobaczyliśmy kawałek płaskiej drogi i po krótkiej analizie mapy zmieniliśmy kolor szlaku na zielony. Zielony, to kolor nadziei i dał nam nadzieję, uzasadnioną, na trochę odpoczynku. Trasa wiodła w dół i to chwilami całkiem wartko, ale jak mówi Leszek S, gdy jedziesz z góry, to znaczy, że i pod górę będziesz musiał jechać i to prawda, bo po paru kilometrach wjechaliśmy na asfalt, który sprawiał wrażenie niemal pionowego, ale jakoś udało się i to wzniesienie pokonać. Na Mirkówce porzuciliśmy asfalt i bitą drogą dotarliśmy do górnej stacji wyciągu na górze Chełm, gdzie zrobiliśmy małą przerwę na ciasteczka oraz krótkie wspominki narciarskie. Skorzystaliśmy jeszcze z tamtejszej mapy, by przeanalizować dalszą trasę, a po chwili ją zgubić i szeroką drogę dla rowerów zmienić na wąski i bardzo trudny turystyczny szlak, na którym zdjęć nie zrobiłem, bo myślałem o czymś zupełnie innym. Na zjeździe łatwo nie było, o czym może świadczyć wywrotka Gosi - na szczęście jedyną konsekwencją tego upadku są spodnie do prania. Nasza trasa w pewnym momencie przecinała linię wyciągu krzesełkowego i tam właśnie przekonaliśmy się, że niektórzy to idą na łatwiznę zamiast pokonywać kilometry pod górę. Po prawie 3 godzinach walki z dystansem powróciliśmy na parking, gdzie skorzystaliśmy z dobrodziejstw baru samoobsługowego "Na Seacie" i tak pokrzepieni wsiedliśmy do samochodów, by pełni zadowolenia po kolejnej udanej wycieczce, powrócić do swych domów.


O awariach, ale z innej perspektywy

            Zdążyłam się już zorientować, że miejsce spotkania nie było tradycyjnym miejscem, ponieważ Klubowicze umówili się na parkingu przy Loroy Merlin. Jestem jednak pewna, że helikopter bez trudu mógłby wylądować i tutaj. Na szczęście żaden(helikopter) się na to nie zdecydował, więc spokojnie, bez obawy, że tak drobne części jak np.: wentyl rozlecą się na wszystkie strony, panowie zabrali się za pierwszą naprawę roweru. Dziurawa dętka Małgosi, po wyjęciu i napompowaniu nowiutką pompką z ciśnieniomierzem i śrubkami do przytwierdzenia jej do roweru, okazała się być dętką co najmniej od traktora! Z tego parkingu, jeszcze samochodami, pojechaliśmy do Żar - na następny parking. I wtedy okazało się, że dołączy do nas jeszcze jeden Pedał, Janek. Parę minut poczekaliśmy na niego, jego trochę odnowiony rower i fantastyczną pompkę(czyżby podwędzoną Wiedźminowi?) i w końcu mogliśmy ruszyć w drogę.
W pierwszych minutach jazdy trzeba było się jeszcze zintegrować: Wykonaliśmy małą pracę społeczną odgarniając konar drzewa ze ścieżki i postanawiając, że nikomu nie przyznamy się do tego, że to my jesteśmy tacy dzielni(widać to na zdjęciach Maćka P). Dalej trasa biegła zboczem góry, później zawiodła nas do jej stóp. Jechaliśmy wzdłuż Racławki, coraz bliżej i bliżej wody... tak, że w końcu Maciej P. nie mógł się jej oprzeć i jedną stopę powyżej buta musiał w niej zanurzyć. Minęło dopiero pół godziny a już zaczęło się suszenie skarpetek.
Przystanek przy Źródle Bażana Panowie spędzili na zgłębianiu zagadkowego mechanizmu funkcjonowania amortyzatora w rowerze Przemka(to już druga awaria sprzętu), ale nie powiem czym to się skończyło, ponieważ kompletnie się na tym nie znam. W każdym razie, wszyscy byli zadowoleni, najbardziej rower Przemka, który w tej euforii po 100. metrach stanął dęba w poprzek ścieżki. Wkrótce okazało się, że przez Racławkę trzeba się przeprawić. Był tam niby jakiś mostek, ale przejechanie po nim byłoby zbyt proste: Parę osób miało swój pomysł na przedostanie się na drugą stronę i nie zamierzało z niego zrezygnować. I tak Przemek opłukał starannie swój amortyzator w wartkim strumieniu - podając rower Krzysiowi S. - a następnie rozpędził się i sam wskoczył do rzeki. Zachwyceni tym wyczynem ledwo zdążyliśmy zauważyć jak Tomek przejeżdża rzeczkę brodem. Niesamowite oba te wyczyny i niesamowici reporterzy, którzy zdążyli je uchwycić).
Jeśli po tej przeprawie ktoś nie był mokry, to mógł spocić się podjeżdżając pod "sakramencką górkę". Tak został nazwany przez kogoś podjazd po gładkim jak stół asfalcie prowadzącym do Sanktuarium Matki Bożej Paczółtowickiej(z 1520r) i do pola golowego. Dalej było z górki, długi spokojny zjazd z ostrym zakrętem, prosto do źródełka Św. Eliasza o "przedziwnych" właściwościach. Długo rozważaliśmy jakie to mogą być właściwości... kiedy zorientowaliśmy się, że zgubiło nam się 25% członków grupy, tj. Tomek i Janek! My się martwiliśmy, a oni tymczasem stali zakręt wcześniej i zmieniali dętkę. Dołączywszy do nas podkleili jeszcze tę świeżo pękniętą oponę specjalną taśmą a później jeszcze wymienili Tomkowi obydwa koła. To już 3 koła w jednym rowerze!.
Dalszy odcinek drogi prowadził do przeszło 370-letniego klasztoru Karmelitów Bosych, miejsca bardzo ładnego i odwiedzanego przez wspaniałych ludzi. Chociaż ścieżka schowała się przed nami tak, że wszystkim głupiały miny nim na nią wjechali, w końcu byliśmy na miejscu. Tu zaczęły ujawniać się przedziwne właściwości źródełka: Maćkowi M, który napił się pierwszy, zniknął rower a Przemek nie pomylił się czytając mapę!
Jadąc wzdłuż dawnego muru klasztornego minęliśmy Diabelski Most i przejechaliśmy brodem rzeczkę. Z tego wyłamałam się tylko ja. Podjechaliśmy na skraj kamieniołomu(gdzie obowiązywało ograniczenie prędkości do 10km/h). Okazało się jednak, że zdobycie tej góry to dla niektórych za mało, więc nie obeszło się bez wspinania na stojącą nieopodal wieżę. Miała taką drabinkę, że niektórym osobom przypomnieli się strażacy. Robiła wrażenie… no i poszerzała horyzonty.
Na tym postoju też Tomek zaskoczył wszystkich ciastem - o rety zapomnieliśmy - imieninowym! A zaraz za postojem - zerwałam łańcuch. Nie oznaczało to jednak, że nie mogę zostać na wycieczce do końca: Janek miał fantastyczny sprzęt potrzebny do złożenia rozerwanego łańcucha(odpowiedni klucz). A mnie powiedziano, że wyczerpałam limit awarii na dziś. I wirując pedałami roweru - a nie jak na hulajnodze - przejechałam ostatni odcinek trasy: przez błoto, cmentarz, na przełaj przez buczynę, czyli las lipowy, po grubej warstwie liści i w dół ze stromej z górki. Kiedy jeszcze z daleka, z góry, zobaczyliśmy parking z naszymi samochodami akurat skończyła się ścieżka. Każdy wziął więc swój rower i jak umiał najprościej zaczął schodzić w dół. Ja na przykład wypatrzyłam na dole zbocza rzeczkę. Wiedząc, że przenosząc rower na ramieniu umyję nogi, zdjęłam buty i boso, z rowerem w rękach zeszłam prosto na dół. Rzeczka tak, jak się spodziewałam, okazała się mokra, zimna i czysta. Małgosia i Tomek podobno zjechali całą drogę na rowerach, ale to musiało być bardzo okrężna droga.
Fakt, że "wysiłek był akordowy", bowiem z 3-godzinnej (wg planu) wyprawy, zrobiło się ponad 6 godzin - wróciliśmy przed 18:00. Ale nie martwiłam się, że nie dam rady patrząc na tych, którzy świecili przykładem i na tych, którzy świecili nogawkami.


Roboty melioracyjne i Mongolia!

             Pierwszy dzień marca 2008 roku okazał się być ostatnim dniem tygodnia, czyli sobotą, a jeśli sobota, to oczywiście jedziemy na kolejną wyprawę, bo inaczej być nie może - no chyba, żeby było. W każdym razie ta sobota była niezwykle mokrym dniem. Woda lała się strumieniami z pięknie szarego nieba, a do tego jeszcze cudownie wiało. Trudno było sobie odmówić przyjemności pedałowania w taki dzień. Spotkaliśmy się z Krzysiem jak zwykle pod moją bramą i razem ruszyliśmy na Błonia, a nim tam dojechaliśmy, byliśmy już niemal całkiem przemoczeni. Tym razem, zamiast stanąć tradycyjnie przy lądowisku, zatrzymaliśmy się pod daszkiem, aby tam oczekiwać na ewentualnych śmiałków, którzy by chcieli jechać z nami. Ku naszemu lekkiemu zdziwieniu, ale też wielkiemu zadowoleniu, pojawiły się jeszcze dwie osoby, czyli Wojtek J i Janek S. Przyznam, że spod tego daszku ciężko nam było potem wyjechać, czekaliśmy na kolejne osoby wyjątkowo długo i gdyby nie mobilizacja w postaci umówionego spotkania o godzinie 12 w klubie Tabun, to nie wiem, ile byśmy tam czasu spędzili. Ale zrobiła się taka godzina, że innego wyjścia nie było, trzeba było wsiąść na rowery i ruszyć w stronę Olszanicy. Trasę obraliśmy głównie asfaltową, bo czasu na dojazd nie zostało nam zbyt wiele, a na polnych drogach mogły nas spotkać różne niespodzianki. Do Tabunu dotarliśmy z niezwykłą punktualnością, a czekało tam na nas już kilka osób, czyli Gosia S, Magda S i Leszek S i od razu dodam, że wbrew temu, co sugerować by mogły inicjały, nie są oni z jednej rodziny, no chyba, że za taką rodzinę uznać nasze klubowe grono!
W Tabunie zapoznaliśmy z najnowszym nabytkiem klubu, czyli koniem Atom, po czym ruszyliśmy końskimi ścieżkami na mały spacer. Spacer nie był może długi, ale natura bardzo go nam urozmaiciła i nie ułatwiła przejazdu. Woda nadal lała się z nieba, ale było jej też sporo pod kołami naszych pojazdów. Ten fakt sprowokował Krzysia do zdecydowanych działań. Szybko przystosował do swych potrzeb pewien kijaszek i rozpoczął roboty melioracyjne zakrojone na większą skalę, a potem tak się rozochocił, że postanowił jechać do Kryspinowa i tam zrobić odpływ dla tamtejszego jeziorka. Na szczęście dla miłośników sportów wodnych w Krakowie, tego planu nie zrealizował, a to tylko dzięki Gosi S, a więc pływacy, żeglarze, deskarze i inni, składajcie jej gorące podziękowania! Jak nie doszło do osuszenia zalewu w Kryspinowie? Otóż u Gosi dał się zauważyć wyraźny brak powietrza(no oczywiście w tylnym kole), a gdy Krzyś to zauważył, natychmiast postanowił stan ten zmienić. Ucieszył się nawet, że znów można coś zrobić, że znów będzie się coś działo, że dodamy do atrakcji w tej naszej wirującej nudzie. I zatrzymaliśmy się nad brzegiem tego pięknego jeziora, oparliśmy nasze rowery o drzewa i przystąpili do akcji. Trzeba przyznać, że dokoła zrobiło się ciekawie. Wiatr wzmagał się, na jeziorze tworzyła się coraz większa fala i można było się poczuć jak nad morzem. Kolejne rowery padały na ziemię pod mocnymi uderzeniami wiatru. W pewnym momencie zaczął nawet sypać grad, tego już było za wiele. Schowaliśmy się za mały baraczek i tam kontynuowali naprawę dętki, która okazała się sprawna i w zasadzie wystarczyło ją tylko napompować, ale zawsze zdjęcia koła i wyciągnięcie dętki, to znacznie ciekawsze zajęcie niż kilka prostych ruchów pompką. W każdym razie dzięki temu wydarzeniu Krzyś poniechał swych supermelioracyjnych planów, a my w lecie będziemy mieli się gdzie pomoczyć.
Zabawy te zajęły nam jednak sporo czasu i okazało się, że trzeba już do Tabunu wracać, by tam stawić się na umówioną godzinę. Ruszyliśmy z powrotem trochę inną drogą, wjechaliśmy na tzw. długą kryspinowską, z którą wiąże się sporo pięknych wspomnień jeździeckich. W ogóle w drodze powrotnej rozmarzyliśmy się z Krzysiem, bo to był dla nas taki powrót do przeszłości. Z każdego fragmentu drogi, z każdego zakrętu, czy przejazdu wychodziły wspomnienia, spływały na nas prawie jak ta woda z nieba. Tak mocno byliśmy zwróceni w tą przeszłość, że w pierwszej chwili nawet nie zauważaliśmy, co dzieje się pod kołami naszych rowerów. Nawierzchnia, po której przyszło nam jechać była jednak dość specyficzna. Na tyle specyficzna, że przebiła się przez ten wspomnień czar i doszła do naszej świadomości. Ogrom błota mógł niejednego przerazić, ale nie dzielną ekipę z KWP. Niezmordowanie brnęliśmy przez tą błotną maź, posuwaliśmy się do przodu lub na boki z prędkością około 8km/h, po niemal płaskim terenie, a wysiłek jaki musieliśmy włożyć w tą jazdę, był tak wielki, że byliśmy naprawdę mocno zgrzani, pot zalewał oczy, tętno sięgało maksymalnego, a my jechaliśmy dalej. I walczylibyśmy z tym błotem jeszcze długo, ale czas poganiał, więc obraliśmy kurs na asfalt prowadzący do Zakamycza, a stamtąd już prosto do stajni, a dokładniej do stajennej myjni, w której doprowadziliśmy nasze "rumaki" do stanu względnej czystości. Po wykąpaniu rowerów przemieściliśmy się do pobliskiego fortu, gdzie przewidziany był pokaz zdjęć z wyprawy Magdy W i Leszka S do Mongolii. W forcie czuliśmy się trochę dziwnie, bo było tam jakoś tak sucho i ciepło, ale człowiek łatwo adaptuje się do różnych dziwnych warunków, więc i do tych się przystosowaliśmy. Po krótkiej przerwie na rozwieszanie mokrych ubrań i butów po kaloryferach w forcie, przystąpiliśmy do pokazu i gdybym chciał opisać to wszystko, co od Leszka usłyszeliśmy, co zobaczyliśmy na zdjęciach, to musiałbym książkę napisać, dlatego ograniczę się tylko do krótkiego stwierdzenia, że było bardzo, bardzo ciekawie i kto nie był, niech żałuje! Leszkowi bardzo dziękujemy za to arcyciekawe spotkania z mongolskimi przygodami, natomiast rodzinie Janiszewskich jesteśmy niezwykle wdzięczni za poratowanie sprzętem, dzięki, któremu pokaz w ogóle mógł się odbyć i jeszcze na koniec specjalne podziękowania dla Beaty Motyl, która w forcie nas ugościła i pozwoliła spędzić tam ładnych kilka godzin!


Wielka próba!

             Dziś(23.02.2008) było nas troje. Gosia S, Karol S i ja. Na starcie odwiedził nas Tomek K. Słońce i temperatura sprzyjały wycieczce. Nawet dokuczliwy wiatr nie popsuł nam dobrych nastrojów.
Głównym motywem tej wycieczki było hasło: jazda próbna. Karol przed paru dniami kupił rower, którym zamierza przejechać w trakcie trzymiesięcznej wycieczki kawałek Ameryki Południowej. Dziś docieraliśmy sprzęt w postaci roweru i sakw. Zapakowane dodatkowym obciążeniem miały pokazać, choć namiastkę tego czego będzie się można po nich spodziewać. Sprawdzian wypadł pomyślnie, a my posilając się sernikiem przygotowanym przez Gosie mogliśmy w iście wiosennych warunkach przejechać trasę ok 40 km.
Mam nadzieję, że wraz z nadchodzącą wiosną będziemy spotykać się liczniej.
Pozdro
KS


Lepiej późno niż wcale.

             Zacznijmy od tego, że było zimno. Co prawda w momencie pisania tej relacji owo zimno jest już raczej abstrakcyjnym wspomnieniem, ale jednak pamiętam, że ręce, mimo ciepłych rękawiczek, miałem przed rozgrzewką trochę pomarznięte. Ale za to było całkiem sporo Słońca. Było nas dużo - 9 osób to już prawie legion. Na początek musieliśmy pokonać serię problemów technicznych z rumakami, które zaowocowały ostatecznie jedną dezercją, ale niezrażeni wyruszyliśmy. Po drodze co rusz okazywało się, że gumy trakcyjne poszczególnych rowerów wymagają pewnej konserwacji lub wymiany, niemniej szczęśliwie wycieczka zaopatrzona była w niezbędne do napraw wyposażenie i ku ogólnej radości oraz dzięki konstruktywnym radom Macieja pokonaliśmy tą trudność. Przy okazji Krzysztof został wyposażony w oryginalną uprząż wspinaczkową zrobioną z dętki, co uwieczniono na zdjęciu. Od punktu startu, czyli Błoń, trasa poprowadziła nas wałami Rudawy, następnie drogami asfaltowymi do obserwatorium. Stamtąd, pokrzepieni tajemniczym naparem Macieja, prosto z termosu, dotarliśmy na Kopiec Piłsudskiego, gdzie urządziliśmy sobie pamiątkową sesję zdjęciową w strojach prawie kąpielowych. Następnie szlak poprowadził w dół, dzikimi zjazdami pełnymi śniegu i innych pułapek. Powróciwszy do cywilizacji(asfaltu) stwierdziliśmy jednak, że dla umilenia trasy powrócimy do domu skrótami - przez kolejne pagórki, podejrzane wąwozy i chaszcze. W pewnym momencie musieliśmy się przedzierać nawet przez zasieki z drutu kolczastego, jednak nie zmogło nas to. W końcu, dotarliśmy na miejsce zbiórki. Napar Macieja ponownie pokrzepił serca i w takim pozytywnym nastroju rozjechaliśmy się w prywatne strony.


Co Cię nie zabije - to Cię wzmocni!

             "Co Cię nie zabije - to Cię wzmocni" ... słyszę często od Męża ... Tak więc dziś, biorąc sobie te słowa do serca, a równocześnie za dobrą monetę, postanowiłam w końcu skusić się na wyprawę z członkami zaprzyjaźnionego klubu rowerowych zapaleńców.
Prawdą jest, tu zaprzeczyć nie mogę, że obawiałam się, iż w moim przypadku bliższa będę raczej śmierci niż mocy.... okazało się jednak, że przy dopingu i opiece bliskich osób można góry... a przynajmniej rowery przenosić!
To w zasadzie tyle co mogę o tej wyprawie napisać ... No i może że miło było, a jakże i że piękne mieliśmy widoczki... Chwilami nieco mglistego, tajemniczego lasu, a w innym momencie, gdy zaświeciło słonko świat nabierał barw, a trudności wydawały się łatwiejsze do pokonania ... Bo prawdę mówiąc .... co się tyczy trasy ..... jako 100% kobieta, mająca raczej dość mgliste pojęcie o kierunkach świata, drogach na skróty, nie mówiąc już o leśnych krętych ścieżkach .... Regularnie traciłam orientację, aby co jakiś czas - na moment spostrzec, że znajdujemy się w jakimś dobrze znanym mi miejscu i natychmiast to poczucie stracić, gdy tylko posłusznie podążałam w jakimś nowym, obranym przez Przemka kierunku; Ale pięknie było, a to przecież najważniejsze!
Na koniec, chciałam jeszcze podziękować moim dwóm towarzyszom czyli Przemkowi, za to że jednak z uwagi na moją obecność postanowił nie zapuszczać się pod Grunwald i z powrotem ... oraz Maćkowi, który jak zawsze w takich sytuacjach rozważnie i dyskretnie ubezpiecza tyły, dbając aby nie tylko nikt nie doznał uszczerbku na zdrowiu ale także by zwyczajnie dobrze się czuł.
Dzięki Chłopaki
Baś


Spokojnie to tylko ferie!

             Jak to zwykle bywa w ferie zimowe, Krzyś S zamienił towarzystwo spokojnych i statecznych członków KWP, na lekko rozbrykane towarzystwo młodzieży, którą mógł opiekować się przez ostatnie dwa tygodnie. I jak to zwykle bywa, kiedy nie ma Krzysia jakoś ciężko nam się było zwołać na wyjazd. W poprzednią sobotę nie spotkaliśmy się w ogóle, natomiast dziś, czyli 9 lutego 2008 roku na starcie zjawiły się tylko 3 osoby. Cóż, po pierwsze wiele osób nie wróciło jeszcze z wyjazdów feryjnych, po drugie to zaproszenie zostało wysłane bardzo późno, ale jak słusznie stwierdził Przemek - lepiej późno nic wcale, bo gdybyśmy pozostali przy "wcale", to nie doszłoby do tak miłego wyjazdu, w skromnym, ale sympatycznym gronie.
Spotkanie zaplanowano na godzinę 10.30, w tradycyjnym miejscu, czyli na Błoniach przy lądowisku helikopterów. Niestety tym razem to ja się trochę spóźniłem(1 minutę!), co bardzo ucieszyło wiecznie spóźnionego Przemka. Natomiast on, wraz z Basią W(swoją żoną) przybył na czas - brawo! Po krótkim i bezowocnym oczekiwaniu na Magdę S, która według Przemka miała na pewno przybyć na zbiórkę, a którą chwilę wcześniej widziałem siedzącą na koniu, ruszyliśmy przed siebie. To znaczy nie tak po prostu przed siebie, ruszyliśmy przygotowaną i przemyślaną przez Przemka trasą, która prowadziła przez piękne obszary Lasku Wolskiego. Już na samym początku naszej wycieczki okazało się, że tempo, które narzuciliśmy z Przemkiem spowodowało, że zmarznięta Basia musiała się ubierać w dodatkową kurtkę. No cóż, w jej wieku też pewnie mieliśmy tyle sił, ale moja pamięć do tych chwil już nie sięga.
Perfekcyjnie przygotowana przez Przemka trasa, wcale nie oznacza, że jedzie się nudno jak po sznurku, wiedząc wszystko o każdym zakręcie, czy fragmencie trasy. Na szczęście Przemek lubi dodawać do atrakcji, lubi eksplorować nowe trasy i dzięki temu dziś mogliśmy dojechać do tajemniczego muru, który zagrodził nam w pewnej chwili drogę. Przemek próbował jeszcze przebić się górą, ale nawet tam z góry, nie udało się dostrzec jakiś widoków na dalszą jazdę i trzeba było zawrócić, do rozsądnej Basi, która czekała na nas przy właściwej drodze. "Lekkie" wzniesienia pojawiające się na naszej drodze sprawiły, że nawet Basia się rozgrzała i rozpięła zamek w swej kurtce. Na szczęście dzięki pięknie szarym chmurom rozpościerającym się na niebie i zasłaniającym słońce, nie doszło do przegrzania naszych organizmów. Nowy wariant naszej stałej trasy przez Sikornik, pozwolił nam odwiedzić naszych miłych znajomych, zamieszkujących piękny dom przy ulicy Cedrowej. Wykazali się oni sporą czujnością, bo jeszcze dobrze nie stanęliśmy przy furtce w ogrodzeniu, gdy otwarły się drzwi i powitał nas miły uśmiech gospodyni. Po krókiej pogawędce pojechaliśmy dalej, pokonali kolejną górkę, potem kilka zasadzek terenowych, by już po chwili pędzić z zawrotną prędkością z Sikornika. Ledwie udało sie wyhamować przed jezdnią!
Przed nami znów trudny i wymagający teren, tym bardziej, że błoto na leśnych ścieżkach coraz większe, a co za tym idzie przyczepność coraz mniejsza. O trudności terenu może świadczyć fakt, że nawet Basia musiała chwilami zsiadać z roweru! Oczywiście żadne przeciwności trasy, żadne błota, choćby te najbardziej śliskie, nie były w stanie nas powstrzymać. Dzielnie i bezwzględnie, ale cały czas z uśmiechem na ustach, wirowaliśmy dalej. I tak jechaliśmy lub prowadziliśmy te nasze piękne rowery po niebieskim szlaku, gdy nagle, całkiem przypadkiem, znaleźliśmy się przy skoczni, na której ostatnio szalał Przemek z Jankiem. Tym razem Przemek też nie mógł sobie odmówić tej przyjemności i wykonał kilka, a może kilkanaście szalonych skoków. Najwyraźniej na niego przyciąganie ziemskie działa jakoś inaczej, bo Basi oraz mej skromnej osobie jakoś od ziemi nie udało się oderwać. Przynajmniej na rowerach, bo gdy Basia porzuciła to żelastwo, wyszła z progu niczym Thomas Morgenstern - skoczek austriacki mający w tym sezonie już 10 pucharowych zwycięstw na koncie. I gdy tak patrzyłem na ten jej skok, przypomniało mi się jak pewien wielki poeta polski(lub prawie polski), napisał w swym wierszu: "Młodości, ty nad poziomy wylatuj!" i w końcu zrozumiałem, co poeta miał na myśli. Może gdybym zrozumiał to wcześniej, nie musiałbym powtarzać maturalnej klasy z powodu języka polskiego. A przecież dalej w tym samym wierszu, nasz wielki poeta pisze jakby o nas - "choć droga stroma i śliska ... spólnymi łańcuchy pokonamy góry". Jak wiadomo wielcy poeci zawsze mają rację, bo górę pokonaliśmy, ale ja nawet "opleśniałej zbywszy się kory, zielonych przypomnieć lat" już sobie nie potrafiłem i odpocząć musiałem, a że to nie pora, by jak sugeruje inny poeta, "siąść pod czyimś liściem", postanowiliśmy znów odwiedzić nasz ulubiony lokal, czyli znajdującą się obok ZOO "Frankówkę". Tam posiedzieliśmy chwilę przy herbatce i czekoladzie, prowadząc towarzystkie rozmowy na różne tematy z pięknem życia związane. Przy okazji spotkaliśmy różnych dziwnych osobników, typu cętkowany zwierz lub pan, który wyglądał jakby każdyo dzień wystawał pod budką z piwem, a jego ulubionym napojem było tanie wino, ale przecież czasem pozory mylą - może dobry człowiek z niego był. Jak przystało na wyprawę, której wszyscy uczestnicy byli koniarzami lub byłymi koniarzami w chwilowym spoczynku, nie zabrakło też akcentów typowo końskich. Po krótkim odpoczynku, posileni czekoladą, rozgrzani herbatą i gorącymi dyskusjami, mogliśmy ruszyć dalej. Wydawało nam się, że teraz czekają nas już tylko szalone zjazdy, ale choć było ich rzeczywiście sporo, to znalazły się też ostre, niemal pionowe podjazdy. Tym razem Basia i ja musieliśmy wygrzebywać się na górę na butach, i tylko niezłomny Przemek przemieszczał się na swym rowerze to pod górę, to w dół. Natomiast jeśli już nawet taki miłośnik downhill'u stwierdził, że na jednym ze zjazdów było naprawdę ostro, to chyba nie zdziwicie się, że my z Basią zjazd ten ominęliśmy z daleka! W każdym razie okazało się, nie po raz pierwszy zresztą, że w czasie zjazdów też można się nieźle rozgrzać. Koniec trasy był już naprawdę spokojny, można by powiedzieć niemal sielski - płasko i gładko, a do tego niebo, sprowokowane chyba naszymi uśmiechniętymi buziami i pogodnymi duszami, też postanowiło się trochę rozpogodzić i spod chmur zaczęły wychodzić pierwsze promienie słońca, które gdy dojeżdżaliśmy na Błonia rozpromieniło się na dobre i ogrzewało nas i całą okolicę. Tak to po prawie 3 godzinach ostrej walki w terenie trudnym i bardzo trudnym dotarliśmy z powrotem na krakowskie Błonia, ciesząc się, że udało nam się odbyć tak pięknie zawirowaną wycieczkę! Dziękuję Wam - Wróbelki!


Ognisty podmuch!

             Ostatnio mamy szczęście na naszych wycieczkach przeżywać niezwykle ciekawe sytuacje. Tydzień temu przyszło nam się zmagać z żywiołem wody i ona była motywem przewodnim naszego wyjazdu, tym razem mieliśmy do czynienia z jej przeciwieństwem, czyli z ogniem!
Ale od początku, a na początku była zbiórka, w tradycyjnym miejscu, czyli na Błoniach, przy lądowisku helikopterów, o tradycyjnej godzinie, czyli o 10, a ludzi na tej zbiórce zjawiło się całkiem sporo, bo aż 8 sztuk! Całkiem niespodziewanie przybyła Renia W, zjawiła się też Gosia S, był Krzyś S i Wojtas J, rodzina Kraińskich reprezentowana przez tatę, czyli Tomka oraz Janka, a największą niespodziankę zrobił Przemek, który miał jechać na narty, ale jednak postanowił towarzyszyć nam w naszych zmaganiach, a i byłem też ja, czyli MM.
Pojawienie się Przemka od razu rozbudziło nasze oczekiwania na ciekawą i trudną trasę przejazdu. Przemek znany jest bowiem ze swoich eksperymentów. W każdym razie po dojeździe na miejsce spotkania, jedno dla wszystkich było pewne - trzeba wybrać teren osłonięty od wiatru, bo jego mocne podmuchy bardzo dawały się we znaki. Skoro teren osłonięty, to oczywiście Lasek Wolski, więc tam się kierujemy. Jeszcze w czasie zbiórki tematem przewodnim były bale studniówkowe. Dyskutowano kto i ile spał, gdzie to się teraz bale odbywają, a gdzie odbywały się lata temu. Jednak po jednym z ostrych podjazdów, gdzie zatrzymaliśmy się dla wyrównania oddechu, temat dyskusji nagle się zmienił. Pojawił się wspomniany ogień - 3 młodych chłopców rozpaliło ognisko, ale mocne podmuchy wiatru sprawiły, że ogień zaczął się szybko rozprzestrzeniać po suchej trawie. Chłopcy znikli, a my zaczęliśmy się zastanawiać, co począć. Czy jechać dalej, czy dzwonić po strażaków? Ale nasz prezes Krzyś pokazał, że nie od parady jest dowódcą. Ruszył na sygnale by ugasić ogień, a za nim jeszcze kilku "strażaków" i zaczęła się walka. Porwiste podmuchy wiatru rozdmuchiwały i rozprzestrzeniały ogień. Wydawało się, że jesteśmy bez szans, coraz większy obszar łąki objęty był pożarem. Krzyś walczył z ogniem za pomocą kawałka siatki ogrodzeniowej, Tomek gasił ogień swoimi ciężkimi butami. W końcu ja na chwilę zastąpiłem Krzysia, a on w tym czasie zadzwonił po strażaków. Do naszej trójki dołączył jeszcze Janek K i razem podjęliśmy dalszą walkę, jak się po chwili okazało zwycięską walkę - ogień ugaszono. Drużyna straży pożarnej, która po chwili zjawiła się swym bojowym wozem na sygnale, mogła już tylko sprawdzić na ile poradziliśmy sobie z żywiołem. Po krótkiej i miłej pogawędce ze strażakami ruszyliśmy dalej. Dzięki pewnym zmianom w naszej tradycyjnej trasie, jakich dokonał Przemek, Tomek K miał okazję spotkać swoich kolegów sprzed lat - kolegów geodetów i zajęty rozmową oraz wspomnieniami na chwilę opuścił nasze towarzystwo. Tymczasem my zjechaliśmy z Sikornika i przeskoczli na drugą stronę jezdni, gdzie wjechaliśmy w las, ale tu znów do głosu doszedł Przemek. Nie pozwolił byśmy pojechali trasą pokonywaną już dziesiątki razy i skierował nas na szlak, którego dotąd nie znaliśmy. Nie była to łatwa droga i czekały na nas różne niespodzianki. Jedną z nich były skocznie, a sił swoich chcieli na nich spróbować Przemek i Janek. Po kilku szalonych próbach doszli już do niezłych wyników, ale na więcej im nie pozwoliliśmy, tym bardziej, że doszedł nas Tomek i już w pełnym składzie mogliśmy ruszyć przed siebie, czyli ostro pod górę.
Po chwili znaleźliśmy się w rejonie ZOO, gdzie postanowiliśmy chwilę odpocząć w gościnnych progach "Frankówki". Po małych trudnościach ze sforsowaniem drzwi, było już tylko przyjemnie. Krzesła okazały się nieco wygodniejsze od naszych rowerowych siodełek, ogień z kominka dawał miłe uczucie ciepła, a przede wszystkim był całkowicie bezpieczny, do tego jeszcze herbatki lub różne inne napoje oraz małe co nieco, aby uzupełnić spalone kalorie. Przy stole prowadzono wesołe dyskusje na temat "Tarasówki" i tylko Przemek jakby się izolował, siedział samotnie przy stoliku obok, przeglądając z uwagą jakieś papiery. Po chwili wszystko się wyjaśniło, Przemek to przecież wykwalifikowany turysta i nie zamierzał darować sobie okazji do udowodnienie tego faktu. Przygotowały mały, ale niezwykle ciekawy wykład na temat najbliższej okolicy, zaznajamiając nas ze szczegółami historycznymi i topograficznymi mijanych przez nas miejsc. Od wykładu oderwały nas dopiero dziwne odgłosy dobiegające z zewnątrz. Okazało się, że obsługa ZOO wypuściła na wybieg słonie, porzuciliśmy więc ciepłe wnętrze "Frankówki" i dziękując paniom za gościnę, zajęliśmy się tymi pięknymi zwierzętami, które najwyraźniej roznosiła energia. Biegały raźno po swoim terenie, nawoływały się głośno, przepychały. Uwaga wszystkich skupiła się oczywiście na ich poczynaniach, zadziwiały nas lekkością z jaką potrafiły się poruszać mimo kilku ton wagi!
Nie można jednak w nieskończoność słoniom się przyglądać, trzeba było w końcu ruszyć dalej, a Przemek zadecydował, że odwiedzimy jeszcze Kopiec Piłsudskiego. To oznaczało znów jazdę pod górę, ale potem pozwoliło nam na zjazd w stronę Wesołej Polany i przedzieranie się przez bardzo ciekawą okolicę Lasku Wolskiego. Przejazdy wśród skał i kamieni, trudne zjazdy i podjazdy dodały jeszcze do atrakcji i wzbudziły trochę emocji. Gdy dojechaliśmy do szosy prowadzącej do ZOO, część ludzi zaczęła się zastanawiać, czy nie pojechać dalej wygodnym asfaltem, ale wygrała jeszcze opcja "spokojnego" trawersu, który kończył się "spokojnym", ale bardzo malowniczym zjazdem przez pewien wąwóz. Dojechaliśmy nim do szosy prowadzącej do Przegorzał i tu znów powstały wątpliwości, którędy jechać. Na sugerowany przez Przemka kolejny "spokojny" trawers brzegiem Lasku, dość zdecydowanie zareagowała Renata. "Jaki lasek???" - tych kilka znaków oczywiście nie jest w żaden sposób oddać emocji, które pytanie to zawierało. W każdym razie jasnym się stało, że dalej jedziemy już spokojnym, płaskim i dobrze nam znanym szlakiem prowadzącym przez uliczki pod Laskiem Wolskim. W ten sposób już po chwili znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli na Błoniach, gdzie na pożegnanie oddaliśmy się ponownie przyjemnościom towarzyskich rozmów, które miały na celu głównie wychwalanie naszego Prezesa, że nas na ten wyjazd namówił! Oczywiście trzeba tu też oddać Przemkowi, co przemkowe, bo poprowadził nas niezwykle ciekawą i miejscami całkiem nową trasą! Jeszcze raz okazało się, że wyjazdy KWP to prawdziwa przyjemność i zawsze warto poświęcić sobotnie przedpołudnie, by towarzyszyć nam w drodze!


Woda!

"Dla dobrego towarzystwa sołtys dał się powiesić"

            Myślę sobie, że ta myśl w ostatnią sobotę musiała przewinąć się przez głowę wszystkim uczestnikom wyprawy, choć może każdy z nas ubrał ją w inne słowa. Zmokliśmy bowiem strasznie, upapraliśmy się jeszcze bardziej, ale było kapitalnie! Ale od początku. Wystartowaliśmy tym razem o 10.30, w czteroosobowym składzie.(i tu musi nastąpić mój apel do dziewczyn. Dziewczyny deszcz jest wspaniały, czego tu się bać!!!) Przybyłam na miejsce spotkania z propozycją trasy i wydrukowaną mapką. Po paru minutach dyskusji mój pomysł się przyjął i wyruszyliśmy przed siebie, mając za cel malowniczy zabierzowski las. Żeby tam dotrzeć trzeba było przejechać w deszczu mało przyjemny odcinek ulicy Balickiej i nawdychać się spalin, ale znieśliśmy to dzielnie. Jedynie Maciek M. w chwili zwątpienia zapragnął wstąpić do przydrożnego fryzjera i na tym zakończyć zmagania. Na szczęście zrezygnował. W przeciwnym razie nie powstałyby te piękne zdjęcia, które możecie teraz oglądać na stronie. Przez las jechało się o wiele milej. Deszcz stał się tam jakby mniej uciążliwy, a może po prostu byliśmy na tyle przemoczeni, że wcale go nie czuliśmy. Moja czapka była już tak ciężka od wody, że podczas jazdy głowa opadała mi na kierownicę. Wkrótce miało się jednak okazać, że to dopiero początek zmagań z tym żywiołem.
Po przejechaniu lasu wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Panowie uradzili, że należy wykonać pętlę, która pozwoli nam trzymać się z dala od chlapiących i warczących na nas samochodów. Ten wspaniały pomysł zaniósł nas w niezwykłe miejsce. Znaleźliśmy się na tajemniczej łące, jakby wyrwanej ze snu melioratora. Przecinały ją bowiem liczne rowy pełne wody, przez które musieliśmy się przedzierać jeden po drugim, aby dotrzeć na drugi jej koniec. Samą łąką jechało się tak, jak jeździ się łąką w środku stycznia po roztopach. Super!!! Nasiąknięta wodą trawa wkręcała się w szprychy rowerom i zapychała przerzutki. Ale rowy były najlepsze. Co jeden to głębszy. Skakaliśmy przez nie, wpadając na zmianę do zimnej wody. Czasem korzystaliśmy z kładek zrobionych przez bobry. Zabawa była wspaniała. No może z jednym wyjątkiem - Krzyś S. zgubił tam swoje okulary i mimo starań nie udało nam się ich odnaleźć. Po pokonaniu łąki ruszyliśmy kochanym asfaltem w stronę Cichego Kącika. Dotarliśmy na miejsce mokrzy, głodni i zmęczeni, ale w świetnych humorach.
Uważam, że panom należą się wyrazy szacunku za pełne ducha podejście do rowerowania. Dali dowód na to, że aby jechać przed siebie, potrzebne jest serce, a nie droga.
Pozdrowienia dla wszystkich
Magda

takie małe sprostowanie z mojej strony: nieprawdą jest, abym w chwili zwątpienia zapragnął wstąpić do fryzjera i na tym zakończyć zmagania! Prawdą jest, że pragnąłem wstąpić do fryzjera, aby w dalszej części trasy pięknie się prezentować, w końcu jak się jeździ w takim towarzystwie należy dbać o swój image!
MM


Była sobie sobota!

             Była pewna sobota, była ona pierwsza w Nowym Roku, a data była następująca - 05.01.08r. A była to sobota z świetną pogodą i słonko nam przyświecało, aż mi gorąco się robiło, chociaż niektórzy się skarżyli na temperaturę, która była poniżej 0 C. Gdy przyjechaliśmy, ja wraz z moim wspaniałym Tatą, spotkaliśmy na miejscu grupkę osób przy rowerach. Na wirowaniu było 6 osób w tym: Prezes KWP Wuj Krzyś, fotograf KWP p. Maciek oraz 3 stałych klubowiczów: Wuj Wojtas, p. Magda(trochę się spóźniła) oraz Tomek(tata) i Ja.
            Gdy dyskutowaliśmy na temat, w którą stronę się udać, dosyć często zmieniał nam się temat, wuj Wojtas się z tego nieukrycie cieszył, a ja dowiedziałem się, że będę pisał to oto sprawozdanie z naszego wyjazdu. Jednak po niedługiej chwili ruszyliśmy przed siebie. Ja nie wiedząc gdzie jedziemy(byłem pierwszy raz na wyjeździe KWP), jechałem śladem klubowiczów. Jadąc spokojnie pod ostrą górkę dojechaliśmy w pobliże kopca Kościuszki. Jechaliśmy ścieżkami z górki i pod górkę, przejechaliśmy przez Sikornik alejką J. Waszyngtona i przejechawszy ulicę Starowolską dalej wirowaliśmy na pedałach po szlaku Twierdzy Kraków. Dojechaliśmy do ZOO po przygodach z podjazdami, a one były niemal PIONOWE!! Podczas odpoczynku pan Maciek ciągle pozdrawiał, a to kobiety, a to różnych mężczyzn, którzy biegali dla treningu(podobno jakiś maraton się szykuje)(do maratonu jeszcze sporo, a oni tak pracują! dopis.MM). Natomiast my podziwialiśmy parującą głowę wuja Krzysia! Podczas odjazdu zauważyłem dziwne rękawiczki, dziwne bo każda inna! Natychmiast zapytałem się czyje one są, a tu psikus, bo się odezwał wuj Krzyś. Ruszyliśmy w stronę domu alejką Żubrową. Tym razem było dużo z górki. Podczas jazdy ja oglądałem bogate domy, a starsi panowie (z p. Magdą) rozmawiali sobie. Z tej pięknej ulicy skręciliśmy w Kasztanową i przejechaliśmy park Decjusza. Przejechaliśmy również koło Hali Tenisowej Golaski Sport. Jadąc już po drugiej stronie ulicy Królowej Jadwigi, czyli ulicą J. Korzeniowskiego przejechaliśmy nad Rudawą. Skierowaliśmy się w stronę Błoń, które z mostku były już widoczne.
            Po przyjechaniu na lądowisko Panowie bardzo ostrożnie zapakowali rower p. Magdy do samochodu. Przy okazji padały różne komentarze dotyczące czystości samochodu jakim przyjechała owa Pani. Podczas żegnania pani Magdy spotkaliśmy p. Martę wraz z jej dużym psem. Nadeszła nasza kolej(panów) do rozstania. Wuj Krzyś ciągle nie mógł wyjść z podziwu, że ja wraz z Tatą jedziemy z Twierdzy Azory(naszego domu) do Błoń tylko 7 minut.
            Podsumowując moje spotkanie z KWP to było wspaniale, pogoda dopisała:) kondycja również…
Stasiek K.


Świąteczne wirowanie!

            Na dwa dni przed Świętami Bożego Narodzenia trudno było się spodziewać tego, że będzie nas bardzo wielu. I rzeczywiście, z rowerami zjawiło się nas troje: Renata W. Maciek P i ja - wszyscy we wspaniałych nastrojach. Dotarli też Zosia i Wojtas J., ale tylko po to, aby dodać nam otuchy przed wyjazdem. Sami musieli zostać, bo mieli do załatwienia trudną sprawę.
Maciek P poprowadził wzdłuż Rudawy w kierunku Kryspinowa. Stamtąd pojechaliśmy do Tyńca i przez Podgórki Tynieckie z powrotem na Błonia. Było dość zimno i bardzo ślisko, o czym Maciek przekonał się boleśnie. Z punktualnością godną podziwu, dokładnie jak planowaliśmy, o godz.13 dotarliśmy do lądowiska na Błoniach. Oczekiwał nas tam nasz nieoceniony kolega Maciek M oraz, jak zwykle niezawodna Gosia S. Ciepłe ciasto i talerzyki z łyżeczkami, które ze sobą przywiozła wprawiły nas w zachwyt. Dołączyła jeszcze Magda S oraz znowu Wojtas, tym razem z synem Krzyśkiem. Dzięki temu, że Maciek M. jak zwykle pomyślał o wszystkim, Wojtas mógł odczytać właściwą na nadchodzący czas Ewangelię, a my po jej wysłuchaniu mogliśmy podzielić się opłatkiem i złożyć sobie życzenia. Gdzieś jeszcze w między czasie pojawiły się pyszne pierniczki zrobione przez Renatę.
Było miło. Dziękuje.
KS

Trudno się z Krzysiem nie zgodzić - było naprawdę bardzo miło! Dziewczyny są niesamowite, zwłaszcza Gosia, która musiała przejechać tyle kilometrów by z nami się spotkać, a to jej ciasto - hmm, palce lizać. Z roku na rok te nasze opłatkowe spotkania wyglądają coraz atrakcyjniej, już jestem ciekaw, co spotka nas w 2008. W tym roku mogliśmy się przekonać jak wielofunkcyjne mogą być nasze rowery, które przecież nie tylko do wirowania służyć mogą, ale też przydają się jako stół, a można na nich nawet szopkę rozstawić i choć Krzyś przez chwilę zarzucał mi profanację, to myślę, że dobry Bóg spoglądał na nas z uśmiechem i cieszyły się, że głosimy Jego chwałę nawet na krakowskich Błoniach w ten pierwszy dzień zimy!
Dziękuję wszystkim i raz jeszcze wszystkiego dobrego!
MM


A miało być tak ostro!

            Z wyprawy zapowiadanej przez Przemka, cytuję: "Uwaga - będzie trochę podejść i dość ostrych zjazdów(niestety raczej nie dla Reni)", wyszły tak zwane "NICI" dlatego, że na miejscu spotkania pojawiłam się ja - nie dość, że kobieta,(co jeszcze ponad rok temu było niewyobrażalne i tej soboty przypomniane), to w dodatku niesprawna! O zgrozo!!!
Nasza nowa trasa szalenie mi się podobała. Płasko, płasko, płasko, jeden stromy podjazd(dla mnie podejście) i jeden stromy zjazd na łeb na szyję(dla mnie zejście na łeb na szyję).
Było nas siedmioro, Prezes Krzyś, przewodnik Przemek, fotograf Maciek oraz niezawodny Tomek, tym razem z synem Frankiem, nieposkromiony Wojtek i ja - kobieta.
A zaczęło się wycieczką krajoznawczą samochodem, jak mawiał wieki temu Ambroży Grabowski "po okolicznościach Krakowa" czyli dla nas dzisiaj Kryspinowa, Morawicy i okolic aby w końcu zaparkować gdzieś w głębokim lesie bodajże w Puszczy Dulowskiej. Tam przesiedliśmy się na rowery.
Las, śnieg, mroźna zimowa pogoda i prawie brak żywego ducha(nie licząc lisa, psa oraz konnych), towarzyszyły nam przez cały czas wycieczki. Krzyś z Wojtkiem podzielili się z nami przeżyciami z Afryki, gdzie wygrzewali się w słońcu jeszcze kilka dni temu. Opowiedzieli o hipopotamach, słoniach, nosorożcach, żyrafach, lwie, którego nie udało się spotkać i o tym jak zrobili małpę w konia. Lekcja nauki czytania małpy niestety nie zakończyła się sukcesem. Małpy, jak naocznie uczestnicy wyprawy do Afryki stwierdzili, czytać nie potrafią. A swoją drogą, co to byłby za widok małpa siedząca na drzewie, trzymająca swą dopiero co skradzioną zdobycz banana w rękach, gdzie zamiast owocu w skórce znajduje zwiniętą gazetę i zamiast wyrzucić gazetę, wyrzuca skórkę, rozkłada gazetę i zaczyna czytać.... Ale towarzystwo byłoby zdziwione... i w jakiego konia zrobione?! Niestety małpa wyrzuciła gazetę i obeszła się smakiem. Jak mówi stare porzekadło ""kradzione nie tuczy".
I tak sobie jadąc to tu, to tam, to w prawo, to w lewo i gawędząc to o tym, i o tamtym, i o nadchodzących Świętach, czyli choinkach, przysmakach, prezentach spostrzegliśmy, że nieposkromiony Wojtek gdzieś zaginął i pognał przed siebie, a my spokojnie dojechaliśmy na parking.
CHŁOPAKI! Dziękuję za szalenie miłe towarzystwo i wspólne może 20 może 30km, Tobie Przemku specjalne podziękowania za podwiezienie mnie wraz z rowerem tam i z powrotem, Ela a Tobie za rower. Do zobaczenia za tydzień, a TYM co ich nie będzie już dziś życzę Wesołych Świąt!


Wyprawa w czasie.

            Brak odezwy na ten tydzień od moich rowerowych towarzyszy spowodował, iż sama zorganizowałam sobie wyprawę. Wyjazd sobota 01.12.2007 godzina 10:30 - teraz tylko wybór kierunku - w prawo, czy w lewo?? Za lewicą nie przepadam, czyli jedziemy w prawo - trasa to Radziszów, Wola Radziszowska, Podolany i Leńcze.
Będzie to niejako wyprawa w czasie - w Woli R. wjechałam na Szlak Architektury Drewnianej - napotkałam szereg ponad 100-letnich małych drewnianych domków. Potem w centrum wioski znajduje się późnogotycki drewniany kościół pw. Wniebowstąpienia NMP pochodzący z końca XV w.
Będąc w Woli wpadłam na pomysł, aby sprawdzić co słychać w dobrze już mi znanej Osadzie stowarzyszenia Dziejba, będącej rekonstrukcja osady z epoki brązu. Dojazd do wioski o tej porze nie jest zbyt ciekawy - jednak samo miejsce jest bardzo ciekawe i ładne. Po dotarciu okazało się, że osadnicy "odlecieli" na zimę do swoich ciepłych domostw i osada jest pusta. Wejścia do chatek pozamykano, pozostał jedynie sentyment i wspomnienia z letnich wypraw w to miejsce, kiedy to życie tętniło tu całą siłą. Po chwili zadumy ruszyła w drogę powrotna do domu, gdzie czekała już na mnie stęskniona Sonia(pies rasy syberian husky).
Gosia


Jubileuszowe pedałowanie!

Tym razem relacja wymieszana, bo opowiada para mieszana Magda Sz i Krzyś, a czasem i ja wtrącam swoje 3 grosze:
Dzisiejszy(24.11.2007) spacer miał dość liczna obsadę. Była nieco zdekompletowana, bo bez Paji - rodzina Póltoraków, sporo niewiast: Renata, Magda, Gosia i Zosia oraz Przemek, Leszek, Wojtek, Tomek, po raz pierwszy z nami Maciek P i ja. Jeśli dobrze liczę to razem 13 osób. Tak na prawdę to było nas 14, bo Maciek M. mimo tego ze ciałem był na szkoleniu pedagogicznym to towarzyszył nam na każdy kilometrze trasy.
(gdy szedłem na szkolenie, słuchałem muzyki, akurat Lech Janerka śpiewał swoją wspaniałą piosenkę zatytułowaną "Rower", pomyślałem, że to niestety będzie mój jedyny kontakt z rowerem w tym dniu, ale dzięki łączności duchowej oraz telefonicznej było zupełnie inaczej, choć przyznam, że jedno i drugie cielesnej nie zastąpi)

Najpierw ruszyliśmy wzdłuż Rudawy i pokonaliśmy trasę podobną do tej, którą jechano w zeszłym tygodniu. Tym razem prowadził Przemek. Było trochę ślisko, wiec zaliczyłam dwie wywrotki. Pierwsza była subtelna i trochę za mało spektakularna jak dla Krzysia, który czekał tylko na takie okazje ze swoim aparatem. Druga była gorsza, bo wylądowałam pupą kałuży, a za chwilę obok mnie leżała Renia, co mnie bardzo wystraszyło, bo jak się chwilę temu dowiedziałam, jest po operacji kręgosłupa i miała uważać. Ale na szczęście nic jej się nie stało. Podniosła się prędziutko, a do mnie podbiegł jakiś spacerowicz, żeby podać mi pomocną dłoń, ale nie zdążył, bo nadjeżdżający Krzyś krzyczał już z daleka: "Proszę jej nie podnosić!" Pan się trochę zdziwił, ale posłuchał polecenia, a ja musiałam zostać w kałuży na gorącą prośbę Krzysia, który koniecznie chciał to uwiecznić na zdjęciu.

Mimo temperatur dodatnich trasa miejscami była oblodzona, co boleśnie sprawdzała Magda.

Kilometr dalej zatrzymaliśmy się, żeby wypić lampkę szampana.

Dzięki temu, że Leszek w najbliższy poniedziałek ma imieniny, przebieg wycieczki był urozmaicony postojem w czasie, którego szczególnie ciepło mówiliśmy o solenizancie oraz wspominaliśmy nieobecnego ciałem Maćka. Pojawiła się też miła naszym oczom butelka szampana, który rozlany do plastikowych kubeczków, mógł nam posłużyć do wzniesienia toastów za zdrowie Leszka! Szampan to napój o magicznych właściwościach, niczym napój druida Panoramiksa. Napój, który oprócz magicznego wygładzania świata, jest również bardzo energetyczny, co wykorzystaliśmy w dalszych etapach naszego pedałowania.

Kolejny postój miał miejsce przy torze kajakowym, gdzie mieliśmy poczekać na Przemka, który wypuścił się przodem jako zwiadowca. Nie było go jednak dłuższą chwilkę, a my już zaczynaliśmy marznąć, więc Krzyś zadecydował, że należy ruszać dalej. Dojechaliśmy do autostrady i ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy Przemka jadącego w naszą stronę autostradą w dodatku pod prąd. Chwilę później nasz zwiadowca stwierdził, że należy wnieść wszystkie rowery na autostradę i w ten sposób przekroczyć Wisłę. Miała tu miejsce drobna różnica zdań, bo Krzyś uznał to za niedopuszczalne łamanie przepisów ruchu drogowego. Nastąpił chwilowy rozłam, w wyniku czego część z nas pojechała za Przemkiem, nie widząc alternatywy, a Krzyś przeniósł swój rower przez 4 pasy i jechał przeciwną stroną drogi znalazłszy tam kawałek pobocza. No, ale po chwili spotkaliśmy się wszyscy na właściwym brzegu i ruszyliśmy do klubu.

Po sforsowaniu autostrady, co spowodowało korek sięgający Myślenic, dotarliśmy szczęśliwie do Tabuna gdzie odbyło się okolicznościowe spotkanie.
(ja to pojechałbym za Krzysiem, ale ja to już stary jestem i jeszcze przez tą moją pracę przesiąknięty przesadną ostrożnością i odpowiedzialnością z powierzoną mi grupę, a poza tym zawsze staram się myśleć, jakiego zachowania oczekiwałbym od siebie, będąc innym użytkownikiem drogi)

Tam rozpaliliśmy ognisko, przy którym się rozgrzaliśmy, bo choć nie było mrozu, to trochę jednak zmarzliśmy. Zjedliśmy Gosiny makowiec, a wkrótce potem przyjechała żona Krzysia z kiełbasą, chlebem, keczupem, musztardą, ogórkami kwaszonymi i sernikiem. Jedzenie znikało w oczach, a humory były coraz lepsze, bo Gosia zabrała ze sobą także coś rozgrzewającego.

Miło przygarnięci przez gospodarzy rozpaliliśmy ognisko, upiekli kiełbaski, powspominali dwa ostatnie lata wirowania. Przyjęliśmy tez wizytacje w postaci Janka M z Polski północnej. Dołączyły do nas pozostałe części rodzin w postaci Basi z dziećmi i mojej żonki.
Było miło. Wszystkim bardzo dziękuje.
(warto zwrócić uwagę, chociażby na to, ile słów potrzebnych jest na opisanie tego samego wydarzenia przez różne osoby)

Kursywą wypowiedzi Magdy, w nawiasach moje - gdyby ktoś miał wątpliwości!


Jesienny atak zimy.

            Tych, którym śnieg nie straszny, Krzyś zapraszał w tym tygodniu na kolejną wyprawę KWP. Rzeczywiście aura postanowiła nas nie rozpieszczać i jesienny atak zimy spowodował, że przyszło nam się zmagać z naprawdę trudnymi warunkami nawierzchniowymi. O umówionej porze, na Błoniach zjawiło się 6 osób, byli to: Wojtek J, Tomek K, Gosia S, Krzyś S, Leszek S i jeszcze ja. Trochę niepewnie rozglądaliśmy się dokoła, zastanawiając się, w którą stronę będzie ruszyć najlepiej i jaką trasę wybrać, by gdziekolwiek dojechać. Gdzie by nie spojrzeć śniegu pod dostatkiem i decyzji nam to nie ułatwiało. W końcu Krzyś zaproponował starą trasę, czyli do Tyńca, ale czas miał pokazać, że mieliśmy ją poznać od nowej strony. Początek lekko i przyjemnie, bo część Błoń była idealnie uprzątnięta, kłopoty zaczęły się nad Wisłą, a już w okolicach Salwatora przekonaliśmy się, że nie będzie łatwo. Pierwszy przystanek zrobiliśmy koło naszej siedziby, która niestety była zamknięta, a kluczy jakoś nikt nie miał. Dobrze się stoi, ale jedzie się przecież jeszcze lepiej, więc już po chwili mknęliśmy dziarsko przed siebie. Przerwy w tynieckiej ścieżce rowerowej, które trzeba pokonywać asfaltem wśród samochodów i które tak są przez nas krytykowane, tym razem były prawdziwym wytchnieniem. Chwilę później zadecydowano o kolejnym przystanku, tym razem w centrum uwagi był plecak Gosi. Po wyjęciu jego zawartości nasi panowie stali się bardzo tajemniczy. Okazało się, że znajdował się tam pewien napój rozgrzewający, dla niepoznaki wlany do butelki po alkoholu. Napój podziałał na nas rozgrzewająco i pobudzająco, dlatego nie zwlekając dłużej, ruszyliśmy w stronę Tyńca. Gosia jechała tak szybko, że nie mogliśmy za nią nadążyć i nasz Prezes postanowił karnie spuścić jej powietrze z kół, aby trochę przystopować jej zapędy. Inna sprawa, że na pewnym etapie każdy powód był dobry, by choć na chwilę się zatrzymać i złapać oddech. Nagle zaczęły się mnożyć awarie, Krzyś poprawiał swoje siodełko wiele razy, ale jakoś dotarliśmy do toru kajakowego, gdzie zaskoczył nas widok kajakarzy wynoszących z wody swój sprzęt. Jeszcze chwilę zajął nam sympatyczny, mały piesek, ale więcej usprawiedliwień znaleźć nie można było - trzeba jechać dalej. Krzyś roztaczał przed nami wizję pięknego asfaltu, który ponoć miał czekać na nas po drugiej stronie stopnia wodnego, ale na drugą stronę nie było tak łatwo się dostać. Czekała na nas prawdziwa barykad i już niektórzy zaczęli oglądać się za siebie, myśląc o zawróceniu. Jednak prawdziwy komandos nigdy się nie poddaje, niektórzy pokonali przeszkodę jednym skokiem, a Krzyś popisywał się swą nieziemską siłą! W końcu pojawił się obiecany asfalt, ale jego stan pozostawiał wiele do życzenia i wymagał sporo uwagi, odetchnąć mogliśmy dopiero w okolicach znanego nam dobrze klasztoru. Tam też zdaliśmy sobie sprawę, że dotarcie w to miejsce, to dopiero połowa sukcesu, bo przecież trzeba jakoś powrócić do domu!
Ponoć do domu wraca się łatwiej i liczyliśmy na to, że nie inaczej będzie tym razem. Droga powrotna jak zwykle prowadziła przez Podgórki Tynieckie, miejscami było rzeczywiście łatwiej, ale kilka dróg wymagało od nas dużej koncetracji. Nie łatwo było utrzymać równowagę, nie łatwo było przebijać się przez grubą warstwę śniegu, a krajobraz znów zrobił się mocno zimowy. Lekko zmęczeni zrobiliśmy kolejny przystanek, by znów sięgnąć do plecaka Gosi. Gdy tak staliśmy zauważyliśmy bardzo dziwny obrazek, zza wzgórza wyłonił się pewien pan przemieszczający się na nartach! Wyobrażacie sobie? W listopadzie na nartach! I to po śniegu! Bardzo dziwny był to jegomość, który jak twierdził na rowerze jeździł w lecie. No cóż, różne dziwne pomysły mają ludzie! Zawartość plecaka trafiła z powrotem do plecaka, a my ruszyliśmy w dół, po chwili dojechaliśmy do asfaltu, gdzie nasze pojawienie lekko zakłóciło ruch, można powiedzieć, że doszło do spotkania Dawida z Goliatem. Dawid i tym razem wyszedł cało, choć trzeba było dokonać delikatnych poprawek przy przednim błotniku, co w znakomity sposób uwiecznił Krzyś. Przed nami było już niewiele i tu trzeba przyznać, po raz pierwszy trochę odpuściliśmy, zamiast jechać dalej zasypaną i oblodzoną ścieżką rowerową, pojechaliśmy wygodnym, gładkim asfaltem. Aby to jakoś nadrobić, za nowym mostem nie skręcliśmy w stronę Salwatora, lecz pojechaliśmy prosto przed siebie, w stronę Kopca Kościuszki, by zaliczyć górską premię, na której najlepiej spisała się Gosia! Czekając na kolejnych dojeżdżających cyklistów zauważyliśmy kolejny dziwny widok - dziecko jeżdżące na sankach - przyznacie, że to dziwne! Po krótkim odpoczynku niezbędnym dla uspokojenia rozkołatanych serc, pojechaliśmy w dół, by już po chwili zjawić się na Błoniach. Tam Krzyś ogłosił koniec wycieczki i podziękował wszystkim za dzielną postawę. W domu byłem tuż przed 15, czyli wycieczka zajęła nam prawie 5 godzin! Przejechaliśmy ponad 35km i uzyskaliśmy średnią w granicach 12km/h, czyli mniej więcej taką, z jaką biegam maratony, ale nie da się ukryć, że warunki były bardzo ciężkie należą nam się brawa za tak dzielną postawę!


Święto Niepodległości

            Zgodnie z planem spotkaliśmy się(Gosia S, Renatka W, Tomek K, Krzyś S i ja) w sobotę 10 listopada, o godzinie 10 w tradycyjnym miejscu. I to był błąd, bo w tym dniu akurat powinniśmy chyba umówić się w innym punkcie Błoń. Przecież nasz wyjazd miał nawiązywać do Święta Niepodległości, które obchodzimy następnego dnia, a właśnie na Błoniach znajduje się kamień upamiętniający wymarsz 1. Kompanii Kadrowej, która 6 sierpnia 1914 roku, pod wodzą Józefa Piłsudskiego, wymaszerowała z krakowskich Oleandrów do Królestwa Polskiego. Był to pierwszy od czasów Powstania Styczniowego regularny oddział Wojska Polskiego, który wyruszył do walki za wolność Ojczyzny! To byłoby odpowiednie miejsce na start, ale biorąc pod uwagę to, co jeszcze o 9.30 działo się za naszymi oknami, dobrze, że w ogóle wystartowaliśmy. Ostra śnieżyca próbowała nas zniechęci do jakiejkolwiek działalności poza siedzeniem w ciepłym fotelu, ale przecież u nas sami twardziele i tuż po 10, stojąc na Błoniach mogliśmy w promieniach słońca obserwować oddalającą się czarną chmurę. Słońce podziałało na nas bardzo budująco i tylko Krzyś czuł pewien dyskomfort w pewnych rejonach swego ciała z uwagi na kłopoty w dopasowaniu błotnika na tylnym kole, ale to nie powód, by wracać do domu.
Tym razem nie czekaliśmy do końca tradycyjnego "kwadransa studenckiego" i to bynajmniej nie z uwagi na pośpieszanie Wojtka Z(bo jego nie było), ale dlatego, że wyjątkowo spieszyłem się do pracy, gdzie miałem się stawić o godzinie 11, a przecież przed nami było jeszcze trochę drogi. Z uwagi na udział w wycieczce aż dwóch rekonwalescentów, wybraliśmy trasę lekką, gładką i przyjemną. Ostrożność była usprawiedliwiona, ponieważ dla Renaty była to pierwsza przejażdżka na rowerze od operacji kręgosłupa, która miała miejsce wiele miesięcy temu - trzymam kciuki za Renatkę, marząc o tym, że jej roześmiana buzia będzie nam już teraz stale towarzyszyć. Drugim rekonwalescentem byłem ja - wsiadłem na rower po niemal miesięcznej przerwie spowodowanej wyciąganiem żelastwa z mego ciała. Teraz jestem już lżejszy i swobodniejszy i też mam nadzieję, jeździć coraz więcej! Inni uczestnicy byli tak mili, że zrezygnowali dla nas z karkołomnych i trudnych, ale niezwykle ciekawych przejazdów przez Lasek Wolski - dziękujemy! Jadąc gładkim asfaltem wzdłuż Rudawy, dotarliśmy w okolicę mostu nad tą rzeczką - tam nastąpiło próbne prostowanie Renatki, a po jego pozytywnym wyniku mogliśmy ruszyć dalej. Przejechaliśmy przez Park Decjusza, a potem ulicą Kasztanową dotarliśmy do ronda w Chełmie, a stamtąd już bliziutko było do "Tabuna", gdzie zaparkowaliśmy rowery, by zwiedzić naszą piękną stajnię. Dalej pojechała już tylko czwórka, a co potem może opowie ktoś inny, bo ja zostałem na posterunku.


Jesienna wyprawa!

            W odezwie na zaproszenie Krzysia S. w ostatnią sobotę(27.10) stawiliśmy się w liczbie 4: Krzyś S., Wojtek J., Tomek K. i ja, czyli Gosia S.. Wszyscy byli zwarci i gotowi oraz z dużą dozą optymizmu, który bardzo się przydał, gdyż tamtego dnia jesień zafundowała nam dość pochmurny i chłodny dzien.
Zbiórka była o godz. 10.00 przy pętli tramwajowej koło Błoń. Po odczekaniu 10 min ruszyliśmy w trasę, którą przygotował Krzyś. Na początek obraliśmy kurs na Lasek Wolski, który w swym złoto-czerwonym płaszczu oraz dywanem liści na drodze wyglądał jak z bajki. Następnie skierowaliśmy się w kierunku Zabierzowa, mijając po drodze Rząskę oraz wiadukt nad autostradą. W czasie przejazdu tym odcinkiem nawiązaliśmy dość ciekawą znajomość z pewnym panem. Miało to miejsce przy sklepie gdzie mieliśmy przystanek na mało co nieco aby nabrać sił przed dalszą jazdą. Naszym nowym znajomym był pewien starszy pan, o wyjątkowej urodzie - dość częsty bywalec tegoż sklepu, który zachęcony naszymi napojami przysiadł się do biesiady. Zrobiliśmy mu również małą sesję, po której prawdopodobnie był tak oszołomiony, iż gdy wsiadł na rower nawet nie zauważył jak z koszyka wylew mu się jego życiodajny eliksir młodości. Ruszyliśmy dalej. Krzyś przygotował dla nas nie lada wyzwanie. Mieliśmy przed sobą trasę złożoną z samych wzniesień z których jednemu dał radę tylko Wojtek(brawo!!!}. Wszyscy byliśmy z siebie bardzo dumni, a dodatkowo mogliśmy podziwiać piękną posiadłość znajomych naszych klubowiczów.
Następnie ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety chmury nie poczekały na nas i zaczęło padać, co w połączeniu z polnymi drogami skutkowało dużą ilością błota - o czym najlepiej przekonał się Krzyś i jego okulary. No i "nareszcie Kraków" - zmęczeni lecz zadowoleni po pokonaniu 44km wróciliśmy na Błonia. Był to dzień pełen wrażeń i zabawnych sytuacji.

Dziękujemy Krzysiu za zaproszenie i motywacje, dzięki której nie zniechęciła nas nawet ta szaro-bura pogoda. No to do następnej wyprawy
- pozdrawiam Gosia S.


Konie i rowery!

            To była piękna sobota, 13 października 2007 roku, a w planach rowery i konie, czyli to, co lubimy najbardziej. Spotkaliśmy się na Błoniach o 10.30, była nas piątka, w tym aż 4 osoby mające związek z jeździectwem, czyli nasz szanowny prezes Krzyś S, Magda S oraz Leszek S(i jeszcze ja), piątą osobą była Gosia S, która ostatnio uczestniczy niemal we wszystkich naszych wyjazdach - to postawa godna naśladowania, tym bardziej, że Gosia ma na zbiórki zdecydowanie najdalej!
Nie przygotowywaliśmy jakiejś specjalnej trasy, po prostu chcieliśmy dotrzeć do Tomaszowic, by tam obejrzeć gonitwę za lisem, a miała się ona rozgrywać koło 14, czyli jak łatwo było wyliczyć przed nami ponad 3 godziny pedałowania. Na początek ruszyliśmy dobrze znaną trasą wzdłuż wałów Rudawy, ale potem odbiliśmy w bok. Przez chwilę poczułem niepokój, widząc, że wjechaliśmy w zamknięty teren, ale gdy stojąca nam na drodze furtka ustąpiła bez przeszkód, uznałem to za dobrą wróżbę i wiedziałem, że już do końca będzie nam szczęście sprzyjać. W pewnym momencie musieliśmy się co prawda zatrzymać by ustalić kierunki świata, ale kierunek, w którym mieliśmy podążać był jedynie słuszny. Trasa była ciekawa i bardzo ładna krajobrazowo, nawet wylądowaliśmy na chwilę nad morzem, co bardzo ucieszyło Kaszuba! Porzuciliśmy jednak wodne środowisko, by chronieni skrzydłami aniołów przedostać się w rejony Lasu Zabierzowskiego, gdzie w pięknym stylu zdobyliśmy jedno z najwyższych wzniesień tamtego rejonu. Nagrodą były piękne widoki, które roztaczały się przed nami oraz chwila odpoczynku w promieniach słońca. Dobrze się leży, ale lepiej się pedałuje, dlatego podnieśliśmy się z ziemi i ruszyliśmy w dalszą drogę. Teraz trzeba było zjechać w dół do Zabierzowa, a stamtąd już prosto do Tomaszowic. Po drodze pokonaliśmy jeszcze jedno spore wzniesienie, które lekko zmęczyło uczestników wycieczki, ale znów dało możliwość spojrzenia na świat z innej perspektywy. Z Łysej Góry, bo tak zwie się owo wzniesienie, już prosta droga do Wąwozu Podskalańskiego, gdzie w okolicach Jaskini Borsuczej nawiązaliśmy pierwszy kontakt z końmi. To oczywiście wpłynęło bardzo podniecająco na nasze końskie dusze, szybko pokonaliśmy dystans dzielący nas od gospodarstwa Antka i Gigi Zielińskich, gdzie miały się rozegrać gonitwy za Lisem. Na miejscu zastaliśmy już sporo osób, a gościnna jak zawsze, gospodyni częstowała wszystkich gorącą kukurydzą, którą pochłonęliśmy z wielkim smakiem. Po chwili pojawili się najważniejsi uczestnicy dzisiejszego spektaklu - jeźdźcy i ich konie. Jeszcze chwila oczekiwania potrzebna na przedstawienie uczestników, a potem zaczęło się! Tłum widzów obserwował z zapartym tchem niezwykłe wyczyny jeźdźców, Krzyś wspomagał Lulka w zmaganiach z jego opornym koniem, a Wojtek Z próbował dodatkowo rozgrzać obserwatorów, jakby emocji było mało! W końcu kitę z ramienia Antka zerwała Angelika, sprawiając sobie tym ogromną radość. Ale to nie był koniec emocji, teraz do walki o kitę zawieszoną na ramieniu Marty, przystąpili młodsi uczestnicy Hubertusa. Tym razem ścigać się można było tylko w kłusie, a najlepszą okazała się Julka na Łotrze. Po dekoracji i rundzie honorowej część ludzi oddaliła się już na z góry upatrzone pozycje, czyli w rejony ogniska, gdzie można było się posilić pysznym bigosem lub żurkiem, lub wieloma innymi pysznymi potrawami. Trzeba przyznać, że największe powodzenie miał "barszcz", który lał się strumieniami i niedość, że wszystkich rozgrzewał, to jeszcze bardzo ich rozbawiał. Część ludzi pozostała jednak jeszcze na łące, by obserwować zmagania najmłodszych adeptów jeździectwa na tzw. ścieżce podskalańskiej, a na koniec wszystkie dzieci zostały wpuszczone w labirynt wycięty w kukurydzy. W ten sposób rodzice mogli się spokojnie udać na ognisko, a dzieci błądziły w labiryncie - na szczęście kukurydza była na tyle wysoka, że nie było ich widać. Nasz kolarski zastęp rozpadł się już po pierwszej gonitwie. Część osób, czyli Leszek S i obie panie, ruszyła z powrotem w stronę Krakowa, by zdążyć dotrzeć do domu jeszcze przed zmrokiem. Mnie już się to nie udało, jechałem do Krakowa w zapadających ciemnościach, ciesząc się pięknem kończącego się dnia. W domu stwierdziłem, że pokonałem koło 45 kilometrów, czyli mniej więcej tyle samo, ile zamierzałem przebiec następnego dnia w Pozaniu!


Samotnie!

            Dziś przytrafiła mi się zupełnie samotna wyprawa nostalgiczno-sentymentalna. Rozpocząłem od zbiórki o 10.15 pod moją bramą. Nikt oprócz mnie nie stawił się o tej porze, więc postanowiłem być równie twardy jak Wojtek Z i ruszyłem nie czekając nawet chwili. Ruszyłem w stronę Wisły, ale już na Plantach moja twardość rozpłynęła się w jakiś sentymentalny nastrój. Oto moje przedszkole, znienawidzone miejsce moich 3 lat katorgi, a skoro już przy nim wylądowałem, to postanowiłem odwiedzić inne historyczne, dla mnie, miejsce. Moja szkoła podstawowa znajdowała się po drugiej stronie Wawelu. Idąc do niej często zaglądałem w oczy wszystkowiedzącej sowie, a trochę dalej zastanawiałem się, czy to tylko domena Światowida - te 4 oblicza. W budynku na Bernardyńskiej 7 spędziłem 8 lat i to nawet całkiem miłych lat, choć były też wyjątki. Rozmarzyłem się na chwilę nad tymi wspomnieniami, ale wtedy mój wzrok sięgnął do sali nr16(chyba), w której odbywały się lekcje języka rosyjskiego i przypomniała się pani, która budziła we mnie bardzo brzydkie uczucia. Przecież nie raz widziałem jak przebijam moim cyrklem jej twarde, bezlitosne serce. Na szczęście nigdy do tego nie doszło poza moją głową, a pani Inna Dobrąwska pewnie gdzieś tam spokojnie sobie żyje. W każdym razie niemiłe wspomnienie o jej osobie pozwoliło mi ruszyć dalej. Porzuciłem sentymentalny szlak mojej wczesnej młodości, przeskoczyłem przez nic nie znaczący dla mnie Most Grunwaldzki na drugą stronę Wisły, a tu czaiły się na mnie wspomnienia dużo świeższe - związane z rozlicznymi wyjazdami z KWP w stronę Tyńca lub krakowskim maratonem. Podziwiałem cudowną panoramę naszego królewskiego zamku z różnych perspektyw, a to z pobliża Mangghi, a to z lekko oddalonego Salwatora. Zresztą sam Salwator też jak zwykle mnie zachwycił, zatrzymał w miejscu i kazał zsiąść z roweru, by zrobić całą serię zdjęć. Oczywiście łatwo jest zatrzymać w kadrze obrazy, ale ciężko przekazać słowami wrażenia, odczucia jakie one wywołują. Jeszcze raz zatrzymałem się na Moście Zwierzynieckim, by pożegnać się z tymi pięknymi obrazami i spojrzeć trochę wyżej. Tam, daleko i wysoko oczom moim ukazywał się Kopiec Kościuszki, gdzie miałem zamiar dotrzeć. W normalnych warunkach nie zajęłoby mi to wiele czasu, ale dziś jakoś wolno się jechało. W spacerowym tempie ledwie wyprzedziłem pewną starszą panią, która dziarsko pedałowała na swoim rowerze z innej epoki. Nie wiem, co mnie tak spowalniało, czy to jeszcze zmęczenie porannym biegiem, czy może ten mało ofensywny nastrój nostalgii. Kopiec jako taki nie wzbudził we mnie żadnych niepokojących uczuć, ale już jego pobliże owszem. Wspaniała panorama naszego miasta tym razem była niemal kompletnie przysłonięta przez liście rosnących tu drzew. Ruszyłem dalej, piętrzący się przede mną podjazd na Sikornik zwykle nie robi na mnie wrażenia, tym razem wydawał mi się potężny i nie do zdobycia. Na szczęście starsza pani skręciła w inną stronę, więc nie miałem okazji by znów porównywać nasze prędkości i jakoś się doturlałem do szczytu. Ostatnie opady, błoto i śliska nawierzchnia przekonały mnie do zmiany trasy podjazdu pod ZOO. Ruszyłem szosą, tak jak samochody, których na szczęście nie spotkałem zbyt wiele. Do samego ogrodu zoologicznego jednak nie dotarłem, nie skusiła mnie nawet możliwość spotkania ze słoniami, skręciłem w stronę kolejnego kopca, tym razem chciałem swym przybyciem uczcić pamięć Marszałka Piłsudskiego. Zrobiłem to w niemal japoński sposób, nie schodząc z roweru "cyknąłem" fotkę i lekko ugiąłem szyję, a po chwili już byłem na Polanie Pod Dębiną, gdzie ostatnio zatrzymaliśmy się, by chwile odpocząć i skonsumować pyszne ciasto Gosi. Tym razem zatrzymałem się dopiero pod samym klasztorem, zastukałem do jego bram, ale nie zostałem wpuszczony. Może na szczęście, bo kto wie, czy w takim nastroju jak dziś, nie pozostałbym tam na dłużej. Na szczęście dotarłem na Bielany, gdzie barany, psy(były za szybkie na zdjęcie), konie oraz krowy trochę mnie pocieszyły, uśmiechając się szczerze i liżąc mnie po twarzy. Zachwyciły mnie też, jak zwykle, piękne widoki roztaczające się przede mną w tym miejscu, a słoneczko, które wyszło zza chmur ogrzało nie tylko moje ciało, ale i duszę. Nie zdołał tego zmienić przejazd obok tamtejszego cmentarza, ani niemal wyasfaltowana droga, po której niegdyś urządzaliśmy niesamowite galopy na naszych szalonych koniach. W dobrym nastroju przejechałem przez Zakamycze i zjechałem nad Rudawę, skąd już prosta droga na Błonia, a stamtąd na Gołębią. Tak oto dojechałem do domu, przejeżdżając zaledwie 33km, w tempie, które przypominało niedzielny spacer po mszy, a nie dynamiczną przejażdżkę z serii wypraw wirujących pedałów. Cóż, wniosek z tego taki, że w jedności siła i że wycieczki w przemiłym towarzystwie członków naszego klubu są dużo lepsze od samotnych, sentymentalno-nostalgicznych wypraw.


Za zdrowie Krzysia!

            Na sobotę 22 września, Krzyś zaprosił wszystkich chętnych na pierwszy powakacyjny wyjazd klubowy. Zaprosił, ale jak się potem okazało, nie dane mu było z nami pojechać, dopadł go jakiś podły wirus i obezwładnił. Musieliśmy jechać bez niego, a trafiła nam się doskonała pogoda - dzień godny ostatniego dnia lata!
O 10 spotkaliśmy się na krakowskich Błoniach, a przybyło tym razem 7 osób - stali członkowie klubu: Wojtek Z, Jerzyk H i Leszek S, oprócz nich znane już nam dwie kobiety: Magda S i Gosia S oraz zupełnie nowa postać, na zupełnie nowym rowerze, czyli znany większości Leszek K, byłem też ja. Przy okazji zbórki muszę opowiedzieć o jednym niezwykłym zdarzeniu. Leszek K spóźnił się ponad 15 minut i wyobraźcie sobie, że Wojtek Z nawet nie zareagował! Wielu z Was mogłoby stwierdzić, że to zupełnie niemożliwe, że takie rzeczy się nie zdarzają, a jednak! A jak do tego doszło? Otóż Wojtek tak mocno był zajęty opowiadaniami Leszka S na temat Mongolii, że czas stracił dla niego znaczenie! Przyznacie, że to niewiarygodne?
Z Błoń ruszyliśmy w stronę Kopca Kościuszki i Lasku Wolskiego. Podjazd do Sikornika do najłatwiejszych nie należy, o czym przekonał się na własnej skórze Leszek K, któremu na chwilę dech zaparło, natomiast inny Leszek trochę zagotował i musiał uruchomić dodatkowe chłodzenie. Może lekko wyjechać nie było, ale na pewno warto było się pomęczyć, by ujrzeć te wspaniale widoki, które przed nami się roztaczały. Zjazd z Sikornika to już była sama przyjemność, pod warunkiem, że ktoś ma hamulce, ale o tym na razie cichosza.
Oczywiście skoro było z góry, to musi być i pod górę - nie inaczej było i tym razem - mieliśmy przyjemność pokonać długi podjazd w stronę ZOO. Niektórzy większość trasy pokonali na rowerach, byli też tacy, którzy chwilami musieli rowery prowadzić. Po wyjeździe nastąpił bardzo krótki odpoczynek z widokiem na słonie(a tego niestety nie uchwyciłem) i już za moment pędziliśmy w dół z zawrotną prędkością. Szeroka i płaska, niczym autostrada, droga przemieniała się nagle w wąską, bardzo stromą dróżkę, na której dodatkowo leżały przeszkody w postaci zwalonych przez wichurę drzew. Tu już trzeba było bardzo uważać jadąc z rękoma na hamulcach lub po prostu prowadząc rowery. Po chwili wjechaliśmy na drogę, którą wiodła trasa sierpniowego maratonu rowerowego. Bardzo ciekawy przejazd przez drewniany mostek, a potem niezwykle długi podjazd, ciągnący się ciekawymi i pięknymi serpentynami. Po tym wyczerpującym podjeździe, który jadąc na rowerze pokonał tylko Wojtek(i jeszcze ja), nastąpił kolejny ciekawy technicznie zjazd, który doprowadził nas na Polanę pod Dębiną - tam nastąpił przewidywany i zasłużony dłuższy wypoczynek. Znów pięknie wpisała się w historię wyjazdu Gosia z przygotowanym przez siebie sernikiem - dziękujemy! Wypoczywając mogliśmy obserwować zmagania biegaczy(nawet czarnoskórych) startujących w XII Biegu Śladami Panien Zwierzynieckich oraz trening dziwnych ludzi z kijami w rękach - czego to ludzie nie wymyślą, żeby trochę pieniędzy zarobić! Odpoczynek był wykorzystywany na różne sposoby, część ludzi, jak pan Bóg przykazał, po prostu leżała, inna część zajmowała się serwisowaniem roweru(tu właśnie Jerzyk postanowił uruchomić swoje hamulce), a Leszek K sprawdzał, czy przypadkiem nie ma jakiejś rysy na jego nowym rowerze.
Posileni i zrelaksowani ruszyliśmy w dalszą drogę. Po części znanymi nam z jeździeckich terenów dróżkami, po części trasą wspomnianego już maratonu rowerowego, dojechaliśmy do ronda w Chełmie. Na jednym ze zjazdów doszło do niemiłego wydarzenia - Jerzyk H mimo hamulców upadł pechowo ocierając sobie dłoń, a tym razem nie było z nami doświadczonego pielęgniarza Krzysia, który miałby ze sobą apteczkę, a przede wszystkim wiedziałby jak z niej zrobić pożytek. Jerzykowi nie pozostało nic innego jak zagryźć zęby i jechać dalej. Na rondzie zatrzymaliśmy się przy sklepie i dopiero tam Jerzyk mógł dokonać samoopatrzenia, Magda mogła nareszcie poprawić fryzurę, Leszek S zakupić trochę życiodajnej wody, a chłopcy podyskutować o życiu.
Przed sklepem pozostawliśmy oczekującego na żonę i samochód Wojtka, a sami wzdłuż wałów Rudawy ruszyliśmy w stronę Błoń, gdzie dotarliśmy po około 3 godzinach od startu. Tak to zakończyła się nasza pierwsza powakacyjna wycieczka, którą dobrze podsumowała Magda: Było troszkę stromo, ale za to pięknie! To prawda, bo sprzyjała nam cudowna pogoda, bo mogliśmy oglądać wspaniałe obrazki przygotowane przez Matkę Naturę, bo mogliśmy spędzić trochę czasu w miłym gronie, a przy okazji troszkę popedałować, co przecież jest podstawą działalności naszego klubu!


Jedziemy na zamek!

            Brzoskwinia miała być naszą bazą wypadową, co prawda nie wzięliśmy ze sobą owoców o odpowiedniej nazwie, ale za to w miejscowym sklepie na przeciwko remizy, zakupiliśmy odpowiednią ilość batoników, które miały zapewnić nam zapas energii na całą wycieczkę. Auto zaparkowaliśmy na przyszłym podjeździe przyszłego domu przygodnie poznanych ludzi i zastanawiając się, na co te bloczki, wsiedliśmy na rowery i ruszyli. Po chwili dotarliśmy do czerwonego szlaku, który towarzyszył nam niemal przez całą wycieczkę. Oczywiście łatwo mi się pisze "dotarliśmy do szlaku", ale udało się to dzięki znakomitemu przygotowaniu Przemka, który jak zwykle znakomicie analizował mapę! Z resztą na Przemka można liczyć nie tylko w temacie map i trasy, zapewnił też naszym rowerom znakomite smarowanie(niestety tego momentu nie uchwyciłem) oraz właściwą ilość powietrza w dętkach. Tak przygotowani mogliśmy pokonać najtrudniejsze przeszkody, choć szczerze powiedziawszy nie spodziewaliśmy się, że na szlaku będzie na nas czekało tyle niespodzianek. Pierwszą było drzewo "szlakowe", na którym bogate możliwości wyboru trasy, spowodowały chwilowe kłopoty decyzyjne - to znaczy u mnie, na szczęście Przemek wiedział! Kolejna niespodzianka była najprawdopodobniej efektem wzmożonej działalności deszczu - wymyty przez wodę dół na trasie szczęśliwym trafem ominęliśmy. Potem już było łatwo i przyjemnie, czyli szeroka, płaska droga ciągnąca się przez las, niczym autostrada. Rozglądaliśmy się za dodatkowymi atrakcjami, by nie zasnąć za kierownicą - nuda, taka nuda jak na polskich filmach, ale naszą drogę od drogi na Ostrołękę różnił brak krowy, był za to koń. Napotkany po drodze koń okazał się być pociągowym, ale tory były mało używane. Przykładaliśmy do nich ucho jak to robili Indianie, ale nic nie usłyszeliśmy - mogliśmy spokojnie przeprawić się przez przejazd mimo braku szlabanów i drużnika.
Tak naprawdę na drodze tej zasnąć nie mogliśmy, popaść w nudę także się nie dało, bo ta rowerostrada, pusta i spokojna, sprzyjała towarzyskim rozmową, które prowadziliśmy z wielkim zaangażowaniem. Cały czas miło świeciło słoneczko i chwilami zastanawiałem się, czy to wszystko nie jest snem - przecież w prawdziwym świecie ciągle pada!
Piękna droga w pewnym momencie została zakłócona zwalonym drzewem. Postanowiliśmy być dzielni i mili, i drzewo z drogi usunąć, by wszyscy, którzy po nas będą korzystać z tego szlaku kombinować i męczyć się nie musieli. Kilka kilometrów dalej droga znów była zastawiona, tym razem jednak nie przez drzewo, lecz przez szlaban, obok którego stał znak zakazu wjazdu. Na szczęście na licznych zdjęciach umieszczonych pod nim nie było rowerów, a więc można było jechać dalej. Tak dojechaliśmy niemal do samego Rudna, tam na chwilę porzuciliśmy czerwony szlak, by czarnym dotrzeć do samego zamku. Na zamku przyjęto nas miło, mimo tego, że my przecież ludzie z niskich sfer. Mieliśmy nawet ochotę porozmawiać z Białą Damą, którą według legendy jest tu Dorota Tenczyńska, która życie swe spędziła więziona na jednej z baszt(jak mówią za oddawanie się nieprzyzwoitym praktykom). Niestety Dorotka z uwagi na niesprzyjające ostatnio warunki pogodowe postanowiła zapaść już w sen zimowy. Chcieliśmy też jeszcze sprawdzić inną legendę tego zamku, mówiącą o wielkim skarbie ukrytym gdzieś głęboko, ale nasze plecaczki i tak by tego nie pomieściły i poprzestaliśmy na małym posiłku regeneracyjnym oraz serii pamiątkowych zdjęć. W jednym z nich w roli głównej wystąpił jeden z najważniejszych członków naszego klubu.
Wzmocnieni dużą dawką węglowodanów mogliśmy ruszyć w drogę powrotną. Przemek, znany ze swej miłości do ostrych zjazdów, nie pozwolił nam zjechać trudnym zjazdem, lecz wybrał wariant wzbudzający więcej emocji i bardziej pionowy, za to zdecydowanie krótszy. Na szczęście przeżyliśmy jakoś i po chwili połączyliśmy się ponownie ze starym znajomym - czerwonym szlakiem. Teraz jednak prowadził nas w stronę Tenczynka i Krzeszowic. Jeszcze przez Tenczynkiem oczom naszym ukazało się malownicze, małe jeziorko, nad którym zgromadziło się sporo wędkarzy. Myśleliśmy, że może i jakąś rybkę uda się od nich załatwić, najlepiej złotą, by za ich plecami ją wypuścić, oczywiście po spełnieniu naszych trzech marzeń, ale rybek nie było. Był za to niewinnie wyglądający rów z wodą, do którego próbował wskoczyć na główkę Przemek. Na szczęście sztuczka ta nie wyszła mu do końca i wylądował na nogi i to za rowem. Natomiast jego rower zanurzył się w głębokiej wodzie na czas dłuższy. Ta kąpiel chyba lekko zmieszała myśli Przemka, który dotąd prowadził nas przy użyciu swej mapy, w sposób doskonały. Tu zakręt, tam nawrotka, tu znów coś nie tak i powoli przestawałem wierzyć, że uda nam się dotrzeć na zakładaną godzinę do domu. Przemek cały czas wierzył w swoją mapę, którą co ruszy wyciągał, ja swoją wiarę skierowałem w inną stronę. Na szczęście udało nam się w końcu przejechać przez właściwą bramę, a potem to już poszło jak z płatka, szybko i sprawnie dotarliśmy do samochodu, jeszcze szybciej zapakowaliśmy się do niego, a do domu dotarliśmy z lekkim, 60 minutowym spóźnieniem. Jak się okazało spóźnienie było nawet pozytywnym objawem, bo dzięki temu nie obejrzałem pierwszego seta w meczu naszych siatkarzy z Turkami. Pierwszy był dramatycznie przegrany, a następnie wygrane i dające nadzieję na przyszłość.
Relację z różnych powodów kończyłem już kilka dni po wycieczce, gdy z nadziei nie pozostało już nic :(


Afrykańskie Safari.

14.07.2007

            W tydzień po naszym debiucie w Klubie Główny Animator - jak zwykle - rozesłał wici na okoliczność nowej rowerowej eskapady. Trzeba tu od razu wyznać, że tym razem cel wycieczki nas nie zachwycił. Poprzednim razem już tak się rozochociliśmy, a tymczasem proponuje się nam jakiś podkrakowski lasek, nie wiedzieć, dlaczego zwany puszczą. Nie, po czymś takim nie będziemy się szlajać. Jak wyprawa to wyprawa, jedziemy na weekend w egzotyczne kraje, np. do Afryki! Rowerowe safari - to był cel, który mógł rozpalić wyobraźnię każdego, nawet początkującego Wirującego Pedała.
            Rano w sobotę ekspresowo spakowaliśmy się. Rower - tylko mój, bo Basia miała jakiś problem z kolanem - poszedł do bagażnika. Do Afryki wszak z Krakowa niemało kilometrów i by ją szybko osiągnąć trzeba było założyć iście odrzutowe tempo jazdy. Tymczasem rower na dachu zwiększyłby niepotrzebnie opory powietrza, które mogłyby zniweczyć tak dobrze zapowiadające się przedsięwzięcie.
            Wystartowaliśmy jeszcze przed 8.00, co jak na nasze zwyczaje było nie lada osiągnięciem. Ale perspektywa dzikiej Afryki dodawała nam skrzydeł. Co było potem zobaczycie i przeczytacie oglądając fotoreportaż z tej niebezpiecznej wyprawy.
            Jako, że jesteśmy na stronie Wirujących Pedałów, z kronikarskiego obowiązku dodam jedynie, że z powodu braku czasu i nadmiaru wrażeń, a także afrykańskich temperatur, odbyłem tylko jedno rowerowe safari. Trwało ono 3 godziny, a w tym czasie poprzez afrykańską ziemię zatoczyłem koło o obwodzie 50 kilometrów.
            Moja trasa wiodła częściowo asfaltem, nadzwyczajnie podłej jakości, jak to zwykle bywa w tej krainie. Głównie jednak przemierzałem piaszczyste drogi, szutrowe dukty i dzikie puszcze, pełne niebezpiecznej zwierzyny. Tubylców jak na lekarstwo, a z powodu braku jakiejkolwiek mapy musiałem orientować się jedynie według zachodzącego słońca. Ponieważ telefonia komórkowa nie działa w tej części świata najlepiej, a łączności satelitarnej nie przewidzieliśmy, nie było łatwo trafić do naszego obozu. Na szczęście współtowarzysze afrykańskiej wyprawy rozpalili wielkie ognisko, którego blask poprowadził mnie bezbłędnie przez ostatnie kilometry mojej przygody.

Krzysztof Baran


W poszukiwaniu cienia.

            Wyjechaliśmy o 9.30 w 4-osobowym składzie. Ja , Krzyś, Maciek i Gosia. Wyjazd był fajny, jak dwa poprzednie, w których brałam udział, tyle, że trochę bardziej zróżnicowany terenowo. Było pod górę i z góry, po gładkim i kamienistym, po mokrym i suchym. Upału nie udało nam sie uniknąć. Krzyś S. walczył dzielnie pokonując kolejne kilometry z właściwym sobie niezchodzacym z twarzy uśmiechem. Czasem tylko złościł się na Maćka, że podczas gdy my musimy wylać trochę potu i włożyć wysiłek w pokonanie jakiegoś wzniesienia, Maćkowi droga sama nawija sie na koła. Gosia również dotrzymywała kroku, choć jej pojazd sprawiał jej dzisiaj trochę trudności. Jechaliśmy wśród skał i wśród pól "gotowych pod nóż", które nasunęły Krzysiowi mysli o przemijaniu. Zatrzymywaliśmy się czasem, żeby odpocząć w cieniu i w takich chwilach Krzyś z Maćkiem wyrażali tęsknotę za nieobecnymi kolegami z KWP i niepokój o tendencję, z jaką zmienia się skład wycieczkowiczów. Na koniec przyjemnie zmęczeni wrócilismy do miejsca, gdzie czekały na nas auta i każde z nas ruszyło w swoja stronę. A ja sobie wtedy pomyslałam, że podczas takich wycieczek dorosli bawią się jak dzieci i to ma sens.


Tabun rośnie w siłę!

            Kolejna sobota(15 lipca 2007 roku) udowadnia, że w naszym Klubie, coraz mocniej zaznaczają swoją obecność koniarze - członkowie KTK "Tabun". Tym razem na 5 jadących osób, aż 4 były rodem z Tabuna! Znów pojawiła się nowa osoba - Ewa Z, czyli kolejna kobieta. Zaczyna zaznaczać się przewaga płci pięknej w Klubie Wirujących Pedałów, który w początkach swej działalności nie dopuszczał nawet myśli o udziale kobiet w naszych przedsięwzięciach. Cóż, jak widać świat bez kobiet nie jest możliwy!
Spotkaliśmy się o 10.30 na parkingu za Niepołomicami, by po raz kolejny odwiedzić Puszczę Niepołomicką. Pierwszą rzeczą, która rzuciła nam się w oczy był pakunek na bagażniku roweru Gosi S. Po poprzedniej wycieczce z Gosią mogliśmy się domyślać, że tajemnicza paczka może oznaczać coś dobrego, ale pewności nie mieliśmy, a Gosia nie zamierzała uchylić rąbka tajemnicy. Nie pozostawało nic innego jak uzbroić się w cierpliwość i rozpocząć pedałowanie. Wjechaliśmy w pierwszą długą prostą, dokoła pełno drzew, jak to w Puszczy, i zdradliwie atakujące bąki. Aby nasza wycieczka zyskała także walory poznawcze, Krzyś zatrzymał się przy tablicy umieszczonej obok Dębu Królewskiego "Augusta II". Tablica ta zawierała pewne informacje, z których Krzyś ma nas w najbliższym czasie odpytywać. Tak więc pedałując dalej tą samą prostą, staraliśmy się zapamiętać ile saren ubito w czasie słynnego polowania. Krzyś, by dodać do atrakcji i rozruszać towarzystwo zarządził kolejny przystanek. Tym razem koło wielkiej tablicy z mapą okolic, po których się przemieszczaliśmy. Jednak informacje na niej zamieszczone nie satysfakcjonowały Krzysia i wyjął naszą mapę, by przeanalizować jeszcze jej zawartość wraz z całą grupą wycieczkową. Pokrzepieni wiadomością, że jeszcze wiemy gdzie jesteśmy, ruszyliśmy dla odmiany dalej tą samą prostą. W końcu umęczony psychicznie Krzyś jakoś tak samoistnie skręcił kierownicą i znaleźliśmy się na drodze pełnej niespodzianek i zakrętów. Największą niespodzianką tej drogi była chwilowa utrata równowagi naszego Prezesa, który na szczęście miękko wylądował. Lekko przestraszeni tym wypadkiem powróciliśmy do normy, czyli jazdy na wprost. Czekała nas kolejna długa prosta, równie płaska jak poprzednia i prowadząca do bliżej nieokreślonej nieskończoności. Być może ta nieskończoność wpłynęła na treść rozmów w czołówce naszej grupy, które chwilowo oscylowały między skończonością, a jej przeciwnością, a dokładniej dotyczyły życia i śmierci - jak widać pedałownie czasem nastraja całkiem filozoficznie. Ale żywym bliżej jednak do spraw bardziej przyziemnych - w naszych głowach wciąż pozostawał pewien obraz, a był to wspomniany wcześniej pakunek. Krzyś jakoś nie mógł podjąć decyzja, co do miejsca, które godne byłoby otwarcia paczki, dlatego decyzję podjęła w końcu Magda S i skończyły się nasze męki, a oczom naszym ukazał się piękny widok - cudowne rogaliki. Miłą niespodzianką okazał się fakt, że Magda także postanowiła zaprezentować nam swoje kulinarne walory, oferując własnoręcznie wyprodukowane pączki! Ja zająłem się obżarstwem, a Krzyś, jak przystało na zawodową pielęgniarkę - samoopatrzeniem. Ta poważnie wyglądająca rana była skutkiem ataku bardzo niebezpiecznego zwierza - nosorożca polnego! Dzielny Krzyś, nie zważając na ból, wziął się do roboty. Wykorzystując swój fachowy pakiet pierwszej pomocy wykonał niezwykle profesjonalnie wyglądający opatrunek. Po ostrej walce udało się nam rozgromić pierwszą warstwę rogalików i dużą część pączków, przygotowanych przez dzielne dziewczyny. Powiedzieć muszę, że główny ciężar walki przypadł na mnie i szczerze powiedziawszy ledwie dałem rady. Zmęczony byłem potem okrutnie i wydawało mi się przez chwilę, że nie będę już miał siły pedałować dalej. Jakoś jednak ruszyłem, a czas na kolejny wypoczynek dał mi następny nieszczęśliwy wypadek, który tym razem dotknął Magdę. W jej oko wbił się rzadko spotykany owad - mucha. Tym razem z pomocą przyszła Gosia i wybawiła Magdę z kłopotu. Ruszyliśmy dalej prosto przed siebie, ale tym razem prosta skończyła się w małej miejscowości - Gawłówek. W okolicach tych wieją bardzo mocne wiatry ze wschodu i wszystko chyli się tam ku upadkowi. Aby dodać do atrakcji, Krzyś udawał, że nie wie gdzie jest i długo wypytywał pewnego miejscowego z topografii najbliższej okolicy. Potem i tak pojechaliśmy, tam gdzie jechać mieliśmy, czyli w odwiedziny do naszego starego przyjaciela Sakara, który mieszka obecnie w tamtych rejonach, a kiedyś cieszył nas swoją obecnością w Tabunie. Z łezką w oku opuszczaliśmy jego nową stajnię, by powrócić na nasze długie proste, które po kilku godzinach jazdy i pokonaniu prawie 45 kilometrów, doprowadziły nas do punktu wyjścia - znanego nam parkingu. Rozpoczęło się pakowanie rowerów i walka z kolejną warstwą rogalików Gosi. Potem nie pozostało już nic innego, jak wsiąść w samochody i wrócić do domu. Kolejna wspaniała wycieczka za nami i patrząc na ostatnie tendencje, będziemy musieli zacząć intensywniej pedałować lub wprowadzić jakieś ograniczenia, co do ilości smakołyków na naszych wyprawach.
Dziękuję wszystkim za miło spędzone chwile i do następnej wycieczki!


777

            Po kilku ostatnich dniach deszczowych, sobota(7.07.07) zaskoczyła nas miło brakiem opadów. To nie było jednak jedyne zaskoczenie tego dnia. Na umówionym miejscu nie spotkałem nikogo ze "starej" grupy wirujących. Składam to na karb okresu wakacyjnego, rozjazdów i chęci odpoczynku również ode mnie. Pojawiła się natomiast, nieświadoma udręki mojego towarzystwa, mocna grupa nowych osób, które podjęły ryzyko wspólnego jeżdżenia. Dla wzmocnienia efektu zaskoczenia i radości pragnę powiadomić, że były to trzy KOBIETY i jeden mężczyzna.
Gosia S. - to pierwsza osoba, która dołączyła do nas nie poprzez znajomych, a po prostu przez stronę www. Obiecała, że kiedyś nam opowie jak do tego doszło. Jeśli nie zrezygnuje po tej pierwszej wycieczce to gwarantuje, że znajdzie wśród nas wielu przyjaciół. Babka, którą upiekła była wyśmienita.
Magda S. - to następna osoba, której nie wystarczają cztery końskie nogi. Klub Turystyki Konnej "Tabun" staje się mocnym zapleczem naszej sekcji rowerowej. Mam nadzieje, że Magda będzie chętnie docierać swój nowy rower na naszych sobotnich wycieczkach i może też umie piec dobre ciasta.
Państwo Basia i Krzysztof B. - to kolejna rodzina zasilające nasze szeregi. Mamy nadzieje, że dzieci też kiedyś dołączą. Póki co, to chyba nasza wyprawa ze względu na jej łagodny i rekreacyjny charakter podobała się bardziej Basi. Dla Krzysztofa natomiast potrzebna by chyba była większa dawka wysiłku i adrenaliny. Dzielnie z nami dotrwał do końca i wierze, że to nie był ostatni raz.
W tak zacnym towarzystwie spędziliśmy 4 godziny jadąc spokojnie(jeśli nie liczyć walki z wiatrem) do Tyńca i z powrotem.
Wszystkim obecnym dziękuje a nieobecnych proszę - pojeździjcie jeszcze kiedyś!!!

KS

Samowolka

            Nie ma o czym szczególnie opowiadać. Ruszyłem o 7.40, początkowo po dobrze mi znanym bulwarze Wisły, stamtąd przeskoczyłem do Huty, aby w końcu skręcić na drogę nr 79 prowadzącą do Sandomierza. Nie jest to droga sprzyjająca cyklistom - cały czas wąsko, sporo samochodów, więc myślałem ciągle o tym, by "zwiać" w jakieś mniej uczęszczane rejony. Podjąłem kilka prób zmiany trasy, ale nie kończyły się one dobrze. O drogach, na które zjeżdżałem nie można powiedzieć, że były źle oznakowane, one nie były w ogóle oznakowane! Miałem wrażenie, że kraj nasz jest w stanie wojny z innym, a miejscowa ludność chcąc wprowadzić nieład w poczynaniach wroga, pozrywała wszystkie drogowskazy. Nie wiedziałem gdzie jadę, nie wiedziałem, gdzie skręcać. Jakimś cudem dotarłem z powrotem do głównej drogi i mimo jej niedogodności postanowiłem tam pozostać. Cały czas sprzyjał mi mocny wiatr, pchał mnie z ogromną siłą, więc jechałem ze średnią prędkością w granicach 30km/h! Pierwszy przystanek zrobiłem na 70km - liczyłem, że to mniej więcej połowa trasy i jak się okazało tak też było. Zatrzymałem się na chwilę, by zjeść to i owo, rozprostować kości i zrobić inne niezbędne rzeczy. Po chwili ruszyłem dalej, w końcu docierając do miejsca, gdzie odbijałem w znaną mi drogę z głównej trasy i skierowałem się na Staszów. Tu już było znacznie lepiej jeśli chodzi o ilość mijających mnie samochodów i jechało się przez to przyjemniej. Na 120km wypadł mi drugi i ostatni postój. Wiedziałem, że do mety już blisko, ale i tak musiałem się zatrzymać z pewnej przyczyny, więc zrobiłem sobie dłuższy postój, dając sobie trochę odpocząć przed ostatnim odcinkiem. O 13.40 ujrzałem konie i siedzące na nich osoby, co oznaczało, że jestem na miejscu. Pysznie smakował obiad, który zaserwowała znakomita pani Marta, a ja stwierdziłem, że w sumie to nie jestem zbytnio zmęczony - widać nie wysilałem się na trasie. Kilka dni później, a dokładnie w środę 11 lipca ruszyłem w drogę powrotną. Niestety kierunek wiatru się nie zmienił, więc przyszło zmagać się z przeciwnym wiatrem przez całą drogę. Na szczęście zmieniła się siła uderzenia wiatru, więc nie było tak tragicznie i choć przesuwałem się znacznie wolniej niż poprzednio(średnia koło 25km/h) to przesuwałem się wciąż do przodu i nie czułem dużego zmęczenia. Do przejechania miałem trochę mniej kilometrów, bo po pierwsze startowałem z Szydłowa, gdzie byłem wraz z wycieczką z Tabuna, a po drugie nie zbaczełem z głównej drogi. Zatrzymałem się na dłużej tylko raz, bo spieszyłem się na mecz siatkarzy. To dzięki nim na ostatnich kilometrach jeszcze trochę przyspieszyłem i dotarłem do domu po niecałych 5 godzinach pedałowania. Fajnie tak sobie pojeździć, ale jeszcze fajniej kręcić w miłym towarzystwie członków oraz przyjaciół KWP!
Przy okazji dziękuję Krzysiowi S za troskę i doping na trasie - było to pomocne, choć tylko w telefonicznej formie!!!


Maraton rowerowy

            To był dla mnie debiut w tego rodzaju zawodach, więc pilnie patrzyłem na doświadczonego w tym względzie Krzysia, który startował w podobnym maratonie w sierpniu zeszłego roku. Na podstawie jego doświadczeń opracowaliśmy naszą znakomitą strategię, czyli startujemy jako ostatni, a potem wszystkich wyprzedzamy. Jak już wspomniałem, pierwszą część planu udało się zrealizować w sposób niemal perfekcyjny, z drugą poszło trochę ciężej. Ale od początku, a zaczęło się w zasadzie w sobotę, kiedy to Krzyś zadzwonił do mnie, czy nie przejechałbym się z nim chwil kilka, bo tak dziwnie się czuje - niby sobota, a nie jedziemy nigdzie i wyruszyliśmy. To miał być taki mały trening przed niedzielnym startem. Głównym celem była tzw. długa kryspinowska - słynna droga, po której przed laty jeździliśmy konno. Słynna, bo miała ponad kilometr długości, była prosta, a konie bardzo lubiły się tam rozpędzać i uzyskiwało się naprawdę duże prędkości. Dla mnie dodatkowo pamiętna, bo nade mną i nad moim koniem przeskoczyła tam kiedyś, biegnąca zbieżnym kursem, sarna! Nie do wiary, ale przeleciała nad moją głową, czyli jakieś 2.50 metra nad ziemią - na szczęście nie strąciła "poprzeczki". Jadąc tamtymi rejonami natknęliśmy się kilka razy na trasę czekającego nas maratonu, tak więc mieliśmy ją miejscami obeznaną. Wracając zajechaliśmy jeszcze na Błonia, gdzie w biurze zawodów udało się nam dokonać weryfikacji przed maratonem i otrzymać odpowiednie numery startowe - w ten sposób byliśmy w zasadzie gotowi do jazdy. Spacerkiem pojechaliśmy do domu, a na treningu przejechaliśmy koło 30km. Oczywiście nie robiliśmy żadnych zdjęć, ale było to działanie celowe. Baliśmy się, że ktoś z konkurencji mógłby te zdjęcia zobaczyć i opracować specjalną taktykę, by nas pokonać.
W niedzielę rano długo wyglądałem przez okno wpatrując się w niebo na horyzoncie i próbując odgadnąć, jaką pogodę przyniesie nam wiatr. Było to o tyle istotne, że od tego uzależniałem strój, który miałbym na siebie założyć. Nie mogłem tego zrobić w ostatniej chwili, bo wymagał on specjalnych i skomplikowanych przygotowań. Otóż oprócz numeru startowego, który udało mi się już w sobotę wieczór przyczepić na rowerze, był numer, który należało przyczepić na koszulce. Należało do tego użyć 4 agrafek i wybrać starannie miejsce przypięcia, ponieważ numer ten zawierał chipa, dzięki któremu można nas było zidentyfikować elektronicznie na wszelkich punktach kontrolnych i pomiarowych. Miejsce musiało być oddalone od wszelkich metali, itp., tak, by nic nie zakłócało pracy chipa. Z numerem na plecach i rowerem na ramieniu zszedłem na dół, aby stawić się pod bramą o 10.30 na umówione spotkanie z Krzysiem. Razem ruszyliśmy w stronę Błoń, gdzie widać było już ogromny tłum kolarzy. Część z nich była już ustawiona na starcie, my jeszcze zrobiliśmy rundkę po okolicznych stoiskach oferujących przeróżne kolarskie akcesoria. Naszą szczególną uwagę zwróciła pewna maść, a głównie myśl wykorzystania jej w czasie wielodniowych rajdów konnych. Ja wymieniłem jeszcze swój kupon startowy na szmatkę na głowę, którą założyłem pod kask, a potem niespiesznie udaliśmy się na start, by przyjąć z góry upatrzone pozycje. Tam spotkaliśmy chłopców z rowerowania.pl, którzy stali obok nas na swych wspaniałych, stalowych rumakach marki Jubilat - doskonale pamiętających jeszcze poprzednią epokę. Ich deklarację, że na tych maszynach chcą pokonać ten sam dystans, co my, uznaliśmy za dobry żart. Dopiero kilka godzin później mieliśmy się przekonać, że oni absolutnie nie żartowali i przejechali na tych rozsypujących się rowerach bez przerzutek, z małymi kołami, 70 kilometrów po chwilami naprawdę ciężkim terenie. U wielu wzbudzali uśmiech na twarzach, u tych, których wyprzedzali grymas złości, a ogólnie wielki podziw!
Lekko po 11 ruszyły pierwsze szeregi cyklistów, minęło sporo czasu za nim ruszyliśmy my(tak około 5 minut) - w końcu grupa ponad 1000 rowerzystów zajmuje trochę miejsca. Początkowo mogliśmy nawet jechać, ale na pierwszym podjeździe pod Kopiec Kościuszki skończyły się takie luksusy i musieliśmy zejść z rowerów, by dostosować swe tempo do pozostałych uczestników. Szliśmy w wielkim tłumie, gęsiego, noga za nogą, nie spiesząc się zbytnio i nie wysilając. Krzyś, który cały czas krzyczał na mnie, że mam jechać ostro do przodu, stracił wszelkie argumenty - mogliśmy spokojnie iść obok siebie. Przeludniło się trochę przed Sikornikiem i na tym zjeździe trochę poniosły mnie demony prędkości i rzeczywiście zostawiłem Krzysia lekko z tyłu, jednak krótka rozmowa z napotkanym przypadkiem znajomym sprawiła, że znów jechaliśmy razem. Rozpoczął się długi podjazd do ZOO, tu Krzyś znów ponowił swoje apele o szybką jazdę, w końcu zagroził oficjalną naganą na forum klubu i lekko przestraszony ruszyłem ostro do przodu. Szybko zacząłem wyprzedzać innych zawodników, ale gdy tylko wjechaliśmy w Lasek Wolski, szybka jazda skończyła się. Na wąskich dróżkach znów zrobił się korek, chwilami trzeba było prowadzić rower, idąc wolno za poprzednikiem, a w pewnym momencie trasa tak się zakorkowała, że staliśmy dobre 5 minut w oczekiwaniu na możliwość ruchu. Rozciągnięta już lekko stawka zawodników znów zbiła się w wielką gromadę, ale na szczęście po wyjeździe z Lasku, znaleźliśmy się na trochę szerszych drogach i można było ruszyć własnym tempem. Jechało mi się znakomicie, bo wjechaliśmy na dobrze mi znane trasy końskich terenów. Pedałowałem coraz szybciej i wyprzedzałem coraz więcej przeciwników, a na pierwszym punkcie żywieniowym dogoniłem Kasię Brożek, czyli Żabę, która jeździła wielokrotnie na nasze wyprawy. Poświęcił chwilę na uzupełnienie płynów i bananowe obżarstwo, a potem ruszyłem dalej. Chwilę później znów się zatrzymałem, by udzielić szybkiej pomocy pewnej kobiecie znajdującej się w potrzebie. Nie trafiła najlepiej, bo znany jestem z tego, że do wszelkich spraw technicznych mam absolutnie dwie lewe ręce, więc prosta wymiana dętki zajęła nam trochę czasu i nie zakończyła się powodzeniem. Na szczęście zjawił się pewien doświadczony w tym względzie mężczyzna, który na dodatek start już miał za sobą i nigdzie się nie spieszył, więc zajął moje miejsce, a ja ruszyłem w pogoń za Krzysiem, który w międzyczasie znów mnie wyprzedził oraz za chłopakami na Jublitach, bo wyprzedzenie ich postawiłem sobie za punkt honoru. No i ruszyłem, trasa była nawet ciekawa, co jakiś czas wyprzedzali mnie pędzący z ogromną prędkością "zawodowcy" jadący już drugą pętle tej trasy. Za każdym razem próbowałem się "zabrać" z nimi, ale jakoś nie mogliśmy ustalić wspólnej prędkości. W każdym razie mobilizowali mnie na tyle, że udało się znów dojść Krzysia, a potem oba Jubliaty. Kilkanaście kilometrów przed metą dublowali mnie kolejni zawodnicy, tym razem udało mi się utrzymać ich prędkość przez dość długi odcinek trasy. Po prostu siadłem im na kole i wiozłem się przez spory kawałek. Gdy zobaczyłem tabliczkę z napisem 10 kilometrów do mety, stwierdziłem, że nie można już się oszczędzać i trzeba jeszcze trochę przyspieszyć, aby dobrym wynikiem sławić imię Wirujących. Gdy znalazłem się na dobrze mi znanych wałach Rudawy, poczułem się jak w domu, wiedziałem, że to już tuż, tuż. Po chwili wjeżdżałem na metę - czas niespecjalnie atrakcyjny, gdzieś koło 4 godzin i jak się potem okazało odległe 535 miejce. Teraz pozostało tylko czekać na przyjazd Krzysia, który zjawił się chwil kilka po mnie, a potem dogorywał za metą. Trzeba dodać, że głównym jego kłopotem nie były wcale obolałe mięśnie nóg, lecz brzuch, ale jak ktoś zjada takie porcje na wszystkich punktach żywieniowych, to nie ma się, co dziwić. Mimo odległych miejsc i lekkiego zmęczenia byliśmy zadowoleni z naszego startu, a w nagrodę pojechaliśmy jeszcze na pyszne lody przy ulicy św.Jana, tam też pożegnaliśmy się do środy, kiedy to czeka nas kolejna ekscytująca wyprawa po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

A teraz Krzyś:
Maraton zapowiadał się miło. Po ostatnich "tatrzańskich" doświadczeniach dystans 68 km wydawał się niewielki. Maciek, proszony przeze mnie usilnie, obiecał, że pojedzie zgodnie ze swoimi możliwościami fizycznymi, a nie upodobaniami do wspierania innych. Po pewnym czasie wspólnej jazdy ruszył ostro, ale długo tak nie wytrzymał. Na ok. 25 km zastałem go, jak na poboczu, jakiejś angielskojęzycznej dziewczynie pomagał w zmianie dętki. Musiało Mu to zając ze 30 min. Korzystając z szansy na wyprzedzenie Maćka zostawiłem go z rozkręconym kołem i pojechałem dalej. Przegonił mnie na ok. 30 km trasy czyli na półmetku Po dojechaniu do mety uświadomiłem sobie, że na połowie dystansu wyprzedził mnie o ok. 60 min. Skubany!!!
Drugi, nieco przygnębiający element tego maratonu to koledzy z klubu rowerowanie.pl. Pojechali we dwójkę na składanych rowerach typu Jubliat. Takich z przed wojny japońskiej. Brawo chłopaki - to był fajny pomysł. U widzów budzili podziw i rozbawienie. U mnie jednak, wyprzedzając mnie obaj, rozbudzili świadomość mojej słabości.
W punkcie żywieniowym na 40 km byłem tak wyczerpany, że rzuciłem się na przygotowane banany i pomarańcze jak dzikie zwierze. Już po kolejnych paru kilometrach żałowałem tego bardzo i aż do późnego wieczora nie mogłem pozbyć się niemiłego stanu mego brzucha. I w ogóle miałem takie uczucie jak by przejechanie zeszłorocznego maratonu przyszło mi łatwiej. I chyba tak było rzeczywiście, ale uświadomiłem sobie, że w zeszłym roku jechałem dystans 38 km, a w tym 70 km.
Dziękuje Maćkowi, że mnie namówił na jazdę. Im dalej od zakończenia wczorajszego wyścigu tym bardziej mi się podobał.

KS


Dookoła Tatr!

To zaczynamy nasze opowiadania od Wojtka, który tak jak na trasie, tak i tu był pierwszym, który nadesłał swoją relację:

Kilka subiektywnych uwag do jazdy wokół Tatr.
Najbardziej nas wszystkich zawiódł Krzyś. Wystarczy spojrzeć na galerie zdjęć gdzie albo leży w rowie albo moczy nogi w rzece. Szalenie opóźniało to nasze górskie premie.
Jerzyk dał z siebie więcej niż wszystko, ale na niczym spełzły jego nadzieje, że będzie spokojnie mógł czekać na Marka. Marek darł po prostu.
Ela. Szkoda słów. Szczupła, sam mięsień. Ze wstydem patrzyliśmy na nasze tłuste ciała powoli wtaczające się na przełęcze.
Maciek. Następną długą wycieczkę powinien odbyć rowerkiem bobo. Jest to bardzo frustrujące jak mija cię pod górę, ten szalejący fotoreporter i z uśmiechem robi zdjęcie gadając bez zadyszki.
Zosia. Instynkt przewodnika nie opuszcza ja nawet na urlopie. Martwiła się czy jesteśmy w dobrych grupach, czekała na mnie na każdej górce, wiozła w plecaku linę, czekan, haki tak na wszelki wypadek.
Trasa ze wszech miar godna polecenia. Szczególnie niedowiarkom we własne możliwości. Wszyscy byliśmy zdziwieni, że to można przejechać w jeden dzień. Wyjeżdżając to oprócz Zosi i Maćka nikt w to nie wierzył.
W sumie bardzo mi się podobało i myślę, że moglibyśmy robić taką dłuższą wycieczkę 4 razy do roku.
WZ

To teraz czas na mnie, ja troszkę rozwinąłem temat:

Trochę ponad rok temu, Krzyś S zadał mi na naszej stronie pytanie po co się podejmuje takie wysiłki jak bieg w maratonie? Co się wtedy czuje? Część ludzi pewnie przeczytała moją odpowiedź, ale zapewne niewiele dla nich znaczyła. Teraz, po naszej wycieczce dookoła Tatr, niektórzy odpowiedzieli sobie na to pytanie sami - to odpowiedź o tyle skuteczna, że odczuli ją na własnej skórze. Tak - przejechać 200km, czy też nawet 180 jak uczynili to niektórzy, w ciągu jednego dnia to już jest wyczyn, zwłaszcza jeśli od połowy dystansu ktoś musiał walczyć z własnymi słabościami, z bólem mięśni i nie tylko, zwłaszcza, jeśli ktoś nie przygotowywał się wcześniej specjalnie do takiej eskapady. Pokonać siebie to wiele, choć bezpośrednio po wyczynie tej wielkości się nie odczuwa, bo jesteśmy słabi, zmęczeni, wszystko nas boli i wydaje się nam, że to oznaka naszej beznadziejności. Dopiero po jakimś czasie zaczyna do nas docierać jak wiele uczyniliśmy i jakie to ma znaczenie. Dlatego wielkie brawa dla wszystkich, którzy zmierzyli się z tą trasą! Ale do rzeczy, bo przecież chciałem opisać naszą wycieczkę dookoła Tatr. 15 czerwca, piątek, godzina 4.50 - niektórym mogłoby się wydawać, że to środek nocy, ale ptaszki na drzewach już od dawna śpiewają, a Wojtek Z zastanawia się dlaczego ludzie nie biorą z nich przykładu i chwyta za słuchawkę. W naszym pokoju rozlega się dźwięk telefonu, od razu wiedziałem, czyj to telefon i kto dzwoni. Posłusznie zacząłem wstawać, bo choć godzina wczesna - powód, dla którego zrywano mnie z łóżka był tak zacny, że nie musiałem się nad niczym zastanawiać. Krzyś jeszcze rozmawiał ze swoim wspólnikiem, a ja poszedłem obudzić Elę, która spała jeszcze słodko w osobnym pokoju. Po chwili już siedzieliśmy przy stole, by zjeść szybkie śniadanie, a potem skupić się na ostatnich przygotowaniach przed wyprawą. Zastanawialiśmy się jeszcze, co wziąć z sobą, jakie stroje mogą nam być potrzebne, ale ogólnie przyjęliśmy wariant optymistyczny - pięknej pogody i braku deszczu. Czas pokazał, że założenia były zasadniczo dość trafne. Po chwili zjawił się u nas Wojtek zapraszając na miłe specjały do ich pokoju, ale już nie było czasu na rozkosze dla podniebienia, musieliśmy schodzić na dół i wsiadać na rowery, tym razem Wojtek mógł być zadowolony, bo cała ekipa wyruszyła punktualnie o 5.45! Po jakiejś półgodziny jazdy dotarliśmy na parking w Kirach, gdzie dołączyła do nas Zosia B - niestrudzona i niezmordowana, przewodniczka naszej wycieczki. Pokazała nam na mapie, jaką drogą mamy dziś się przemieszczać, a trzymaną w ręce małą karteczką, niektórym lekko zmroziła krew w żyłach. Na tej karteczce były wypisane różnice wysokości pomiędzy poszczególnymi punktami naszej wycieczki. Przed nami jednak był jeszcze cały dzień i karteczka z napisami nie mogła nikogo zawrócić z obranej drogi, natomiast dobitnie świadczyła o perfekcji Zosi w przygotowaniach do prowadzenia tej trudnej wyprawy. W porannym chłodzie, między promieniami budzącego się ze snu słońca, dziarsko ruszyliśmy w stronę granicy Polski. Po drodze mijaliśmy Witów, gdzie mieszka pan Józek, który był jakąś alternatywą na spędzenie najbliższych godzin, ale nikt z tej alternatywy nie skorzystał. Przejeżdżając przez Chochołów zwróciliśmy uwagę na znajdującą się tam skocznię i pomyślałem o tym, że nasza wycieczka to jednak całkiem bezpieczne przedsięwzięcie w porównaniu do skoków narciarskich. Na granicy okazaliśmy nasze dokumenty i ruszyliśmy dalej. Wjechaliśmy w zupełnie inny kraj, w którym wszystko dzieje się na opak, czego dowiedzieliśmy się od pewnego, bardzo miłego, wiekowego Słowaka. Przekonywał nas, że stoimy w złym miejscu, bo bar, w którym możemy napić się piwa jest 100 metrów dalej. Nie potrafił zrozumieć, że nie chcemy się napić tego cudownego napoju i powiem szczerze po części rozumiem jego brak zrozumienia. W każdym razie okazało się, że wszystko robimy na opak, bo Tatry objeżdżamy w drugą stronę, kobiety u nas rządzą zamiast mężczyzn, słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie i w ogóle to dziwny z nas naród. Nie było czasu na dłuższe pogawędki, nie było czasu na piwo, bo przed nami długa droga - Zosia powiedziała jedziemy i pognaliśmy przed siebie. Tak - pognaliśmy, bo pierwsze kilkadziesiąt kilometrów wszyscy gnali pełni energii i optymizmu. W takim stanie zatrzymywaliśmy się na pierwszy krótki odpoczynek. A zatrzymaliśmy się w cudownych okolicznościach przyrody, na polu pełnym maków. Krótki odpoczynek wszyscy przeznaczyli na uzupełnianie zapasów energii, spożywając przeróżne specjały. Nie trwało to długo, wszyscy z ochotą dosiedli swoich stalowych rumaków i ruszyliśmy w dalszą drogę. Rozpoczynał się chyba najmniej ciekawy odcinek drogi, ale trzeba go było pokonać, by dotrzeć do celu. Mało ciekawy, bo widoczki nie były już tak zachwycające, drogą przejeżdżały obok nas setki pędzących samochodów(w tym tirów), a w końcu dojechaliśmy do wielkiego miasta, w którym okrutnie śmierdziało - to był Liptowski Mikulas. Na szczęście wszystko ma też swoje dobre strony, a miasto miało tą, że mogliśmy zatrzymać się przy stacji benzynowej i zakupić duże ilości wody, celem uzupełnienia naszych wysuszonych bidonów. Trasa nadal nie była zbyt ciekawa, rozliczne samochody, długie proste i to, co cyklistom przeszkadza najbardziej - wiatr wiejący prosto w twarz. Poza tym mieliśmy za sobą już naprawdę dużo kilometrów i rozpoczęły się pierwsze kryzysy - nogi nie chciały już dalej pracować, domagały się odpoczynku, którego dostać nie mogły. Czołówka naszego skromnego peletonu pędziła bezustannie do przodu, to Wojtek Z i Zosia B - niezłomni i niezmordowani. Krzyś nie bacząc na zarządzenia dotyczące miejsca kolejnego odpoczynku, zarządził całkiem nieformalny odpoczynek w miejscu zwanym "tu i teraz", bo dalej nie mógł. Zatrzymaliśmy się przy szosie i zastanawiali, jak to zrobić, by jechać dalej. Ela I wymyślała przeróżne ćwiczenia rozluźniające, które trochę pomagały, ale sytuacji diametralnie nie mogły zmienić. Robiło się coraz ciężej, z podziwem patrzyłem na pozostałych uczestników. Widziałem ile wysiłku muszą wkładać w każdy następny kilometr, a każdy taki kilometr wydawał się znacznie dłuższy od poprzedniego. Od tego czasu odpoczynki stały się coraz częstsze. Jak już wspominał Wojtek w swojej relacji zdjęcia mówią wszystko, a to w przydrożnym rowie, a to przy pięknym strumyku, w którym moczyliśmy stopy, to znów przy wielkim zwalonym drzewie. W pewnym momencie na drodze pojawiło się wielkie stado krów. Przechodzące przez jezdnię zwierzęta bardzo irytowały kierowców samochodów, oni w przeciwieństwie do krów bardzo się spieszyli, natomiast uczestnicy naszej wycieczki byli zadowoleni i patrzyli z wdzięcznością na leniwie przemieszczające się krówki. To przejście dało znów kilka minut nieplanowanego odpoczynku. Mimo częstych odpoczynków posuwaliśmy się cały czas do przodu i zbliżali do Nowego Smokowca, w którym był wyznaczony dłuższy postój i obiadek. Dotarliśmy do niego koło 17, gdy Zosia i Wojtek kończyli posiłek i powoli zbierali się w dalszą drogę. Chwilę posiedzieliśmy wszyscy razem i powymieniali dotychczasowymi wrażeniami z drogi. Jak się okazało część uczestników poważnie zastanawiała się, czy to miejsce nie powinno być końcem ich podróży. Za tą ideą przemawiało nie tylko mocne zmęczenie nóg oraz ból w innych częściach ciała, ale też pyszne słowackie piwo, które złociło się kusząco w szklankach na sąsiednich stolikach. Zwyciężyła jednak wola walki i wszyscy postanowili podjąć dalszy wysiłek, choć za cel ostateczny nie stawiano już Zakopanego, lecz przejście graniczne na Łysej Polanie. Tylko Wojtek i Zosia nie poddawali się, dlatego najszybciej z nas zebrali się do dalszej drogi. Została nas, więc piątka i postanowiliśmy się już trzymać razem. Jeszcze przed wyjazdem z miasta uzupełniliśmy po raz kolejny zapas wody w bidonach, a potem zaczęła się następna część walki z dystansem. Rewelacyjna średnia prędkość z pierwszej części wycieczki(20km/h) była już nieosiągalna, a postoje robiliśmy nawet co 5km. W pewnym momencie spadły na nas pierwsze w tym dniu krople deszczu i to przez chwilę nawet dość obficie, w zasadzie nie przeszkadzało nam to zbytnio, ale było dobrym powodem by schować się w przydrożnej budce, która miała nas chronić przed zmoczeniem. Deszcz jednak szybko się skończył, dla niektórych uczestników zdecydowanie za szybko, tym bardziej, że przed nami swe wdzięki piętrzył kolejny ostry podjazd. Było po 19, gdy zatrzymaliśmy się kolejny raz, coraz głośniej mówiło się już o samochodzie, który miał po nas przyjechać. Przyznam, że jazdę na rowerze przedkładam ponad jazdę samochodem, dlatego mimo pewnych oporów porzuciłem "moją grupę" i dalej ruszyłem samotnie. Wiedząc, że pora robi się coraz późniejsza, a przede mną jeszcze trochę kilometrów, zmuszony byłem lekko przyspieszyć. Nie miałem pewności czy mój organizm po tylu przejechanych kilometrach, po tylu godzinach pracy zgodzi się na takie tempo, ale najwyraźniej nie miał nic przeciwko. Jeszcze przed granicą minął mnie samochód Wojtka z bagażnikiem rowerowym przypiętym na haku - wiedziałem, że "wybawienie" dla pozostałych cyklistów jest już blisko. W końcu dotarłem do Łysej Polany, strażnik graniczny obejrzał dokładnie mój dowód i z uśmiechem na ustach zapytał, czy dziś zamierzam dotrzeć na rowerze do Krakowa. Na szczęście cel mojej podróży był znacznie bliżej, było to oddalone o 25km Zakopane. Tuż za granicą rozpoczął się kolejny "mocny" podjazd - tu już się nie oszczędzałem i ciągnąłem ile sił w nogach. Na każdy odgłos silnika za moi plecami odwracałem się z nadzieją, myśląc, że może to już nasz samochód z pozostałymi członkami wyprawy będzie mnie wyprzedzał. Nadzieja była związana z wieloma sprawami, po pierwsze chciałem im przekazać coraz mocniej ciążący mi u pasa plecaczek, po drugie przy tej okazji chciałem się przebrać w coś cieplejszego, a przede wszystkim sięgnąć po ostatki zapasów żywnościowych. Niestety samochodu dopatrzyć się nie mogłem, w pewnym momencie już zacząłem się denerwować, że skręciłem w złą drogę i jadę w nieznane, a samochód już dawno jest w Zakopanem. Jednak przy kolejnym odgłosie silnika usłyszałem, że jego obroty wyraźnie spadają, a wymarzony samochód w końcu się przy mnie zatrzymał. Szybko zrobiłem, co miałem zrobić, pożegnałem odjeżdżających i ruszyłem w zapadające ciemności. Od razu poczułem ulgę pozbywszy się dodatkowego obciążenia, szybko uzupełniłem braki węglowodanów i pełen sił ruszyłem z kopyta. Czułem, że mam jeszcze sporo sił, więc już zupełnie się nie oszczędzałem. Na jednym ze zjazdów udało mi się nawet wyprzedzić jakiegoś ślamazarnego kierowcę. Gdy przejeżdżałem pod Wielką Krokwią na zegarze widniała godzina 21.34, chwilę później byłem już u bram gościnnej Willi Motylek, w której nocowaliśmy. Jak się okazało pozostali właśnie rozładowywali samochód z rowerami. Z góry zszedł wypoczęty i wykąpany Wojtek, szczęśliwy, że dokonał tej wielkiej sztuki i przejechał całą trasę wokół Tatr, czyli pokonał 205 kilometrów! Na oknie stało zimne piwo i powiem, że nie pamiętam kiedy ostatni raz tak smakował mi ten napój! Pyszne piwo i radość z pokonania całej trasy wprawiły mnie we wspaniały, niemal błogi nastrój. Poczułem wielki głód i już cieszyłem się na myśl o czekającej mnie kolacji. Wszyscy zebrali się w jednym pokoju i zaczęły się wspominki, wymiana wrażeń, opowiadania, co kogo boli, ale mimo wszelkich boleści, mimo pewnych niedomagań naszych znużonych ciał jedno było pewne, wszyscy okazali się niezwykle dzielni pokonując w ciągu jednego dnia tak morderczy dystans i wszystkim należą się wielkie brawa! Wojtek w swoim podsumowaniu omówił właściwie wszystkich uczestników wyprawy oprócz siebie, a że niezręcznie mu było o sobie pisać uczynię to za niego. Wojtek Z nie zaskoczył i nie zawiódł nikogo, począwszy od porannej pobudki, poprzez niestrudzone parcie naprzód przez całą trasę, a skończywszy na tym, że bez trudu zameldował się na mecie w Zakopanem przejeżdżając 205 kilometrów! Wojtek pisze, że następnym razem powinienem jechać na mniejszym rowerku, by nie irytować go przy robieniu zdjęć na trasie, a ja twierdzę, że gdyby Wojtek zmienił tryb życia na podobny do mojego, musiałbym się pogodzić z faktem iż na trasie kolejnych maratonów pojawiłby się trudny rywal! Na zmianę trybu życia Wojtka raczej się nie zanosi, więc mógłbym spać spokojnie, gdyby nie Zosia B. No właśnie, jak się dowiedziałem Zosi marzy się ukończenie maratonu i widząc, co wyczyniała ta trasie jestem przekonany, że problem nie w tym, czy uda jej się to zrobić, tylko jaki uzyska czas w swoim debiucie - wydaje mi się, że będzie znakomity, tym bardziej, że trasa maratonu w Poznaniu(na który mam nadzieję Zosię namówić) jest zaliczana do szybkich. Skoro już wspomniałem o tej dwójce, to może jednak, wzorem Wojtka, wspomnę i pozostałych uczestnikach. Przede wszystkim stanę w obronie Krzysia, który absolutnie mnie nie zawiódł. Nie chciałbym mu wypominać wieku, ale trzeba stwierdzić, że jest zdecydowanie najstarszy z nas i myślę, że nie jeden dwudziestolatek mógłby mu pozazdrości kondycji. Może do Zakopanego nie dojechał, a ale mimo wszystko niesamowicie dzielnie walczył ze swoimi słabościami i pokonał niemal 180km w ciągu jednego dnia - w swojej kategorii wiekowej był najlepszy! Natomiast zdecydowanie zgodzę się z Wojtkiem, że Jerzyk i Marek dali z siebie więcej niż mogli i jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem ich zmagań z sobą - to było wspaniałe! Pokazali niesamowitego ducha walki i gdyby nie zbyt krótka doba, pewnie dotarliby do celu. No i jeszcze Ela, druga kobieta w naszej grupie, jak słusznie zauważył Wojtek, szczupła, sprawna i silna. Jednak najwyraźniej nieprzyzwyczajona do tak długich eskapad rowerowych, stąd jej walka z dystansem musiała być równie ciężka jak pozostałych. Jej nikła waga, o której pisze Wojtek była czynnikiem, który powodował, że traciła także sporo dystansu na zjazdach, gdzie my z naszymi kilogramami potrafiliśmy osiągać nie kręcąc pedałami znacznie większe prędkości od niej. Ból w mięśniach próbowała osłabić łykając kolejne środki przeciwbólowe i jechała dalej - wielkie brawa dla Eli! Patrząc jak dzielnie pokonuje kolejne kilometry, pomyślałem, że wielką szkodą jest, że nie mogła nam towarzyszyć inna kobieta - Renia W, jedyna przedstawicielka płci pięknej wśród członków naszego Klubu. Niestety Renia obecnie wypoczywa w domu po operacji kręgosłupa. Oby jak najszybciej wróciła do zdrowia i zasiliła nasz skład w następnej "epokowej" wyprawie. Cóż, pozostaje podziękować wszystkim uczestnikom tej wyprawy, która stała się dla mnie wspaniałym prezentem na moje 40 urodziny!

MM

Jako trzeci zadanie domowe wykonał Krzyś:

Przyznaje że podejmując to szalone wyzwanie nie wierzyłem że się nam uda.
Zaczęło się miło w Zakopanem, gdzie dzięki gościnności braci H.(dziękujemy za noclegi) począwszy od czwartku wieczór, jeszcze nie całkiem świadomi tego, co nas czeka nazajutrz, w bardzo miły sposób mogliśmy przygotowywać się do wyprawy. Przygotowania były tym milsze, że był to dzień czterdziestych urodzin naszego zacnego fotoreportera.
W piątek było trudniej. Pierwsze 100 km minęło zaskakująco łatwo. Odcinek miedzy 100 a 130 km trasy był dla mnie osobiście morderczy. Przez cały czas pod górę!!! Gdyby nie przykłady waleczności i uporu jakie widziałem w towarzyszach podróży, to chyba bym odpuścił. Coraz bardziej podobały mi się moczenia nóg w strumyku, krótkie przerwy na odpoczynek i wszystkie inne preteksty do tego by zatrzymać się choć na chwilę. Bolały niemal wszystkie części ciała. Przejechałem 175 km! Jestem z siebie zadowolony. Zosia, Maciek i Wojtek przejechali całość tzn. 205 km. Każdy w innym stylu. Zosia pewnie nawet nie zauważyła wysiłku, Wojtek ani na chwile nie chciał spuścić z oczu Zosi, Maciek natomiast przez większą część trasy wspierał "słabszych", a dopiero na deser zachęcony przez Elę, Marka i Jerzyka ruszył samotnie w pościg za dwuosobową czołówką.
Wszystkim , którzy nas wspierali najpierw w planach potem w realizacji i dodawali nam otuchy bardzo dziękuje!
A może za jakiś czas spróbujemy ponownie tylko np. w odwrotnym kierunku??

KS

Tym razem słów kilka na temat Tatr napisał Marek:

Witam
Z mojego punktu widzenia objazd Tatr był przedsięwzięciem ponad moje siły, ale bardzo przyjemnym. Oprócz wszystkich dobrych, miłych i jasnych stron tego dnia, zapamiętałem jednak jedną rzecz która nie była przyjemna, a wręcz "straszna". Były to słowackie insekty latające. Okazuje się, że te grupy latających owadów, działają w ściśle zorganizowanych grupach przestępczych. Na jedną jednostkę atakującą przypada od dwudziestu do trzydziestu much pospolitych(musca domestica) i jedna sztuka tzw. muchy końskiej(łac. nazwa nie znana). Atak przeprowadzają 3 lub 4 "eskadry", łącznie 60-120 osobników. Miejsce ataku jest z góry przewidziane i nie podlega wytycznym "Konwencji Genewskiej", odbywa się na podjazdach szczególnie tych najdłuższych, kiedy to rowerzysta jest już zmęczony i jego prędkość drastycznie spada. Agresywna grupa rozpoczyna swoją zaczepkę od górnej części ciała cyklisty wlatując do oczu, uszu, nosa siadając na ramionach, rękach, dłoniach i oczywiście pod kask, skąd nie mogąc się uwolnić wydają donośne dźwięki w tonacji górnego "c". Istnieją też muchy-kamikaze, chcące zaatakować podróżującego od środka, czyli poprzez przewód pokarmowy, dostają się tam otworem ustnym skąd nie pogryzione bez problemu osiągają swój cel. W tym czasie duże muchy końskie spełniające rolę najważniejszą w grupie atakującej, wybierają odsłoniętą część ciała między skarpetkami, a końcem spodni i bezkarnie gryzą. Efektem jest czerwony krążek wielkości przykrywki od przecieru pomidorowego "Pudliszki" lub mniejszy, o gabarycie kabzla piwa Tyskiego Gronie. W pierwszej fazie ból jest niewielki i w porównaniu z wysiłkiem jaki trzeba pokonać na podjeździe, nic nie znaczy, ale już po kwadransie okazuje się, że jednak coś się wydarzyło. Istnieją trzy sposoby uniknięcia tego przykrego doznania. Pierwszy, to przyśpieszenie - oczywiście jest to niemożliwe, chyba że przed nami jest zjazd wtedy ciało jest chłodzone miłym powiewem wiatru, a bezwzględne insekty zostają za nami. Drugi to postój - zsiadamy z roweru pod pretekstem "przerwy technologicznej"( uzupełnienie stanu płynów, bądź cukrów w organizmie). Wtedy jednak jesteśmy zmuszeni do wykonania wielu ruchów rękami i nogami, co dla przjeżdżającego obok Słowaka musi wyglądać trochę dziwnie. Możemy wtedy uchodzić za osobę uprawiającą areobic, lub ćwiczącą jeden nowoczesnych tańców break-dance. Trzeci - długie spodnie - tylko dla hardcorowców. Podsumowując: długie letnie wyprawy - TAK, ale tylko z Off-em(w maści, można stosować w razie innych potrzeb :)

MJ


Wyjazd służbowy.

            Tym razem postanowiliśmy pojechać w piątek(8 czerwca 2007 roku), a że jest to zwykły dzień pracy, nasza wycieczka siłą rzeczy stała się wyjazdem służbowym, a jej celem pewien budynek w Skawinie. Przez chwilę, co prawda był brany pod uwagę inny wariant wycieczki. Miałby to być taki trening przed Tatrami, ale 140 km do przejechania jakoś nikogo nie zachęcało i postanowiono, że w Tatry pojedziemy bez specjalnych przygotowań.
Już w drodze na tradycyjne miejsce spotkań na Błoniach Krzyś S urządził sobie prawdziwą konferencję telefoniczną. Na Błoniach byliśmy przed Wojtkiem Z, na którego musieliśmy chwilę poczekać! Po jego przybyciu otwarto biuro polowe firmy "River", które było pilnie strzeżone przez wzmocnione siły policji. Po wykonaniu setki telefonów, podpisaniu kilku kontraktów, spotkaniu z przedstawicielami zaprzyjaźnionej firmy, którzy helikopterem przylecieli aż z zagranicy(teraz już wiem, dlaczego wszystkie nasze spotkania odbywają się przy lądowisku helikopterów), mogliśmy w końcu wyruszyć w drogę. Problemy biurowe pokonane zostały bez trudu, ale piętrzące się przed nami góry(sporych rozmiarów), sprawiły trochę więcej kłopotów. Warto było jednak wysoko się wspiąć, by zobaczyć roztaczające się przed nami perspektywy. Gdyby ktoś miał dobry wzrok, to gdzieś tam na horyzoncie może nawet dostrzegłby cel naszej wyprawy. Na podziwianiem nie przeznaczyliśmy zbyt wiele czasu, bo do dalszej jazdy zachęcał nas już stromy zjazd przed nami, który pokonaliśmy z prędkością światła(takiego leniwego światła). Radość ze zjazdu była krótka, ale znajdująca się przed nami góra, zapewniała nam bardzo długą radość z podjazdu. I rzeczywiście mieliśmy sporo czasu by delektować się stromymi podjazdami, które doprowadziły nas aż do ZOO. Tam zrobiliśmy pierwszy postój, który przeznaczyliśmy na podziwianie importowanych słoni i uzupełnianie płynów w organizmie. Przed nami znów zjazd, tym razem długi - z dwóch wariantów trasy, wybraliśmy ten bardziej skomplikowany i niosący trochę ryzyka. Wojtek myśląc o w własnej(licznej) rodzinie, trochę żałował, że nie zabrał kasku. Zjeżdżając wspominaliśmy jak to w jednym z miejsc, ktoś wylądował kiedyś na drzewie, w innym w rowie, a w jeszcze innym próbował zrobić koziołka z rowerem. Tym razem obyło się bez mrożących krew w żyłach scen, a patrząc na zdjęcia stwierdziłem, że ocena stopnia trudności zjazdu bardzo się zmienia w zależności od punktu widzenia, czy też siedzenia. W końcu dojechaliśmy do czegoś płaskiego i gładkiego, co okazało się ulicą Ks. Józefa. Teraz przeszkadzały nam już tylko samochody i chyba było to bardziej uciążliwe niż złośliwe drzewa wyrastające na trasie przejazdu. Po brawurowym pokonaniu pewnego skrzyżowania i wymuszeniu pierwszeństwa przejazdu na sporych rozmiarów TIRze, Krzyś nadrobił nad nami sporo dystansu i musiał trochę poczekać nim go dogoniliśmy. Przed nami widać już było stopień wodny na Wiśle - tu właśnie Wojtek po raz pierwszy wyjął mapę albowiem ogarnęły nas wątpliwości, co do przebiegu dalszej części trasy. Po krótkiej analizie mapy i ustaleniu szczegółów dalszej drogi próbowaliśmy przedrzeć się przez będący w przebudowie most. Niestety zawrócił nas z drogi pewien miły pan, twierdząc, że do przeprawy tą drogą potrzebne nam są skrzydła. Nie było innego wyjścia, musieliśmy się trochę cofnąć i most pokonać w trochę inny sposób. Od wspomnianego mostu już tylko kilka kroków do opactwa w Tyńcu, gdzie nastąpił kolejny postój. Tu słoni nie było, więc nie pozostało nic innego jak uzupełnić płynny i ruszyć dalej. Droga prowadziła malowniczymi trasami nad Wisłą i wiła się zawile jak sama rzeka. Czasami opanowywały nas wątpliwości, które rozwiewał z mapą w ręce Wojtek, czasami coś czarno widzieliśmy, czasami trzeba było rower wziąć na ramię, ale ogólnie było bardzo pięknie. W samej Skawinie nie powitano nas zbyt przyjaźnie - zamknięto nam tuż przed nosem szlaban i tu Wojtek - mimo licznej rodziny, nie miał oporów przed zupełnie nieprzepisowym pokonaniem szlabanów, w czym dzielnie go wspomagałem. Krzyś - głos rozsądku, pozostał z drugiej strony i w cieniu drzew oczekiwał przejazdu towarowego składu. My w tym czasie zdążyliśmy odnaleźć budynek, który był celem naszej wyprawy, objechać go dokoła, a wcześniej w pewnym miłym sklepie po raz kolejny uzupełnić zapasy płynów niezbędnych do utrzymania się przy życiu w tak upalny dzień. Po chwili zjawił się Krzyś, który licząc wagony składu towarowego znudził się przy 53 i nie potrafił powiedzieć ile dokładnie liczył sobie cały pociąg. Po otwarciu drzwi Prezesi wzięli się ostro do roboty. Wojtek tym razem zamiast mapy, analizował plany budynku i tylko trochę zdziwiły go bożonarodzeniowe dekoracje. Natomiast Krzyś od razu wygłosił krótką mowę powitalną w sali konferencyjnej. Po obowiązkowej fotce przy rzeźbie w aluminium, która jest prawdziwym dziełem sztuki na miarę socrealizmu, wdrapaliśmy się na kolejną górę, czyli na sam dach budynku. Widoki może już nie tak piękne jak z Sikornika, ale jak twierdzą niektórzy, to kwestia gustu i nie należy o tym dyskutować. Pozostawiony na chwilę sam Krzyś, trochę narozrabiał na dole, co skończyło się dla niego chwilowym ograniczeniem wolności. Na szczęście Wojtek wpłacił szybko stosowną kaucję i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną. Po drodze podziwialiśmy piękno zabudowy przyzakładowej i zastanawialiśmy się, czy nie dałoby się przeprowadzić w to interesujące miejsce. Niestety wszystko wskazywało na to, że mieszkań wolnych brak i musimy jechać dalej, więc powróciliśmy na zielone trasy łąk nad Wisłą. W drodze powrotnej nadal rozkoszowaliśmy się widokami, które rzuciła nam na drodze Matka Natura lub wybudowali pracowici mnisi. Kilka razy zatrzymaliśmy się tu lub tam, by spojrzeć jak piękne zakręca w różnych miejscach królowa polskich rzek. Po przejechaniu przez Most Salwatorski mieliśmy do końca wyprawy już krótką i prostą drogę, ale za moją namową znacznie ją sobie utrudniliśmy, wspinając na kolejną górkę i zaliczając po niej kolejny karkołomny zjazd - za, co niektórzy jeszcze mnie przeklinają. Po ponad 5 godzinach pracy i przejechaniu 50km stanęliśmy znów na Błoniach i żegnając się pomyśleliśmy, że wycieczka, którą planujemy na przyszły piątek może być trochę trudniejsza, ale to przecież nie problem dla tak dzielnych cyklistów jak my!


Rajd z przeszkodami!

Rano dowiedziałem się o śmierci Cioci Neli Dangel. Wielu spośród nas dobrze znana, dla wielu bardzo ważna w ich życiu, pozostawiła po sobie bezmiar dobra, a owoce Jej życia przez długi jeszcze czas będą widoczne i odczuwalne przez ludzi, nie tylko tych, którzy znali ją osobiście. Ciociu, wierzę że się jeszcze zobaczymy i już się cieszę na to spotkanie.

           Na umówionym miejscu pojawił się Tomcio M. z synem Staśkiem. Po chwili dołączył Marcin J. z Anią. Korzystając z nieobecności Wojtka Z. spokojnie odczekaliśmy kwadransik i ostatecznie w składzie pięcioosobowym ruszyliśmy przed siebie. Przez Kopiec Kościuszki, Sowiniec do ZOO. Tu okazało się że Tomcio przewidując trudne warunki pogodowe miał ze sobą odrobinę zacnego płynu, który oprócz dobrego smaku miał w sobie element poznawczy. Okazało się że Ania nie znała owocu derenia który w tak podanej postaci bardzo się jej podobał.
Dalej dotarliśmy na łąkę pod klasztorem Kamedułów na Bielanach(koniarzom dobrze znaną). Stamtąd zjazd do ul. Ks.Józefa, koło wodociągów na drugą stronę Wisły. Remonty drogi i wiaduktów przysporzyły nam nieco kłopotów, ale nie bacząc na nie pomknęliśmy dalej aż do Tyńca wyprzedzając wszystko, co po drodze napotkaliśmy. Powrót przez Podgórki Tynieckie okazał się najtrudniejszym odcinkiem ponieważ zaczął padać deszcz. Podejmując próby przeczekania go w różnych miejscach, ostatecznie zdecydowaliśmy się jechać nie bacząc na strugi wody lejące się z nieba. Po drodze zostawiliśmy rodzinkę M. w ich domu po czym dojechawszy do Błoń rozjechaliśmy się do siebie. Mam nadzieje, że nikt tego deszczu nie przypłaci zdrowiem. Pozdrawiam i uczestnikom dziękuję!

KS


Pod wodzą Wojtka Z!

            Zgodnie z planem, rozesłanym dwa dni wcześniej, wyruszyliśmy żwawo z małym opóźnieniem. Tomkowi K nie wystarcza 15 min wcześniej, co dodaje do sztambucha przyszłym organizatorom. Leszek opiekując się Magdą miał lekko inne tempo i rozdzieliliśmy się na dwa zespoły. Niektórzy uczestnicy wycieczki nie zorientowali się na czas , że warto być w zespole Leszka i lekkomyślnie pedałowali ze mną. Z małymi pomyłkami dotarliśmy do Doliny Racławki i pedałowaliśmy rezerwatem w górę rzeki. Wielkim tempem wjechaliśmy na zbocze doliny i od tego momentu tylko w dół. Z licznymi przerwami na odpoczynek, picie, pompowanie koła Krzysia roweru, małe opalanie, podziwianie widoków, pedałowaliśmy do domu. O 14.30 wjechaliśmy rozgrzani do Tomaszowic. Niestety nie spisał się dobry duch naszego klubu - Dorota i obiadu nie było.
WZ

To jeszcze dla uzupełnienia słów kilka od Leszka:
Oto nasza pokonana trasa po podziale grupy w Tomaszowicach: Ujazd, Bolechowice, Karniowice, Będkowice, Dolina Kobylańska, Kobylany, Więckowice, Brzezie, Ujazd, Tomaszowice - powrót do bazy 13.35 i kilka zdjęć.
LS


KWP na tabunowych ścieżkach.

            Dnia 21. kwietnia, jak co tydzień, o 10.00 zebraliśmy się na krakowskich Błoniach. Była piękna pogoda, choć trochę chłodno. Poczekaliśmy na ewentualne osoby spóźnione (brak). Po krótkiej naradzie wyruszyliśmy w drogę(Wuj Krzyś S., Wuj Maciek J., Pan Leszek Sz., Wuj Janek M., Pani Magda W. i ja). Wuj Krzyś miał tym razem plecak, co mogło COŚ oznaczać.
Na początku jechało się ciężko - bo prosto. Każdy umilał sobie drogę rozmową na najróżniejsze tematy. Naszym celem było dojechać do stadniny koni Tabun. Dojechaliśmy na miejsce zbyt szybko, więc pojechaliśmy dalej. Krzyś S. wykazał się niesamowitą orientacją w terenie. Po ominięciu szambiarki pojechaliśmy wskazanymi przez Wuja ścieżkami. Północna Polska ma duże wymagania, a szczególnie Wybrzeże jest takie trochę strajkowe ... W. Janek razem z Panią Magdą rozpoczęli strajk z powodu zbyt dużej ilości wzniesień i za małej ilości asfaltu pod kołami. W. Krzyś nie zastanawiał się jednak i prowadził przez dróżki i polne ścieżynki, którymi zapewne uczęszcza konno. Zatrzymaliśmy się tuż za stadniną na Bielanach i tu doczekaliśmy się otwarcia plecaka W. Krzysia. Wyjął z niego czekoladę i pozwolił odpocząć. Rozgorzały liczne dyskusje specjalistyczne na tematy czysto botaniczne: Znaleziony kwiatek to przylaszczka czy zawilec? To drzewo to buk czy dąb ? Później tematy się zmieniły i odczytałem to jako lekkie zniechęcenie do jednośladów. A mowa była o zamianie roweru na konia! Natychmiast nadarzyła się okazja i zapytano o to przejeżdżającego jeźdźca. Niestety nie chciał się zamienić. Przechodziła też Pani z wózkiem i śpiącą zawartością. Jej także zaproponowano wymianę 4 kółek na 2. Pani się zgodziła, na szczęście pod warunkiem, że zawartość wehikułu zabiera ze sobą, ale jakoś nikt nie skorzystał - może nie ten rozmiar? Po odpoczynku wróciliśmy do stadniny. Niestety 400m. przed stadniną skutecznie unieruchomiłem mój rower. Dotarłem pieszo i od razu wyobraźnia panów zgromadzonych wokoło mojego roweru zaczęła pracować. Każdy wymyślał inny sposób rozwiązania problemu mojego powrotu do Krakowa. Zupa z wkładką poprawiła nam humor, zjechaliśmy razem w stronę przystanku, pożegnałem się i ruszyłem na pętlę. Mój rower całkiem nie zdał egzaminu, ale to nie przeszkadza dalszym wycieczkom. Na szczęście mam rodzeństwo, które jest "zarowerowane". Dziękuję bardzo za miłe przedpołudnie.
Franek K.


Rowerowa Jazda na Orientację.

            14 kwietani 2007 roku miało miejsce to ciekawe wydarzenie jakim był nasz start w RJnO. Były to całkiem poważne zawody, o czym najlepiej świadczy ich nazwa: Indywidualny Puchar Polski! Udział w tej imprezie zdecydowało się wziąć tylko 3 śmiałków, czyli Tomek K, Krzysiu S i ja(MM) i na pewno nie żałujemy naszej decyzji, choć wszystko zaczynało się troszkę pechowo.
Gdy znosiłem rower spadł mi łańcuch, tak się zaklinował, że musiałem się sporo namęczyć, aby go uwolnić i ruszyć do Krzysia. Przez chwilę przemknęło mi przez głowę, że to może zła wróżba, ale szybko przypomniałem sobie, że w takie rzeczy nie wierzę. O umówionej 9 pod bramą na Szpitalnej zjawił się Tomek, a chwilę po nim Krzyś, który minę miał lekko zmartwioną - nie mógł odnaleźć swego kasku i powietrza w tylnym kole. Ale i tymi znakami się nie przejmowaliśmy. Szybko i sprawnie zapakowaliśmy rowery, i nawet przypomnieliśmy sobie o rejestracji, ale trzeba przyznać, że w ostatniej chwili. Wsiedliśmy do samochodu i nastąpił pierwszy sprawdzian naszej orientacji na mapie - zadaniem było dotarcie do miejsca, gdzie mieściło się biuro zawodów i nawet udała nam się ta sztuka. Teraz przyszedł czas na długotrwałe negocjacje z organizatorami. Zadania im nie ułatwialiśmy mnożąc problemy i zadając tysiące pytań jak na nowicjuszy przystało. W końcu udało się zgłosić, otrzymaliśmy numery startowe i tajemnicze karty, których przeznaczenie było dla nas jeszcze tajemnicą. Tą tajemnicę i jeszcze kilka innych, pomogli nam rozwikłać organizatorzy i zaprzyjaźniona grupa z rowerowania.pl, której doświadczeni członkowie wszystko cierpliwie nam tłumaczyli, a ich wskazówki okazały się niezbędne na trasie.
Niestety po rozpakowaniu rowerów okazało się, że tylne koło Krzysia znów nie ma powietrza i konieczne okazało się klejenie dętki. Tu znów pomocną dłoń wyciągnęła do nas Żaba - rowerowanie.pl jeszcze raz okazało się nieocenione. Na sprawnym sprzęcie mogliśmy rozpocząć rozgrzewkę, w trakcie, której przejechaliśmy około 10km i pokonaliśmy niesamowite wzniesienie, ciągnące się ponad 2 kilometry! Kondycję jednak mamy przyzwoitą i z sił nie opadliśmy, choć twarz Krzysia zalśniła kroplami potu. Dobrze rozgrzani, w pełnym rynsztunku, mogliśmy zapozować do klubowego zdjęcia, a potem zlokalizować start. Pierwszy na jego linii stanął Krzyś i od razu zaczęły się wątpliwości: Gdzie tu jechać?, ale koniec języka za przewodnika i udało się ruszyć. Jako drugi na starcie pojawił się Tomek, on poradził sobie z mapą własnymi siłami, kilka minut po nim na trasę wyruszyłem ja. Początkowo największe kłopoty sprawiało mi umiejscowienie mapy, którą z powodu braku fachowego mapnika musiałem trzymać to w rękach, to w zębach. Niestety jeden i drugi sposób okazał się nie być skuteczny i na następnym raz będę musiał coś wymyślić. Jeszcze większe kłopoty miał ze zlokalizowaniem pierwszego punktu zaznaczonego na mapie, ale gdy już dokonałem tej sztuki reszta poszła dużo lepiej. Trasa była naprawdę ciekawa, z przyjemnością rozglądałem się na boki podziwiając piękne widoki, cieszyły mnie strome podjazdy i karkołomne zjazdy. Chwilami było naprawdę ciężko, ale na trasie było kilka punktów wspomagania - dotyczyły one jednak, tylko osób z mocną wiarą. Tuż za 4 punktem kontrolnym udało mi się spotkać Krzysia - dalej pojechaliśmy już razem, pracując nad trasą drużynowo. Jedno z kilku ostrych wzniesień zmusiło nas nawet do prowadzenia rowerów, ale w końcu nigdzie się nam nie spieszyło i przynajmniej było więcej czasu, by miło pogawędzić. Dzięki znakomitej orientacji, spokojnie odnajdywaliśmy kolejne punkty, na których stały specjalne "kasowniki" - dzięki nim zapełnialiśmy otrzymaną na starcie kartę, niezbędna do weryfikacji naszych wyników. Po niemal 2 godzinach jazdy znaleźliśmy się na mecie, gdzie czekał już na nas Tomek K z Żabą i pysznym soczkiem w ręce. Byliśmy naprawdę bardzo szczęśliwi - udało się znaleźć wszystkie punkty, udało się dojechać do mety, a wszystko w pięknych okolicznościach przyrody i nie tylko. Oczywiście natychmiast nastąpiła wymiana wrażeń z przebiegu rywalizacji i nie obeszło się bez dokładnej analizy mapy, w tym czasie organizatorzy przeliczali uzyskane przez nas wyniki i już po chwili mogliśmy się przekonać jak wiele brakowało nam do czołówki. Ostatnie miejsca w niczym nie zmieniły naszych wspaniałych humorów, z uśmiechem na ustach zapakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w drogę powrotną. To była wspaniała przygoda i mamy nadzieję, że następnym razem na starcie zjawi się znacznie liczniejsza reprezentacja naszego klubu!


Mocne uderzenie na koniec marca!

            Krzyś zaczął już narzekać, że w ostatnich tygodniach frekwencja na wyjazdach troszkę spadła, ale najwyraźniej piękna, wiosenna pogoda i pewne szczegóły zawarte w relacji z poprzedniej wyprawy, spowodowały pewne zmiany. Oto w ostanią sobotę marca, czyli dokładnie lub mniej więcej 31 marca 2007 roku, na Błoniach stawiło się liczne grono cyklistów - doliczyliśmy się aż 9 osób, między innymi Gusia i Piotr Rozwadowscy, którzy przyjechali aż z Bielska. Po chwili oczekiwania mogliśmy też spotkać rodzinę Skalskich, której członkowie być może kiedyś zasilą nasze szeregi. Po krótkiej dyskusji, jednogłośnie(czyt. głosem Przemka), została przyjęta propozycja trasy wg Przemka i ruszyliśmy w stronę Salwatora, gdzie mogliśmy podziwiać piękną panoramę Krakowa. Na chwilę oddechu pozwoliło nam niezwykle wytrwałe czerwone światło, ale dalej poszliśmy jak burza. Przeskoczyliśmy przez salwatorski most, niemal przefrunęliśmy nad wzgórzem w okolicach Skałek Twardowskiego(tu dołączyła do nas dwójka z Rowerowania.pl, czyli Żaba i Piotrek Z) i wjechaliśmy na "tyniecką rowerostradę". Dopiero tu lekko zwolniliśmy, a nawet pozwoliliśmy sobie na krótki przystanek przy sklepie spożywczym, by dokonać niezbędnych zakupów. Z pysznie wypełnionymi plecakami ruszyliśmy dalej dobrze znaną nam trasą, ale tym razem szybko z niej zjechaliśmy w zupełnie nieznane nam tereny, gdzie oczywiście konieczny był przystanek na ustalenie azymutu. Jazda po nieznanych trasach ma tą zaletę, że Przemek może czasem wyjąć swoją ulubioną mapę. W tym czasie reszta grupy oddała się miłym dyskusjom na tematy różne. Jeszcze przez chwilę zastanawialiśmy się, czy jest sens wjeżdżać w drogę, na której istnieje ograniczenie prędkości do 40km/h, ale koniec końców, doszliśmy do wniosku, że nigdzie nam się nie spieszy i przez chwilę możemy zwolnić. Chcąc wzbogacić nasze wycieczki o pewne wartości związane z szerzeniem szeroko pojętej kultury bycia, pobyliśmy chwilę przed budynkiemOsiedlowego Klubu Kultury, z którego emanowała wyraźna aura kultury w jej najczystszej formie.
Kultura, kulturą, ale my przecież mieliśmy za zadanie pedałować i wywiązywaliśmy się z niego naprawdę dobrze. Na reszcie znaleźliśmy drogę, na której mogliśmy zaspokoić nasze demony prędkości. Na autostradach w Polsce jest co prawda ograniczenie do 130km/h, ale i tak jechaliśmy pod wiatr, więc nie musieliśmy się tym razem obawiać radarów. Dopiero, gdy zobaczyliśmy tabliczkę z napisem Dąbrowa, postanowiliśmy zawracać. Asfaltowe szosy zamieniliśmy na bite drogi i zdecydowanie zwolniliśmy, by móc w spokoju ducha obserwować coraz wyraźniejsze sygnały rozpoczynającej się wiosny. Gdy wjechaliśmy w piękny i pachnący las w okolicach Podgórek Tynieckich, wiedzieliśmy, że do celu naszej wyprawy już niedaleko. I tak też było, już po chwili przejechaliśmy między malowniczymi skałkami i zatrzymaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Nasze żołądki już od dłuższego czasu wysyłały wyraźne sygnały, że to już czas rozpalać ognisko, skrobać kijaszki i nabijać na nie, rozliczne kiełbaski. Tą piękną ucztę zawdzięczamy ponownie naszemu drogiemu Leszkowi S, który jak zwykle był wzorowo przygotowany, tak pod względem prowiantu, jak i niezbędnego opału! Ach! Co to była za uczta! I tylko Piotrek Z zastanawiał się jak się to wszystko w nas pomieści. Cóż i w takich chwilach wykazaliśmy się swoją dzielnością, pochłaniając wszelkie nagromadzone specjały. Jak się okazało postój przy Osiedlowym Klubie Kultury, nie pozostał bez odzewu. Na początek przeprowadziliśmy krótką akcję "Sprzątanie świata!", potem Krzyś S zaimprowizował coś na kształt spotkania autorskiego z pewnym domorosłym autorem niezwykle poważnej książki i jak by tego wszystkiego było mało pełni ofiarności, nieśliśmy pomoc potrzebującym. Po prostu kultura i szlachetność to nasza specjalność.
Trudno się dziwić, że nasz postój potrwał trochę dłużej niż planowano. I trzeba wyraźnie dodać, że aspekty kulinarne nie były tu wcale decydujące. Przewodnik naszego stada, czyli Przemek W, wybrał naprawdę cudowne miejsce, nie dość, że otaczały nas zewsząd cudowne widoki, to jeszcze nasze skałki osłaniały nas od zimnego wiatru, dzięki czemu mogliśmy się cieszyć wspaniałym słońcem i niemal letnią temperaturą! To oczywiste, że w takich warunkach nikomu nie było spieszno do powrotu. Wojtek J opowiadał Krzysiowi jak to swego czasu złapał w Wiśle "taką rybę", Przemek studiował mapę, a inni zajęli się resztkami kiełbasy, ale w końcu przyszedł czas wsiąć na rowery i ruszyć w drogę powrotną. I tym razem postanowiliśmy sobie nie ułatwiać sprawy. Zamiast ruszyć dobrze znaną i prostą trasą tyniecką, wybraliśmy prawdziwe wyzwanie - trasę przez Bielany i Lasek Wolski. W okolicach toru kajakowego pożegnaliśmy miłych gości z Rowerowania.pl, a sami przeprawiliśmy się przez Wisłę, aby po chwili znów znaleźć się w granicach Krakowa. Po kilku kilometrach wytrwałego pedałowania przed nami ukazał się stromy podjazd - nie było wyjścia, chcąc dojechać do domu, musieliśmy się z nim zmierzyć. Walka z niezwykłych rozmiarów wzniesieniem rozgrzała niektórych do tego stopnia, że musieli się rozbierać w czasie jazdy, ale pięknie rysujące się w oddali wieże klasztorne dodawały wszystkim sił. Na górze czekała na nas nagroda - zatrzymaliśmy się na polanie na Bielanach, z której roztaczał się wspaniały widok na zakole Wisły i opactwo tynieckie, a gdy już się widokiem tym nacieszyliśmy, wjechaliśmy w Lasek Wolski. Niestety zmęczenie powoli zaczęło dawać się we znaki, w końcu byliśmy za nami było już wiele kilometrów, od niemal 4 godzin byliśmy w drodze! Do tego nawierzchnia w Lasku była znacznie mniej sprzyjająca, a nachylenie terenu zupełnie nieodpowiednie. Doszło do tego, że zaczęli nas wyprzedzać wytrwali maratończycy! Na szczęście jadąc pod górę, kiedyś dojeżdża się do jej szczytu i potem można się cieszyć miłym i bezwysiłkowym zjazdem w dół. Oczywiście i tu mogą nas spotkać niespodzianki w postaci niezwykle stromych i trudnych technicznie zjadów, ale dla starych wyg z KWP takie rzeczy niestraszne. Potem zosały już do pokonania tylko wały Rudawy i znów znaleźliśmy się na Błoniach. Nasza wyprawa trwała niemal 5 godzin, pokonaliśmy prawie 40 kilometrów, ale przede wszystkim wspaniale się bawiliśmy i mimo pewnego zmęczenia fizycznego, byliśmy bardzo zadowoleni i tryskaliśmy pozytywną energią!
Na koniec jeszcze tylko wymienię wszystkich uczestników naszej wyprawy: Gusia i Piotr R, Żaba i Piotrek Z oraz Maciej J, Wojtek J, Franek K, Krzyszto S, Leszek S, Przemek W i ja(MM).


Powrót do źródeł.

            24 marca 2007. Z zapowiedzi, a raczej z ich braku, wynikało ze dziś nie będzie nas zbyt wielu. Widząc mój smutek z tym związany, moja żonka, niezbyt przekonana do pedałowania, gotowa była pojechać ze mną. Z widoczną ulgą przyjęła wiadomość, że jednak nie będę sam. Jeszcze w piątek wieczorem zdecydował się pojechać, chyba pierwszy raz w tym roku, Maciek J. Nawet przez pewien czas miało nas jechać trzech ale Wojtas J. ostatecznie zrezygnował.
Tak wiec ok. 10 rano zapakowaliśmy z Maćkiem rowery i autkiem dojechaliśmy na znany nam wszystkim parking gdzie mogliśmy zamienić cztery koła jednego pojazdu na 2 x 2 koła. Puszcza Niepołomicka przyjęła nas wietrznie, ale płasko, pusto i spokojnie. Powłóczyliśmy się nieco podejmując kilka prób odnalezienia miejsca gdzie przebywa mój stary koński przyjaciel o imieniu Sakar. Dopiero po jakimś czasie udało się nam odnaleźć stajnie, w której mieszka. Niestety trwały tam prace kowalsko- higieniczne i właściciel uznał, że nasza wizyta jest nie w czas. Tak wiec pozostawiłem przygotowany już w domu woreczek z suchym chlebem, jabłkiem i marchewką z prośbą o przekazanie tego Sakarowi. Dziewczynka, która odbierała paczuszkę, nie potrafiła ukryć zdziwienia, a spojrzenie jej, słusznie mówiło: co za wariat!!!
Pojechaliśmy dalej. Na parking wróciliśmy po 3 godzinach przejechawszy około 33 km. Jak łatwo wyliczyć tempo nie było zawrotne. To lubimy najbardziej!!
KS


Po miesięcznej przerwie.

            Skawina, sobota, wczesny ranek, szron na dachach. Miejsce zbiórki Kraków, Błonia godz. 10. Niepohamowana chęć kręcenia uruchomiła zasoby energii, wyzwolone o 8,30. Wskoczyłem więc na swój wysłużony sprzęt marki Pamir,i pojechałem przez Park w kierunku Klasztoru w Tyńcu. Krótki odpoczynek zrobiłem nad Wisłą w towarzystwie pięknej łabędzicy, która opierając się podmuchom silnego wiatru krążyła dostojnie wokół pomostu. Wrodzona punktualność nie pozwoliła mi na długą kontemplację, dlatego ruszyłem wzdłuż biegu Wisły w kierunku wałowej rowerostrady. Potem Dębniki, most, Salwator, wały nad Rudawą i Błonia. Pokonałem więc 18 km i sporo przed czasem dotarłem na miejsce zbiórki. Kilka rundek wzdłuż Błoń, z i pod wiatr, zapełniły czas oczekiwania. Podczas jednego z nawrotów niemal wpadłem na klan Państwa Półtoraków, ale tylko Oleś dogniatał pedały, a Ancia, co prawda poruszała się na kółkach, ale takich malutkich, zamontowanych w łyżworolkach. Pozostała część Rodziny przemieszczała się statecznie na dwóch i tylko najmłodsza członkini, malutka suczka rasy gończy polski - na czterech kończynach. Pod silny wiatr, od strony miasta przypedałował Krzyś S. i krótko po nim Przemek W. Kilka zdjęć z naszego spotkania zrobił Staś P. Pogoda psuła się coraz bardziej, zaczął kropić niewielki deszczyk, dlatego po krótkim pożegnaniu z Klanem, nasza trójka pośpiesznie ruszyła wzdłuż Rudawy w kierunku Przegorzał. Wraz z wzmagającym się wiatrem i deszczem utrudniającym jazdę, wzrastała też u nas chęć przeczekania złej aury w jakimś suchym miejscu. Każdy z nas zaproponował pewne rozwiązanie, ale one wszystkie sprowadzały się do tego, aby poszukać baru, w którym można by przeczekać przelotny deszczyk. Za pierwszym podejściem, choć w drugim miejscu, udało się Krzysiowi i Przemkowi przekonać szalenie miłą i uprzejmą Panią, aby otworzyła bar przed czasem, rozpaliła ogień w kominku i podgrzała nam piwo i grzańca, na rozgrzewkę oczywiście. Przemoczone kurtki suszyły się przy ciepłym kominku, a nam jakoś dziwnie przestał przeszkadzać padający za oknem deszcz i wyjący wiatr. Przemek sączył z kufla złoty, ciepły płyn, a my z kubków pysznego grzańca. Ciepło, sucho, miła rozmowa trzech facetów i tylko żal, że czas upływa tak szybko. Deszcz przestał padać, co poderwało nas z barowych krzeseł na rowerowe siodełka. Dalej trasa prowadziła obok wodociągów do toru kajakowego. Dobre jest to, że trasy wycieczek ustalane są z zasady na zbiórce, bo gdyby przez przypadek lub w sposób nazwijmy to, przemyślany, co jest niemożliwe, jakieś służby patrolowe trafiłyby na naszą przeciekawą stronę internetową z wyznaczoną wcześniej trasą przejazdu, to mogłyby nas na niej poprosić o swego rodzaju "współpracę". Dlatego prosimy i polecamy jednocześnie, razem z Maćkiem, aby służby te czytając relacje, zajrzały również na zakładkę To i Owo naszej strony, po to, by ewentualna współpraca nie była tylko jednostronna, tzn. wektor - my im. Wybrany kierunek przejażdżki, z przyczyny brzydkiej pogody, ze względu na odległość jaka dzieliła mnie od domu, kierowała nas w stronę Skawiny. Po przekroczeniu Wisły, przy torze wodnym, nasze drogi rozeszły się. Krzyś i Przemek popędzili z wiatrem do Krakowa, i mam nadzieję szczęśliwie dotarli do domów, a ja, w stronę przeciwną. Tradycyjnie już przestanek w Tyńcu na pomoście nad Wisłą i dalej pod wiatr do Skawiny. Można pokusić się o stwierdzenie, że na jazdę na rowerze każdy rodzaj pogody jest dobry, zwłaszcza w dobranych miejscach i wybornym towarzystwie, trochę szkoda, że nadal w niezbyt licznym.
Leszek.

Krzyś i Przemek pędzeni wiatrem, bezpiecznie dotarli z zawrotną prędkością i w rekordowym czasie do swych domów.


Wiosna to, czy zima?!

            Jadąc dziś na miejsce spotkania trochę się obawiałem, że będę sam. Ostatnie wyprawy w licznym składzie spowodowały, że zapomniałem już jak to jest. I dobrze! Już z daleka widziałem, że krąży Leszek. Więcej uczestników nie zobaczyliśmy niestety i w składzie dwuosobowym pojechaliśmy. Mam wrażenie, że głównym celem dzisiejszej wycieczki było szukanie takiej trasy, która pozwoliłaby na jazdę obok siebie. Taki układ pozwala na łatwiejszą wymianę zdań i umożliwia konwersacje, która zajęła nam większość czasu. Przy okazji oczywiście trochę kręciliśmy pedałami, co spowodowało, że przejechaliśmy 28 km. Ponieważ drogę powrotna pokonaliśmy pod silny wiatr, zastanawialiśmy się czy tego dystansu nie powinniśmy pomnożyć przez współczynnik 1.5, co dało by całkiem niezły wynik 42 km. Leszek z nieukrywana dumą poinformował mnie o dwóch poważnych sprawach. Po pierwsze zainwestował w siebie i wyposażenie rowerowe. Rozglądając się uważnie i korzystając z Leszkowych podpowiedzi wreszcie znalazłem ten sprzęt. Takie wyposażenie znacznie podnosi wygodę i bezpieczeństwo jazdy! Po drugie okres przygotowań wyprawy do Mongolii przeszedł z fazy teoretycznej do praktycznej. Leszek kupił samochód marki Niva, który zawiezie naszych śmiałków(Leszek i Maciek) do celu. Wspominaliśmy ze łzą w oku czasy młodzieńczych wycieczek w Bieszczady, utyskiwaliśmy nieco na to, że dzisiejszym młodym nie wiele się chce i gadając tak dotarliśmy z powrotem na Błonia na godz. 13.30!
Było piknie. Leszek - dziękuję.


Czarny Land Rover!

            10 luty sobota. Krzyś zarządził zbiórkę o godzinie 10 na Błoniach. Już o godzinie 9.20 przez podkrakowskie Tomaszowice przeleciał, budząc postrach, czarny Land Rover z zapakowanym w środku rowerem. Ten sam pojazd zatrzymał się za pięć dziesiąta przy błoniach i wyskoczył z niego znany przełajowiec Wojciech Z. O 10 dopedałował Krzyś, a ja wygramoliłem się z auta. Dwie po dziesiątej kierowca Land Rovera mocno podirytowany starał się wyruszyć w drogę, tylko dzięki naszej dzielnej postawie, udało nam się go powstrzymać i poczekaliśmy cztery minuty na nadjeżdżającą Renatę. W ten sposób w miłym gronie(Renata, Wojtek Z, Krzyś i Jerzy) ruszyliśmy w dal. Przez wzgórze Świętej Bronisławy, Ruczaj dotarliśmy do Zakrzówka. Z Zakrzówka przez las, wąską ścieżką przejechaliśmy do ścieżki rowerowej nad Wisłą, a nią w stronę Tyńca. Po drodze zatrzymaliśmy się przy torze kajakowym, gdzie podziwialiśmy rosyjskich kanadyjkarzy trenujących slalom. Co ciekawe pływali w krótkich spodniach i bez rękawiczek(dla przypomnienia 10 luty). W ciągu tych paru minut Wojtek zdążył zapoznać się z trenerem pływających Rosjan i wymienili kurtuazyjne uściski. Z nad toru dotarliśmy bez większego trudu do klasztoru Benedyktynów. I tu znowu krótka przerwa. Pierwszą część drogi powrotnej przejechaliśmy przez nadwiślańskie błota, a potem tradycyjnie drogą na wałach Wisły. I w ten sposób już o 13.20 byliśmy z powrotem w miejscu zbiórki. Dla ciekawych dodam, że przez całą wycieczkę była piękna pogoda, świeciło słońce, a nasza dzielna czwórka jadąc na rowerach prowadziła miłą konwersację towarzyską. Mam nadzieję, że ten koślawy opis spowoduje to, że nigdy więcej nie poprosi mnie Krzyś o pisanie notatki z wycieczki.

JH


Powroty, powroty, powroty!

            Sobota 3 lutego 2007 roku okazała się dniem powrotów. Krzyś po dwutygodniowej nieobecności powrócił z wyjazdu feryjnego, na którym czas spędzał z przemiłą młodzieżą, co bardzo sobie chwalił w przedstawianych nam opowieściach. Natomiast ja, po niemal 7 miesiąc przerwy spowodowanej kontuzją, zdecydowałem się na ostrożną przejażdżkę - długo mnie nie było! Radość moja była wielka, tak wielka, że prawie nie zauważałem szarości tego dnia i siąpiącego chwilami deszczu. Dla mnie świeciło słońce i było niezwykle kolorowo, ale gdy się jedzie w towarzystwie członków KWP o taki dobry nastrój nietrudno. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, jak na luty pogoda dla cyklistów całkiem sprzyjająca.
Jak tradycja każe, o 10.30 spotkaliśmy się przy lądowisku helikopterów na Błoniach. Zjawiła się nas czwórka, czyli: Tomek K, Krzys S, Leszek S i ja(Maciek M), punktualność tym razem zadowoliłaby nawet Wojtka Z, którego próbowałem dzielnie zastąpić namawiając do natychmiastowego odjazdu. Jak się po "kwadransie studenckim" okazało miałem rację, bo i tak nikt więcej nie dojechał. Ruszyliśmy w stronę Tyńca, świetnie znaną i wiele razy objeżdżoną trasą, ale jej podstawowym plusem jest łatwość, która pozwala uczestniczyć w wyjeździe nawet takim chwilowym inwalidom jak ja, czy Krzyś S. Jechaliśmy pod wiatr, mocny wiatr, ale miłe pogawędki i spokojne, spacerowe tempo, spowodowało, że prawie nie zwracaliśmy na niego uwagi. Lekkie kłopoty techniczne z rowerem Leszka przypomniały nam o nieobecności Marcina J, na szczęście tym razem poradziliśmy sobie sami, ale chyba wkrótce niektórzy z nas będą go musieli odwiedzić i osobiście zapytać, co u niego słychać. Przy torze kajakowym Krzyś zaczął wspominać o jakimś przystanku, namiocie, barze, posiłku regeneracyjnym, itp., ale niestety o tej porze roku myśli takie musiały pozostać w sferze marzeń. Po krótkiej chwili marzeń, zrobiliśmy tradycyjny objazd wokół toru i puściliśmy się z wiatrem w drogę powrotną. Teraz pędziliśmy jak grupa zawodowych kolarzy na Tour de France, wyprzedziliśmy nawet staruszkę z pieskiem! O ile nasze wyćwiczone mieśnie nie dawały o sobie znać, o tyle część ciała, która bezpośrednio przylega do siodełka zmusiła nas do krótkiego postoju, na którym omawialiśmy bolesne tematy. Mrożącą krew w żyłach historię opowiedział nam Leszek. Akcja opowieści rozgrywała się na moście kolejowym, który to Leszek wraz ze swoim synem, pokonywali na rowerach. W każdym razie wniosek z tej opowieści taki, że czasem łatwo zapomina się o bolącym tyłku. Nie inaczej było i przy tej zajmujacej opowieści, a atrakcji dodał jeszcze pan Mieczysław Piątek - człowiek legenda, w Krakowie najbardziej znany z tzw."końskiego pogotowia". Pan Mietek zaserwował nam kilka ciekawych opowieści ze swego życia i pozostawił w wielkim zdumieniu, spiesząc się na autobus do Krakowa, gdzie chciał dotrzeć wraz ze swoim wózkiem, aby odebrać od sponsora darmowe łupinki z ziemniaków(oczywiście dla kóz!). Pokrzepieni tymi opowieściami, ruszyliśmy w dalszą drogę powrotną. Jeśli chodzi o nieszczęsną, tylną część ciała to każdy próbował sobie radzić na różne sposoby.
Gdzieś na przeciwko klasztoru na Salwatorze postanowiliśmy dochować tradycji i zrobić kolejne wspólne zdjęcie, a przy okazji trochę ucieszyliśmy oczy pięknymi widokami na to nasze kochane miasto. Oczywiście strawa duchowa jest bardzo ważna, ale jednak dobrego posiłu regeneracyjnego nie zastąpi, dlatego bez wahania daliśmy się namówić Krzysiowi na "drugie śniadanie" w jego domu. Te trzy piętra, które mieliśmy do pokonania, okazały się kolejnym wyzwaniem po przejechaniu 26 km, ale decyzja była słuszna, a samo spotkanie okazało się pięknym zakończeniem tego DKWP, czyli Dyskusyjnego Klubu Wirujących Pedałów. Pyszne śniadanie przygotowane przez Krzysia i dzielną Makę, która miło się nami zajęła mimo nieprzespanej nocy, okazało się dobrym pretekstem do opowiedzenia kilku słów na temat planowanego przeze mnie i Leszka wyjazdu do Mongolii i snucia pięknych planów wyjazdowych KWP. Lekko po 14 podziękowaliśmy pięknie gospodarzowi i udali się do swoich domów na zasłużony obiad.


I znów tylko Leszek.

            Sobota, 20 stycznia 2007. Brak odzewu na propozycję odebrałem jako przyzwolenie i jednocześnie zachętę do samotnej przejażdżki. Popędziłem zatem w pojedynkę o 10.30, tym razem ze Skawiny, obok Klasztoru w Tyńcu, wzdłuż Wisły pozostawiając z lewej kajakowy tor wodny, dalej rowerostradą do Pychowic. Pogoda, jak na styczniowy zimowy dzień, dla rowerzysty zupełnie przyzwoita: + 5 st.C, bezwietrzna, w zasadzie bezdeszczowa. Pomimo tego na trasie, podobnie jak na Pustyni Gobi - pusto. Ale porównanie wtedy będzie pełne, kiedy zobaczymy wraz z Maćkiem na własne oczy wielkie przestrzenie i być może rowerzystów, w większej ilości niż ja dziś na trasie rowerowej wzdłuż Wisły w drodze powrotnej do Skawiny. Po powrocie z Mongolii podzielimy się z Wami naszymi spostrzeżeniami.
Pozdrawiam. Samotny pedał ujący dystansowiec. Leszek.

P.S. A swoją drogą to zadziwiające, jak króciutka pauza zmienia sens!


Samotna wyprawa Leszka.

            Sobota, 13 stycznia 2007. Było prawie super - okazało się, że wyznaczyłem sam sobie miejsce i czas spotkania, godz. 10,30 w okolicach lądowiska. Przybyłem punktualnie i po kilkunastu minutach oczekiwania ruszyłem na wycieczkę pod mocno wiejący wiatr, w składzie rozpoczynającym pierwszą dziesiątkę. Wybrałem trasę spacerową, wałami rz. Rudawy. Najpierw z wysiłkiem w kierunku jej źródła, w kroplach deszczu od czasu do czasu gnanych wiatrem, potem, już bez wysiłku, z wiatrem. W podmuchach wichury śmignąłem jeszcze wzdłuż Błoń do Alei Wieszczów i z wysiłkiem na lądowisko. Tym razem brak zdjęć z wycieczki, ale obrazy pozostają mi jeszcze w oczach i gdyby ktoś miał ochotę ... to postaram się bardzo szczegółowo słownie je namalować. Prawie to jednak nie to samo.

Leszek


W Trzech Króli.

            6.01.2007 to pierwszy dzień nowego roku kiedy została zwołana wspólna wyprawa KWP. Pojawiło się nas pięć osób. Ojciec z synek Kraińscy, Przemek(bez syna)Wróblewski, Wojtas J i ja - Krzyś S. Jeden odezwał się wcześniej, że nie będzie(!), inna napisała parę miłych słów usprawiedliwienia, a pozostałych powaliła choroba albo lenistwo.
Ruszyliśmy zgodnie z planem w kierunku Ojcowskiego Parku. Pierwsze kilometry oraz dodatnia temperatura spowodowały ze nasze rowery bardzo szybko zaczęły być tak oklejone błotem, gliną i ziemią, że musieliśmy je w najbliższej rzeczce po prostu umyć. Jechaliśmy prawie cały czas trasą którą już kiedyś pokonywaliśmy wspólnie. Dotarliśmy do tzw. Bramy Krakowskiej i stamtąd już pieszo ostro pod górę w kierunku Groty Łokietka. Potem ostro w dół. Ten odcinek wykonaliśmy za namową Przemka, któreśmy oczy świeciły się na możliwość ostrego zjazdu. Dotarliśmy ponownie do doliny prądnika i przez Prądnik Korzkiewski i Giebułtów dojechaliśmy na miejsce startu ok. godz. 14.30.

Było jak zwykle. Po prostu piknie.

KS


Kaganek w poznańskim.

            Po tym jak w zacnym gronie zakończyliśmy spacer rowerowy 30 grudnia w Tomaszowicach, wsiadłem w auto i razem z Nuną pojechaliśmy na kameralnego Sylwestra do Puszczykówka. Chcieliśmy połączyć dwa w jednym. Prócz sylwestra chcieliśmy nieść kaganek radości płynącej ze wspólnych wycieczek rowerowych.
W Wielkopolsce, z rowerem najbardziej zaprzyjaźniony jest Gustaw Cz. Ten sam, który trzy tygodnie temu gościł u nas.
Ruszyliśmy, podobnie jak grupa krakowskich biegaczy około południa. Przekonałem się naocznie, że tam też maja piękne okolice i rejony znakomicie się nadające do jazdy na rowerze. Słoneczna pogoda i temperatura w granicach 8 stopni Celsjusza w niczym nie przypominała nam, że to ostatni dzień roku. Gustaw poprowadził trasą, na której było wiele ciekawych i interesujących obiektów. Przejechaliśmy około 35 km i po 3 godzinach wędrowania dotarliśmy do domu. Zastaliśmy tam jeszcze jednego z członków naszego klubu, który niestety nie był wyposażony w odpowiedni do krzewienia wirowania sprzęt, co nie pozwoliło mu towarzyszyć nam w pierwszej(jak ktoś był wcześniej to proszę o sprostowanie) wyprawie roku 2007, która rozpoczęła się lekko po 7, czyli szarym porankiem.
Tym razem trudy ostatniej nocy i plany na najbliższe godziny nie pozwoliły nam przejechać więcej niż 18 km. Nie mniej jednak spacer wzdłuż Warty, w okolicach gdzie spotkaliśmy sarny, dziki(!!!) i ślady po bobrach był naprawdę wielką przyjemnością. Gustaw – dziękuję!

KS


Bieg Sylwestrowy.

            Tak jak rok temu, tak i w tym roku, mimo wielu przeciwwskazań, postanowiłem wystartować w Sywestrowym Biegu Radości na dystansie 10 kilometrów. Tym razem udało mi się do tego samego namówić jeszcze kilka osób, jak już wspomniałem biegły ze mną Renia W i Ela I, ale oprócz nich był też Marcin, Tomek i Paweł, którzy być może kiedyś zasilą nasze rowerowe szeregi, w każdym razie tworzyliśmy mocną 6-osobową grupę, której pod względem liczebności dorównywała reprezentacja "rowerowania.pl", w której biegła znana nam doskonale Żaba i Piotrek Z. Jeśli chodzi o wirujących, to nie było tym razem Krzysia i Wojtasa J, ale nie zawiódł Przemek, który zasiadł na swoim miejskim rowerze i razem z nami przejechał trasę biegu. Oczywiście zrobił znacznie więcej kilometrów, przemieszczając się między podgrupkami, na które podzieliła się nasza reprezentacja.
O poranku pogoda nie była zbyt zachęcająca, szarobure niebo i ulewny deszcz, ale od początku wierzyłem, że naszym biegiem przełamiemy aurę i rzeczywiście, w trakcie naszych zmagań z dystansem ostry wiatr rozwiał ciemne chmury i na błękitnym niebie ukazało się uśmiechnięte słoneczko. Zresztą nawet, gdyby zaszło z powrotem mieliśmy w zastępstwie gorące uśmiechy towarzyszy biegu. Początkowo biegliśmy wszyscy razem, ale potem dały znać o sobie pewne różnice w wytrenowaniu, ja z Renią zostaliśmy trochę z tyłu, ale to tylko ze względu na kłopoty techniczne, które Renia miała ze swoimi niesfornymi sznurówkami. Jeszcze bardziej niesforna okazała się drogocenna czapka Pawła, która postanowiła pohasać z wiatrem i skończyła w Wiśle. Na szczęście sprawna i odważna akcja właściciela uratowała ją w ostatniej chwili przed utonięciem. I tak to biegliśmy zabawiając się dobrze26 i miło sobie gawędząc, podziwiając piękne widoki roztaczające się przed nami, czas mijał szybko i niepostrzeżenie, aż tu nagle okazało się, że już jesteśmy na mecie i jest po wszystkim.
Oprócz gratulacji i braw, czekała na nas niespodzianka w postaci pysznych ciasteczek przywiezionych przez Przemka - Dziękujemy za zdjęcia, towarzystwo i ciasteczka! To był naprawdę miły ostatni dzień roku!


Pan Tadeusz!

            Na sobotę 30 grudnia zaplanowaliśmy pożegnanie 2006 roku. O godzinie 10, w Tomaszowicach, pod domem Dziadka, zebrało się aż 9 osób, a właściwie 10, bo Leszek miał ze sobą Pana Tadeusza w piersióweczce. W związku z planowanymi jazdami samochodem był mało używany, ale był z nami. Oprócz stałych bywalców, czyli Zielaka, Tomeka K, Jerzyka, Dziadka, Leszka, Wojtasa J i mnie(KS), zjawiły się 2 osoby na gościnnych występach: Tadeusz Gzowski, który przybył aż z Gdańska i Michał Radziwiłł, który przyjechał z Warszawy. Trasa ciekawa, pogoda przepiękna i przemiłe towarzystwo - nic więcej do szczęścia nie było nam potrzebne! A czy będzie to rzeczywiście ostatnia przejażdżka tego roku przekonacie się jutro - osobiście uważam, że to zupełnie niemożliwe!


Krzyś nie wytrzymał!

            W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia roku 2006 pojechaliśmy we dwójkę. W przeddzień próbowałem namówić kolegów. Bez skutku. Dzielnie zebrał się ze mną jedynie mój syn na gościnnych występach. Mimo męczącego wieczoru zebrał się rano i pojechaliśmy razem. Pogoda piękna, słonecznie i mało Bożonarodzeniowo.
Na dowód załączam kilka zdjęć. Jasiek - Dziękuje!!!

KS


Święta tuż, tuż!!!

            W wigilię wigilii Bożego Narodzenia zebrało się nas sześciu i pojechaliśmy na krótki spacerek. Ruszyliśmy w składzie: Tomek J.(Dziadek), Maciek J, Tomek K, Marcin J, Franek K(Krainski) i ja - Krzyś S. Miło, że młodzież ma ochotę do nas dołączać. Dziękujemy.
Trasa zgodnie z założeniami była płaska, lekka, łatwa i przyjemna. Dojechaliśmy do toru kajakowego i już trzeba było wracać, bo na godzinę 12 byliśmy umówieni z Maćkiem M. i Wojtasem J. na lądowisku na Błoniach. Ponieważ bardzo cieszyliśmy się na spotkanie naszego dokumentalisty, pędziliśmy co tchu. Po drodze jeszcze zdołaliśmy zgodnie z tradycją Bożonarodzeniową odwiedzić przyjaciela z klubu. Niestety widok był opłakany. Tomcio M wyglądał na bardzo schorowanego. Życząc mu szybkiego powrotu do zdrowia pojechaliśmy dalej.
Na Błoniach zgodnie z umową zastaliśmy Maćka M na rowerze, no może rowerku. Jak zwykle był do spotkania znakomicie przygotowany.
Resztę relacji z dzisiejszego wyjazdu , z prawdziwą radością przekazuje Maćkowi M, życząc Jemu, a głównie sobie, żeby już tak pozostało.

KS

A ja dziś spróbuję w stylu mojego niedoścignionego mistrza - Wojtka J, krótko i treściwie.
Od samego rana byłem podniecony myślą o mającym nastąpić zdarzeniu, o tym, że pierwszy raz od ponad 5 miesięcy wsiądę na rower(ek) i dołączę do oficjalnej wyprawy KWP. Byłem pewny, że uda mi się na nim jechać, nie byłem tylko pewny, czy uda mi się go znieść z drugiego piętra, ale osamotniona lewa ręka poradziła sobie znakomicie i tuż przed godziną 12 mogłem się stawić na lądowisku helikopterów przy Błoniach. Chwilę później zjawił się tam Wojtek J, bez roweru, ale za to z synem - miejmy nadzieję, że wkrótce do nas dołączy(sam twierdzi, że dopiero za jakieś 2 lata). Chwilę później dostrzegłem na horyzoncie pędzący z zawrotną prędkością zastęp kolarzy. To był słynny w całym świecie Klub Wirujących Pedałów, a dokładniej jego nikła część, której udało się wyrwać od rozlicznych obowiązków domowych, by troszkę popedałować. Bardzo ucieszył mnie ten widok, dobrze się poczułem, gdy mogłem z nimi przejechać, choć te kilkadziesiąt metrów - mam nadzieję, że to tylko wstęp do tego, co wkrótce nastąpi, czyli do powrotu na trasy rowerowe. Zatrzymaliśmy się na płycie lądowiska i po chwili niezobowiązujących rozmów, przeszliśmy do sedna sprawy, czyli właściwych obrzędów. Chwilę trwało targowanie, kto odczyta odpowiedni fragment Ewangelii św. Łukasza, ale w końcu zgodził się na to Wojtek J, który sprawnie przypomniał nam powody, dla których dzieje się to wszystko dokoła, a potem mogliśmy już przystąpić do dzielenia się opłatkiem. Nie trwało to długo, bo nie było nas wielu, poza tym sami mężczyźni, więc nie potrzebowaliśmy wielu słów i tak każdy wiedział, że życzymy sobie samych dobrych rzeczy, a przede wszystkim wielu wspólnie przejechanych kilometrów, w zdrowiu i z uśmiechem na ustach. Moment później zjawiał się Dorota J, zachęcona przekazaną jej wieścią, że składamy sobie życzenia, a Wojtek J wszystkich całuje! Jej przybycie sprawiło, że po raz kolejny zanotowaliśmy "dwucyfrówkę", a przede wszystkim mieliśmy, choć jedną przedstawicielkę płci pięknej! Przemowy żadnej dziś nie było - Prezes nie dał się namówić, więc jeszcze chwilka rozmów i szybko ruszyliśmy w drogę powrotną, do naszych domów, gdzie czekał nas ogrom przedświątecznych prac.
Chyba tak średnio się udało z tymi 4 zdaniami, ale trening czyni mistrza, więc nie załamuję się, będę jeszcze pracował nad sobą.

MM


Pod dyktando Przemka.

            Tym razem jak to Krzyś ładnie napisał "pod dyktando Przemka". Piękna słoneczna pogoda, chociaż trochę zimniej niż ostatnio, ale w końcu jest połowa grudnia, więc nie powinno być inaczej i aż 10 osób na starcie: Tomek J, Krzyś S, Wojtek J i Zosia, Tomek M, Leszek S, Piotrek Z, Przemek W, bardzo miły gość z daleka Gustaw C i ja.
"Stąd o dwie mile w zachodniej stronie
Śliczna Mnikowska dolina;
Wypieszcza kwiaty na swoim łonie,
Jak młoda wiejska dziewczyna.
Między skałami jak łza na twarzy,
Jak wąż na posłaniu z kwiatów,
Tam przez sen gada i ciągle marzy,
Strumień na łożu z bławatów;
A w prawo, w lewo skaliste grody,
Strumień w objęciu chwyciły;
Zamki to z głazu, herb to przyrody,
Związek harmonii i siły ..."

(więcej na stronie www.smzk.vip.interia.pl/gustaw_ehrenberg.html)
. Nieprawdopodobne, że tak blisko wielkiego miasta dzieją się takie rzeczy, skalny wąwóz przecięty przezroczystym potokiem, mnóstwo drzew, szczeliny, skały i w samym sercu sztuka, ogromny kolorowy wizerunek Matki Boskiej, Dobrej Pani zapraszającej do swoich skalistych salonów. Taką właśnie trasę wymyślił nam Przemek! To było na tak zwany dobry początek. Uroczo, płasko i bardzo, ale to bardzo zachęcająco. Ale tylko przejazd przez Dolinę Mnikowską należał do takich. Reszta to była wspinaczka pod górę i strome zjazdy w dół. Przemku! Udało Ci się! Dawno tak się nie zmęczyłam i dawno tak nie drżałam w obawie o swe życie podczas szalonych zjazdów w dół po kamieniach, pieńkach i tonach mokrych liści. Ale wspaniałe i zadowolone towarzystwo to najlepszy doping na trudne podjazdy i zjazdy, i najlepszy balsam na otarcia, siniaki czy stłuczenia, no i ten Krzyś szalejący z aparatem, uwieczniający nasze zmagania, więc trzeba było być twardym. Według mnie musiał mieć trzecią rękę, bo nie wyobrażam sobie jak mógł robić niektóre zdjęcia nie zsiadając z roweru. Dobrze, że Zosi wysiadły hamulce w rowerze w odpowiednim miejscu i sprawna ekipa serwisowa w osobach Przemek, Piotrek i Tomek zadziałali, nie tylko swoim urokiem osobistym, ale i fachowym narzędziem, bo mogłoby być nieciekawie. I tak sobie jadąc przejechaliśmy Rezerwat Zimny Dół, zatrzymaliśmy się na chwilę nad autostradą z refleksją, a dokąd oni tak pędzą, jednogłośnie zostawiliśmy na inny raz zdobycie Bukowej Góry(przecież już kilka szczytów mieliśmy zdobytych) i udaliśmy się prosto do Doliny Brzoskwini. A tam to dopiero się działo! Leszek przygotował wspaniałą niespodziankę. Kiełbaski pieczone na ognisku. Co za uczta! Pyszne pieczywo, musztarda i nawet sam "Pan Tadeusz", a na deser to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli odrobina słodyczy. Miło było patrzeć na te zadowolone miny, które były z pewnością najlepszym podziękowaniem dla Leszka. Leszku, raz jeszcze dziękujemy i prosimy o jeszcze! Żal było taką imprezę kończyć, ale czas był nieubłagany. Na koniec odśpiewano pewną przyśpiewkę, przykro mi, słów już nie pamiętam, ale bardzo mi się podobało i ostatecznie ogień ugaszono. Teraz z pełnymi brzuchami nie dość, że trzeba było szybko pedałować w stronę powrotną to jeszcze zabawić się w Olda Sutherlanda i Vinetou i zrabować białym twarzom dwa dzikie rumaki. Niestety akcja się nie powidła, musieliśmy uciekać! Dodam, że pod górę. Ale ta góra była tylko po to, aby po raz ostatni zjechać stromo w dół, chyba Wąwozem Półrzeczki,(Przemku, dobrze myślę?) w stronę czekających samochodów.
Wyprawa, przez kogoś niewinnie nazwana dla emerytów, dobiegła końca ... ale dodam, że Wszyscy mieli bardzo zadowolone miny.

RW
Dodam również, że:
o Piotrek Zwonek na miejsce zbiórki przybył rowerem, do Krakowa wrócił również rowerem. Podziwiam!
o Dało się odczuć brak fachowca czyli Pana Marcina
o Krzyś wygląda "sexy" w swoich nowych, zdobycznych okularach spawalniczych.
o Pierogów za tydzień nie będzie, do tego czasu nie nauczę się ich robić. Przykro mi Wojtku
o Przemku! Trasa była przepiękna, mimo że niezbyt łatwa. Chętnie pojadę za Tobą raz jeszcze, chociaż za taką "Pędzącą Strzałą" trudno będzie utrzymać tempo.
o No i po raz kolejny przyznaję, że nie ma nic przyjemniejszego w sobotnie przedpołudnie jak wspólne z Wami pedałowanie!


Wycieczka rowerowa, czyli tam i z powrotem.

            Jak to już mamy w zwyczaju spóźniliśmy się z Zosią z 10 min. Na parkingu czekali na nas Żaba z Piotrkiem, Renata, Leszek, Jerzyk, dwóch Tomków, pan Marcin i Krzyś. Pogoda piękna, + 15°C. Czyste niebieskie niebo prześwitujące między czubkami drzew. Zaczynamy drogą królewską, potem żubrostradą wzdłuż muru, za którym powinny być żubry. Próbowaliśmy je podglądnąć - bez sukcesu. Renata była pewna, że poszły na piwo.
Krzyś dzielnie prowadził, choć często tracił kierunek. Wychodził na ambonę. Miotał się w różne strony. Połykaliśmy kilometry asfaltem, szutrową drogą, po błocie, łąkach i bagnie. Ciekawie, ale płasko. Zosia wzdychała do podjazdów i zjazdów. Przejeżdżaliśmy przez rowy, śliskie kładki i chybotliwe drewniane mostki. Leszek był wyraźnie bez śniadania. Tęsknił za ogniskiem i kiełbaskami. Pan Marcin miał pracowitą sobotę, ciągle służył fachowymi poradami. Był też wątek edukacyjny: dąb króla Agusta II(ubito tam 3 łosie, 17 jeleni, 88 saren, 33 dziki, 13 wilków, 2 rysie, 32 lisy i mnóstwo drobnego zwierza), grób leśnika i pomnik poległym w czasie II wojny. Zatoczyliśmy koło i wracaliśmy koło terenów wojskowych, zielono-niebieskim szlakiem, wzdłuż kolei na parking. W sumie nie tak dużo, bo trzydzieści kilka kilometrów.
Wojtek J.

Mówiłem, że Wojtek to solidna firma i choć twierdzi, że nie umie pisać, ja się z nim całkiem nie zgadzam. Na pewno ma dar, który pozwala mu przy użyciu małej ilości słów trafić w sedno sprawy. Podziwiam to, bo wydaje mi się, że ja czasem rozpływam się w nadmiarze słów i gubię podstawowy sens.
W wyprawie 9 grudnia 2006 roku wzięli udział: Wojtek i Zosia J, Tomek J, Marcin J, Jerzy H, Tomek K, Leszek S, Krzyś S, Renatka W, Piotrek Z i Żaba!


"RADA STARSZYCH"

            Przez wiele, wiele dni myślałam, że jak zrezygnuję z życia tzw. towarzyskiego, że jak zajmę się tylko sprawami tzw. ważnymi to zrobię kompletny porządek w swoim życiu. Teraz wiem, że to nieprawda, bo to przecież nikt inny tylko rodzina, przyjaciele i znajomi dają nam energię, aby móc zrobić i więcej i szybciej... Mając to w głowie, czym prędzej pedałowałam w sobotni ranek na miejsce spotkania na godz. 10 na Błonia, wiedząc jednak, że się troszkę spóźnię i w obawie, że nie poczekają na mnie wysłałam do Krzysia sms-a i nie wiem czy to ten Jego radosny uśmiech czy diabelskie ogniki w oczach spowodowały, że po raz kolejny źle zanotowałam ten jakże ważny numer telefonu, i po raz kolejny niepokoiłam kogoś zupełnie obcego w sobotę z rana. Wiadomość zwrotna, jaką otrzymałam od niby Krzysia nieco mnie przeraziła, cytuję "nic z tego, jestem za granicą, spróbuj jeszcze raz"... Wpadłam w lekką panikę. Jak to? Przecież jeszcze w piątek Krzyś pisze do nas maila a w sobotę już za granicą? Pierwsza myśl, "no tak, poleciał do Japonii, przecież tam nasi grają", druga myśl, "przecież to niemożliwe, nie zdążyłby". Nic innego nie pozostało jak tylko przyspieszyć i przekonać się osobiście. Już z daleka widziałam liczną grupę rowerzystów, ale to nie dziwi, przecież Klub jest znany, ale jakoś tak na miejscu okazało się, że to inny klub i chyba też znany. Już sobie pomyślałam, ODJECHALI, ale wtedy zauważyłam, jak zwykle uśmiechniętego, Krzysia(a jednak w kraju, tym razem sprawdziłam co wpisuję do książki telefonicznej) w towarzystwie równie uśmiechniętego Wojtka, który non stop spoglądał na zegarek "wygrażając" spóźnialskim, bo przecież trzeba jechać!!
Uwaga! Za tydzień będzie do wszystkich dzwonić już od 6 rano, a potem co kwadrans, a wszystko po to aby zjawiać się na miejscu zbiórki PUNKTUALNIE.
Pogoda tego dnia jak na grudzień niezwykle słoneczna i wcale nie aż tak mroźna. I tak w składzie: zawsze uśmiechnięty Krzyś, Tomek popularnie zwany "Dziadkiem", Wojtek jego brat, drugi Wojtek(faktycznie nie do zatrzymania i nie do poskromienia), odporny na mrozy Tomek i ja wyruszyliśmy, początkowo po płaskim, przed siebie.
Biorąc pod uwagę, że ostatnie moje wyczyny na rowerze to wyprawa do pobliskiego metalowego po gwoździe lub do instalacyjnego po kolanka to prosiłam o trasę dla tzw. "cieniasów", ale to chyba nie była ta trasa, bo pierwszy przystanek był pod bramą ZOO(dojechałam), a tak faktycznie to Krzyś poprowadził nas, sobie dobrze znaną, zresztą nie tylko sobie, wspomnę tu Przemka i Żabę, trasą maratonu rowerowego. Lasek Wolski, Balice, Kryspinów, Liszki i inne okolice. I tak pedałując przysłuchiwałam się rozmowom Panów, a zwłaszcza jednego z Panów czyli Wojtka Z. Wywnioskowałam z nich, że samoloty to jego hobby, bo dokładnie wiedział, co i kto ląduje i myślę sobie teraz, że chyba specjalnie wymieniał dętkę w kole nie gdzie indziej, tylko w bardzo bliskiej okolicy pasa startowego, aby zerkać na te wielkie ptaszyska, które nie wiedzieć, czemu w powietrzu nabierają lekkości i gracji baletnicy. Tylko dlaczego brał dętkę od Krzysia? ba, nawet groził, że i koło zabierze jak trzeba będzie. Nie lepiej było po prostu stać i patrzeć?? Swoją drogą dawno nie widziałam tak sprawnej akcji, przy której było tyle zabawy i śmiechu. Z tej całej radości troszkę pogubiliśmy trasę, ale po dzielnej przeprawie przez zasłonę chaszczy i wertepów udało się wrócić w znajome rejony. Prawdę mówiąc zaczynało mi sił brakować, bo coraz częściej widziałam oddalających się Panów i nie wiedziałam czy jestem już aż tak słaba czy może chcieli się mnie pozbyć... ale jednak czekali, a Krzyś mówił, że już niedaleko a ja mu zawsze wierzyłam. Kiedy już sama uwierzyłam, że to faktycznie niedaleko i tylko kilkaset metrów dzieli nas od Błoń Wojtek po raz kolejny miał problem ze sprzętem, ale tym razem zapasowa dętka, by nie pomogła, za to koło, o które jak widać nie bezpodstawnie bał się Krzyś, jak najbardziej. Koło Wojtka nie wiedzieć, czemu było całe w strzępach... Krzyś w uzasadnionej obawie oddalił się czym prędzej, a my wraz za nim, zostawiając Wojtka z rowerem na ramieniu w celu odbycia samotnej przechadzki w to piękne grudniowe popołudnie w kierunku samochodu zaparkowanego przy Błoniach.
Wojtku! Pamiętaj, za tydzień zaczynasz o 9, aby poskromić trochę nad wyraz imponującą ilość sił witalnych.
Tam gdzie wyprawa się zaczęła tam się skończyła, na liczniku przejechane około 36 km, może nawet więcej, a ja prawdę mówiąc przez cały czas miałam ogromnego pietra, ponieważ członkowie sobotniego wypadu to nikt inny tylko Rada Starych Pedałów. A dlaczego tak się bałam? Już mówię. Jakiś czas temu, ale całkiem niedawno dostałam propozycję i jednocześnie poparcie Krzysia i Maćka(dzięki Chłopaki) do starania się wejścia w poczet członków Klubu Wirujących Pedałów. Długo się nie zastanawiałam, dlaczego nie, przecież z tego może wyjść tylko coś miłego i napisałam, co trzeba i do kogo trzeba, załączając wszystkie wymagane dokumenty, ale prawdę mówiąc odpowiedzi jeszcze nie mam... A teraz chodzą po mojej głowie myśli, że może już się zgodzili, a po sobotniej wycieczce się rozmyślili??? Brrrrrrr
W każdym razie jeszcze zaczekam, może odpowiedź przyjdzie niebawem...
Zdjęć z wyprawy brak, ale mi pozostała niebiesko-fioletowa pamiątka w postaci ogromnego siniaka(chciałam złapać zająca, ale się nie udało) i wielkiej kupy miłych wspomnień.
Ahoj!
RW

No cóż, znów warto było poczekać, aby przeczytać tą relację. Przypominam tylko, że Rada zastrzegła sobie nawet 2tygodniowy okres na narady, a od złożenia podania minęło dopiero 11 dni. I jeszcze tylko jedno, a w zasadzie dwa, bo bardzo intrygują mnie dwie rzeczy: Co takiego napisała Renata w sms'esie do Krzysia, że otrzymała taką odpowiedź od gościa z zagraniacy, a druga, to ten ogromy siniak i jego umiejscowienie. Być może jedno i drugie jest powodowane tylko moją wybujałą fantazją i szukaniem dziennikarskiej sensacji za, co z góry przepraszam, ale jak człowiek siedzi 5 miesięcy w domu to ...
MM


Letni koniec listopada.

Tym razem opowieść Tomka Kraińskiego:

            Mimo późnej pory i zmęczenia materiału dziarsko zabieram się do stukania. Na plecach czuję chuch Krzysia wychodzącego od nas z domu i kiwającego groźnie palcem ...
A więc - Nie zaczyna się od "a więc" mówią mi dzieci ... A więc(uparty rodzic!) spotkało się nas chłopów 9 oraz jedna piękna(płeć) i do tego młoda, w wyznaczonym miejscu. Krzyś za każdym razem wyznacza lądowisko, jakby chciał byśmy jednak startowali w górę, a nie po płaskim. Jak zwykle nie było pomysłu gdzie i którędy, jedna myśl łączyła wszystkich - tylko po równym(po, co więc na lądowisku, skoro nie w górę?). Przez ogródki działkowe do Rudawy i dalej wałem, drogą krętą, wygodną, troszkę z górki i pod górkę, ale za to śliczną i romantyczną. Do polanki dojechaliśmy bez nieplanowanych przestoi. Krótki popas, a jak to na popasie bywa konie muszą się popaść. I my też dostaliśmy od druha Leszka z okazji jutrzejszych imienin troszkę pysznego sianka drożdżowego z rodzynkami, ach mniam… Ambitny Krzyś usiłował ustawić kompozycję. Co z tego wyszło - to na zdjęciach(domino po popchnięciu palcem pierwszego wygląda lepiej). Ambitni obywatele Krakowa usiłowali ustalić, kto winien rządzić Krakowem przez następne cztery lata, lecz śliczne słońce i wspaniały widok na Tyniec nie pozwolił dokończyć ustaleń. Koniec popasu odtrąbiono i z górki. Sprawdziliśmy, co się dzieje na torze kajakowym, niektórzy już, już zapędzili się w kierunku domu, a tu Krzyś przywołał ich do pionu! Pojechał w drugą stronę! To była dopiero rozgrzewka, a nie półmetek. Dalsza droga wiodła pod Opactwem, oczywiście na skróty dookoła, przez lasy Tynieckie, dalej znaną dobrze drogą nad autostradą, Skotniki, Dębniki, Iki, Ki, i Most Zwierzyniecki pod dom Tomcia M. Tu szczęśliwiec wpadł do garażu, a my dalej na Błonia. Po konsultacjach liczników ustalono, że przejechaliśmy rekordową ilość kilometrów!!! Jedni 37, inni 39. Obie te cyfry kojarzą się bardziej ze stanem gorączkowym, a nie rowerowym, ale… przy wirującym pedale wszystko jest możliwe i nie jednoznaczne. Po mile rozpoczętym popołudniu jedni kontynuowali uparcie powrót do domu na rowerze inni przesiedli się na cztery koła. Każdy z przyjemnością wspomina CAŁKIEM NOWĄ trasę rowerową w wiosennej aurze.
Pozdrawiam i do zobaczenia za tydzień, pewnie też na CAŁKIEM NOWEJ TRASIE ROWEROWEJ.

T.K.


W wyprawie tym razem udział wzięli:
Jerzyk H, Zosia, Maciek, Tomek, Wojtek(wszyscy J);Tomek K, Tomek M, Piotr R, Krzyś S, Leszek Sz - peleton "zasadniczy"
oraz
Amcia, Oleś, Paja i Staś(wszyscy P) - peleton "przedszkolny"

KWP kończy 1 rok!

KRZYŚ:

             Wyjazd w pierwszą rocznicę istnienia Klubu był nad wyraz udany. Relacją z sobotniej jazdy zajmijcie się sami. Zawsze można ją napisać i wysłać na stronę. Wojtas, w tobie tkwi dar pisania o sprawach naprawdę istotnych. Dzięki za ostatnią relacje! Zapraszam wszystkich do pisania.
Korzystając z takiej okazji, chciałem dziś wszystkim aktywnym, mniej aktywnym, sympatykom i przyjaciołom podziękować za podjecie przez ostatni rok tej zabawy. Bez Was to nie byłoby możliwe.
Szczególne podziękowania dla Macka M, który unieruchomiony przez kontuzje, wkładem swojej pracy pozwala nam wszystkim oglądać na stronie KWP efekty naszych sobotnich wypraw. Nie tracimy nadziei, że pewnego dnia będziesz mógł i chciał znowu z nami popedalić.

PRZEMEK:
            II-ga połowa Listopada? Rano na spacerze z psem jeszcze byłem przekonany, że to rzeczywiście ten miesiąc, około dziewiątej już nie byłem taki pewien, a dojeżdżając do Tomaszowic(Podskalan) parę minut po dziesiątej(spóźnienie niezawinione...panowie drogowcy zrobili niespodziewankę na opolskiej i zamknęli 3 pasy) przecierałem oczy ze zdumienia patrząc na to, co się dookoła z pogodą działo... Jak się trzeba modlić, żeby wymodlić taką pogodę? Zapytam Maćka - to pewnie głównie Jego zasługa. Próba zainstalowania roweru na dachu naszego Cliaczka zakończyła się niepowodzeniem(uchwyt rowerowy nie wytrzymał próby czasu - a przerdzewiałe śruby nierdzewne urwały się na amen) Normalnie uznałbym to za jakiś zły omen, ale tego dnia, przy takiej pogodzie i przy takiej okazji..., po prostu użyłem drugiego(stara szkoła kpt. Roszkowskiego - trzeba być zawsze przygotowanym na wariant awaryjny)
Dojechałem pod dom Państwa Janiszewskich witany entuzjastycznie przez Krzysia i pozostałych członków KWP(znanych mi już wcześniej i tych pierwszy raz widzianych) w tym jedną(jak się później okazało przesympatyczną i o niezwykłej zaciętości w walce terenowej na rowerze miejskim) Kobietę.
Przez kolejnych kilkanaście minut przyglądałem się zarówno przepięknej okolicy(ach te Tomaszowice...) jak i nowym twarzom oraz spokojnie oczekiwałem z innymi uczestnikami na spóźnialskich, którzy z różnych przyczyn jeszcze nie dotarli, a tłumaczyli się telefonicznie gdzie są aktualnie i z jakiej przyczyny...(dlaczego Krzyś w pewnym momencie przestał odbierać telefony i przekazywał aparat Wojtkowi, który w krótkich żołnierskich słowach informował, że nie wie o co chodzi i w ogóle... nie wiem...) Określenie "spokojnie" nie dotyczy oczywiście W. Zielińskiego, którego energia i zapał do natychmiastowego startu była już z największym z trudem powstrzymywana przez Krzysia, który w tajemnicy zdradził mi po drodze, że fakt "utrzymania" Pana Wojtka przez 20 minut w miejscu można porównać do lądowania człowieka na księżycu..., lub coś w tym rodzaju.
W końcu Krzyś dał hasło do wyjazdu...i cóżeś Ty Krzysiu uczynił...? spuściłeś na moment Wojtka z oka i już porwał peleton w nieznane, tzn. Jemu znane, ale przez nas nie planowane... Nastąpiła więc chwilowa schizma. Oni górą, a my doliną, ale za to z końmi... bo zapomniałęm dodać że w czasie oczekiwania pojawił się jeszcze Antek Zieliński wraz ze swoją dzielną córką - oboje konno. Pan Antek dał zresztą chwilę poźniej pokaz "topienia" konia w hałdzie piasku - udało Mu się utopić konia do połowy...całkiem nieźle...a nie łatwiej w stawie, jak już trzeba...?
No więc pojechaliśmy - mniej licznie na początek, ale wkrótce nastąpiło połączenie sił i w dolinę Kluczwody zjeżdżaliśmy już wspólnie notując pierwsze upadki, przejazdy przez rwące potoki, skalne nawisy, jary i urwiska(chyba się trochę rozpędziłem...) W Dolinie Kluczwody miało miejsce mrożące krew w żyłach wydarzenie. Tomek M(nie ukrywam, że trochę sprowokowany przeze mnie i Wojtka Z.) porwał się na stromy zjazd po skałach zakończony dotkliwym upadkiem(zarejestrowano na taśmie...tzn. w pikselach) Niemniej szybka reakcja prezesa i sanitariuszki w jednej osobie(Krzysia) powstrzymała odpływ krwi i skutecznie uśmierzyła ból(notabene pomyślałem: no tak... w klubie wirujących pedałów to nawet sanitariuszka jest mężczyzną)
Żeby nie przynudzać powiem tylko, że dalej z różnymi przygodami kontynuowaliśmy podróż starym i dobrze znanym szlakiem(udało mi się od zaprzyjaźnionej jabłonki pożyczyć parę orzeźwiających jabłek dla naszych uczestników) aż do Zelkowa, gdzie dokonaliśmy inspekcji Nadzoru Budowlanego pewnej zaprzyjaźnionej budowy...( kontrola nie wykazała nieprawidłowości)
Znajomy stadion KS Zelków przypomniał mi przygody sprzed roku, a równocześnie utwierdził w przekonaniu, że podążamy starym szlakiem(taki nasz North-West Passage) Mała awaria roweru Tomka(drobiazg, bez jednego hamulca też się da jechać, a przedni jest przecież bardziej afektywny...no..czasem także efektowny..) nie powstrzymała nas przed pokonaniem kolejnego odcinka trasy do najbliższego lasu... i tu nastąpiła mała zmiana planów(niezauważona przez nikogo, więc szkoda zawracać sobie głowę). Dość powiedzieć, że zakończyliśmy naszą "dolinkową" część trasy w Dolinie Kobylańskiej, a nie Będkowskiej jak przed rokiem, ale... mnie się nawet bardziej podobało, bo przecież - jak mawiają Rosjanie - "changes are as good as the rest..."
Końcowy etap to krótka wizyta w sklepie, z którego uczestnicy wykupili cały zapas soków Tymbark(oprócz mnie - ja skromnie małą colę), a potem ruszyli asfaltem na Karniowice, Bolechowice, Ujazd i Tomaszowice... Piękne to zaiste tereny - aż by się chciało kiedyś pomieszkać w tej okolicy. Nieskromnie powiem iż pomimo oddechu pościgu za plecami dotarłem do punktu wyjścia jako pierwszy(wszystko kwestia motywacji...stęskniona żona i syncio, i prenatalna córeczka przecież czekają) i po szybkim pożegnaniu udałem się w kierunku przymglonego Krakowa. Dziękuję wszystkim. Fajnie było.., no nie? ;)
Acha, a potem była impreza... ale o tym już Maciek, bo mnie tam nie było, miodu i wina nie piłem, kiełbasek nie jadłem, ale przecież kiedyś nadrobię..;)

MACIEK:
Dziękuję za podziękowania, dziękuję za wiarę w siłę mojej modlitwy, trochę się zaczerwieniłem, ale miło, że ktoś docenia moje starania! Cały czas wierzę w szybki powrót do pedałowania. To może jeszcze coś powiem, by uzupełnić piękną relację Przemka:

            Gdy namawiałem Krzysia, abyśmy jakoś uczcili zbliżającą się rocznicę, nie myślałem, że tak się to wszystko skończy. Moje najśmielsze oczekiwania przekroczyła nie tyle liczebność cyklistów na trasie - w to, powiem szczerze, wierzyłem, co cała oprawa towarzysząca temu wydarzeniu. No i pogoda! Mimo całego mojego pozytywnego nastawienia nie myślałem, że w listopadzie może się przydarzyć tak piękny dzień. Cóż, tym bardziej cieszy to wszystko, bo niespodzianki mają swój specjalny smaczek.
Namówiłem Krzysia, zamieściłem ogłoszenie na stronie, wysłałem mail'a i zaklinałem pogodę, aby sprzyjała cyklistom na trasie. Potem wsiadłem do busa i pojechałem do oddalonej o 50km Łąkty, by odwiedzić moją siostrę z rodziną, która obecnie tam mieszka. Sobotnie przedpołudnie spędzałem siedząc leniwie na stopniach ganku. Listopadowe słońce grzało od góry, rozgrzane tym słońcem stopnie grzały od dołu, czułem się sielsko i zapomniałem niemal, że gdzieś jeszcze istnieje jakiś inny świat. Z tego letargu wyrwał mnie dźwięk telefonu - Krzyś lekko zdyszanym głosem pozdrawiał mnie z trasy wycieczki i przekazywał radosną wieść o wielkiej ilości cyklistów, która pedałowała w zasięgu jego wzroku, przy okazji potwierdził informację o mającym towarzyszyć wypadowi ognisku. Wiadomość ucieszyła mnie bardzo i przy okazji mocno pobudziła. Zapracowała wyobraźnia, a jak już zobaczyłem tych Wirujących jej oczami, to zapragnąłem zobaczyć ich na żywo. Tak, byłem już całkowicie wyrwany z tej sielskowiejskiej stagnacji. Stwierdziłem, że taki dzień zdarza się tylko raz do roku i chcę to zobaczyć. Szybko się spakowałem, pożegnałem bardzo zawiedzionych siostrzeńców i niemal biegiem ruszyłem w stronę busa, który miał za chwilę jechać. Los mi sprzyjał, bo mimo, że byłem jeszcze daleko od szosy, kierowca zauważył moje rozpaczliwe gesty i wykazując się maksymalnie dobrą wolą, zatrzymał się. Dziękując mu z całego serca, obcierałem pot z czoła(pierwszy od 4 miesięcy) i pomyślałem, że nadal jestem szczęściarzem. Bus do Tomaszowic już nie poczekał, ale szczęściarzem pozostałem, bo wielkim poświęceniem wykazał się Krzyś S, który mimo zmęczenia i nęcących smakołyków, wskoczył w samochód i przyjechał do Bronowic, by stamtąd zabrać rodzinę Wojtka J i mnie.
Ta rodzina Wojtka już mnie troszkę zaskoczyła, ale pomyślałem, że to miłe, iż chcą się tam zjawić. Gdy przybyłem na miejsce, czyli do posiadłości Wojtka Z, moje zaskoczenie znacznie wzrosło, bo oczom moim ukazały się tłumy ludzi, po prostu całe rodziny - dorośli, młodzież, dzieci, transparenty, kwiaty, przemówienia - może trochę przesadziłem, ale niewiele, w każdym razie niezwykle budujący widok. Miło było zobaczyć starych dobrych znajomych, tych z towarzyskich spotkań i tych z rowerowych tras, miło było zobaczyć całą masę nowych(dla mnie) twarzy. Nie myślałem, że Klub Wirujących Pedałów ma aż tylu przyjaciół, nie myślałem, że Krzysiowi uda się zorganizować aż tak huczną imprezę urodzinową. Suto zastawiony stół nęcił swoimi specjałami, nad ogniskiem piekły się smakowite kiełbaski, a mnie leciała ślinka, w końcu byłem przed obiadem! Zastanawiałem się, komu dziękować za ten obfity stół: czy gospodarzowi, czy licznej armii dobrych duszków kręcących się wokół?! Niezależnie od tego komu, za co i jak, to wszystko smakowało znakomicie, a gdy już się wydawało, że niektórzy z nas odejdą od ogniska ze zdrowym poczuciem lekkiego niedosytu, na miejsce dotarła Gusia z nowym transportem. Przywiozła kiełbaski i pyszny, jeszcze ciepły, chleb, który sam w sobie mógł być niezłym przysmakiem. W ten sposób głód mógł zaspokoić nawet największy głodomór. Ale odejdźmy już od stołu, bo choć było to przyjemne wydarzenie, to jednak nie najważniejsze. Poza nim i wokół niego, też wiele się działo, ale jak mogło być inaczej, gdy spotkało się tak wielu starych dobrych znajomych. Chyba dobrze jest mieć okazję spotkać się czasem, tak zupełnie niespodziewanie, zwolnić troszkę rytm życia, by przy wspólnym ognisku podyskutować nie tylko o rzeczach ważnych, ale pogadać o rzeczach całkiem błahych i nieistotnych. O wyższości kiełbaski nad parówką lub parówki nad kiełbaską, o sposobach korzystania z piersiówek lub nowej lodówce Wojtka, tak po prostu nacieszyć się własnym towarzystwem. Tematy oczywiście odbiegały znacznie od podanych przeze mnie, ale były niezmiennie radosne, jak przystało na urodziny i nic nie było w stanie zmącić dobrej atmosfery, tym bardziej, że spożywane trunki łagodziły obyczaje niczym najlepsza muzyka, czyniąc wielką wesołość i rozluźnienie w szeregach zebranych gości. Z czasem ognisko zaczęło dogasać, ale nie dogasały apetyty zebranych wokół niego osób na dalsze wspólne zabawy. Okazją do ich przedłużenia, stało się zaproszenie Krysi J, która obiecała zaprezentować tysiące zdjęć z ich wyjątkowej wyprawy do Indii i w ten sposób, urodzinowe ognisko przeszło płynnie w zdjęciowy zawrót głowy, a ja tymczasem udałem się do domu, by czynić powinności dokumentalisty i przynajmniej w ten sposób, wnieść swój wkład w obchody tego święta.
Cieszy, że urodziny KWP stały się okazją do tak miłych wydarzeń, cieszy, że jeździ, coraz więcej osób, że dla wielu osób takie wyprawy stały się już sposobem na sobotnie przedpołudnia i bardzo chciałoby się do Was dołączyć, ale niestety jeszcze przez czas jakiś będzie to niemożliwe.

I jeszcze dopełnię mojego kronikarskiego obowiązku, wymieniając wszystkich uczestników jubileuszowej wycieczki:
Jerzyk Heydel, Maciek, Tomek, Wojtek i Zosia Janiszewscy, Tomek Janowski, Kraiński i Morawski, Gusia i Piotr Rozwadowscy, Krzyś Stojowski, Leszek Szeleźniak, Przemek Wróblewski i Wojtek Zielinski.
Jak widać Tomkowie zdecydowanie zdominowali wyjazd.

11 listopada!

           Dziś Krzyś wpadł na ciekawy pomysł i w celu jego realizacji, zadał wszystkim uczestnikom wyprawy "zadanie domowe", każdy z nich miał opisać własną wizję wyjazdu, stąd dziś swoisty wielogłos, który chętnie przeczytamy, aby się przekonać jak różne może być w odbiorze jedno i to samo wydarzenie.
KRZYŚ:
           Chcieliśmy naszą dzisiejszą wycieczką nieco ten dzień uczcić. Postanowiliśmy pojechać na Kopiec Piłsudskiego i tam kłaniając się marszałkowi podkreślić uroczysty charakter dzisiejszego święta. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. Podzieliliśmy się nawet na dwie grupy - młodszą(Paja, Amcia, Olo i Staś) i starszą(Leszek, Maciek, Wojtas, Zosia i ja). Wszystko po to, aby młodsi nie hamowali tempa. Dojeżdżając już na kopiec okazało się ku naszemu zaskoczeniu, że ta młodsza grupa z goniącej stała się doganianą przez starszych. Brawo spryciarze!!!
Miło było obserwować zwartą, zdyscyplinowaną i liczną grupę klubu Yeti, którzy wyposażeni w małe chorągiewki jechali w tym samym kierunku. To dzięki nim i my mogliśmy naszym rowerom dodać akcentu odświętnego.
Dziękujemy!
Po części oficjalnej ruszyliśmy dalej. Niestety moja nieznajomość okolicy i uzurpowanie sobie prawa do dowodzenia, spowodowały iż po mniej więcej pół godzinnej jeździe po wykrotach(gdzie zasłużenie zaliczyłem swój pierwszy upadek) dotarliśmy ponownie pod kopiec Piłsudskiego. Trochę mi było wstyd i z mniejsza odwagą spoglądałem w oczy towarzyszom wyprawy. Ratunkiem okazał się Tomcio M. z Gosią i piersióweczką, którzy również błądzili po okolicy. Opróżniwszy naczyńko i połączywszy siły ruszyliśmy w dalszą drogę razem.
Dopiero pod koniec wyprawy, wszyscy jej uczestniczy dowiedzieli się, że z dzisiejszej wycieczki każdy ma obowiązek napisania sprawozdania. Mam nadzieje, że karnie wykonacie to, cośmy wspólnie ustalili i uzupełnicie moją relacje. Dziękuję!
LESZEK:
            Poza wspólnym przemierzaniem szlaków i ścieżek rowerowych, którymi porusza się przecież wielu rowerzystów, między niektórymi powstają pewne więzi, tworzące na początku mniej, a potem bardziej zorganizowane grupy. Te więzi powodują, że z niecierpliwością oczekuje się kolejnej soboty, aby około godz. 10 z Błoń(koło lądowiska helikopterów) spotkać się w wyśmienitym gronie i wyruszyć wreszcie wspólnie na kolejną wyprawę czy tylko przejażdżkę, oddychając pełną piersią, podziwiając wspaniałe krajobrazy, budowle nowoczesne i zabytkowe, i zaglądając innym rowerzystkom w oczy. Tym razem podziwialiśmy Kopiec Józefa Piłsudskiego i dość dokładnie jego bliskie okolice, aż dziw, że nie pocięte żadnymi oznakowanymi szlakami, co dodatkowo podkreśliło jego przyrodnicze uroki, zapierało dech w piersiach, wzmacniało kondycję fizyczną, doskonaliło techniki zjazdowe i akrobatyczne, wzbudzało szczery, choć tłumiony uśmiech - to samo zdrowie i czysta przyjemność.
WOJTEK J:
            Wyprawy rowerowe kształcą! Dowiedziałem się, że aby dokładnie opróżnić piersiówkę należy przechylić głowę mocno do tylu i kilkakrotnie wykonać ruchy zbliżone do ósemki. Sporną pozostała kwestia czy głowa powinna poruszać się razem z piersiówką. Jak to często bywa były dwie szkoły.




Chłód i samotność.

           Decyzja o dzisiejszej(4.11.2006) wycieczce zapadła rzeczywiście w ostatniej chwili. Dopiero wczoraj wieczorem poprosiłem Maćka M. żeby umieścił na naszej stronie informacje.
Pojechałem w kierunku dobrze wszystkim znanym. Trasę tradycyjną poszerzyłem o odcinek od Tyńca w kierunku Skawiny. Dokuczliwy wiatr ujmował nieco radości z tej wyprawy nie mniej jednak przejechałem kolejnych 40 km. Teraz mogę iść w ślady Tomka - dziadka. Do wanny!!!!!!!!!! A opowieść niech zastąpią zdjęcia!


Klub staje się sławny!

          Wycieczka 21 października była przełomem w sławie klubu. Mianowicie okazało się, że przypadkowo mijani ludzie rozpoznają uczestników klubu, ale o tym później. Tego właśnie dnia spotkaliśmy się na lądowisku o 10(+lekki poślizg). Pogoda była z początku dość wątpliwa i wyglądało, że może nas zmoczyć, ale jakby specjalnie dal nas po pół godzinie wyszło słońce, które towarzyszyło nam cały dzień. Oprócz klubowiczów: Krzyś, Maciek, Tomek, Wojtek, czasem bywających: Żaba, Tomcio M., Leszek, Zosia PJ., był również "uczestnik korespondencyjny" Janek Meissner, który przyjechał z nad samego morza, oczywiście głównie po to żeby odbyć z nami tę wyprawę. Wszyscy ubrani bardzo profesjonalnie, a Janek nawet w fachowym kaszkiecie. Po krótkich pogaduchach wyruszyliśmy w niepełnym składzie, bo Leszek jadąc miał(niegroźny) wypadek i nie mógł zdążyć na Błonia. Najpierw pojechaliśmy przez Rudawe do góry w stronę kopca i tamtędy dojechaliśmy nad Wisłę. Jakiś czas jechaliśmy w górę rzeki w tempie dość rekreacyjnym prowadząc miłe rozmowy. Zatrzymaliśmy się na chwilkę przy torze kajakowym, gdzie grupa ludzi ubranych w pianki i odblaskowe kamizelki(jak nam się zdawało), bez celu rzucała się w fale wody. Długo zastanawialiśmy się kim są owi ludzie. Przychodziły nam różne pomysły np. że to może drogówka, ale okazało się że są to ćwiczący WOPRowcy, którzy po powodzi, jakieś 7 lat temu, stwierdzili, że nie potrafią ratować ludzi. Pooglądaliśmy trochę i pojechaliśmy dalej. Następnym przystankiem był Tyniec gdzie dołączył do nas Leszek. Z ciężkim sercem odrzuciliśmy pomysł zjedzenia kiełbasek i ruszyliśmy. Jechaliśmy długo piękną drogą, oglądając jesienne widoki, już w bardziej ambitnym tempie. W końcu znaleźliśmy się na polance gdzie postanowiliśmy zrobić zdjęcie strażackie, a tam spotkała nas miła niespodzianka. Zatrzymał się przy nas pewien pan i po krótkiej konwersacji, dość zakłopotanym głosem zapytał: "Przeprasza, czy to nie przypadkiem Klub Wirujących Pedałów?" Wszystkich wręcz zatkało, ale zgodnym chórem potwierdzili. Okazało się, że był to Pan Tomek Pawelski, który dowiedział się o klubie ze strony i poznał po twarzach niektórych uczestników. Tak, więc śmiało można stwierdzić, że klub staje się sławny! Po tym miłym spotkaniu pełni sił ruszyliśmy przed siebie. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak to się stało, że po przejechaniu tylu ścieżek znaleźliśmy się znów nad Wisła. Tam pożegnaliśmy się z Żaba i Leszkiem, którzy musieli wybrać przeciwny kierunek. Po kilku minutach stanął przed nami problem: czy iść na łatwiznę i jechać wałami aż do domu, czy może utrudnić sobie trasę i jeszcze raz zdobyć górę "podkopcową". Jak można się domyśleć nikt się nie zhańbił i wszyscy postanowili wyczerpać resztki sił. Gdy byliśmy już przy Błoniach padła propozycja zjedzenia placka zrobionego przez Marysie. Bardzo dziwne, ale długo nie mogliśmy podjąć decyzji, nawet się już pożegnaliśmy, ale jednak perspektywa zjedzenia czegoś tak pysznego zwyciężyła. Pojechaliśmy do Morawskich, gdzie wiele radości sprawił automatycznie otwierany garaż ;). Placek był naprawdę pyszny. Zostawiliśmy Tomcia w domu, i pojechaliśmy oglądnąć nowy samochód Tomka, który stał na Błoniach. Żeby nie było tak łatwo przejechaliśmy przez środek Błoń, gdzie jakiś pies zostawił niespodziankę dla Wojtka. Tomek odjechał samochodem, a my w piątkę wróciliśmy na rowerach do domu. To była około 3h, bardzo przyjemna i lajtowa wycieczka w licznym gronie.
PS. Bardzo przepraszam wszystkich Wujów, Stryjów, Tatów, Ciocie i Panów za nie wymienianie tytułu ale tak mi się wydawało lepiej ;)
ZJP


I znów samotnie!

             14 października 2006 pojechałem znowu sam. Po 15 minutach oczekiwania ruszyłem w drogę. Postanowiłem powtórzyć trasę, którą jechałem maraton. Teraz w spokojniejszym tempie, bez zacięcia, adrenaliny i pośpiechu. Pozwoliłem sobie na jedno odstępstwo w okolicach kopca Piłsudskiego. Tam zajrzałem do Marszałka. Podjechałem pod sam kopiec i mimo gęstej mgły udało mi się zobaczyć szczyt kopca. Stamtąd pojechałem spokojnie dalej obserwując nabierający kolorów Lasek
Mimo mgły, samotności i w sumie nienajlepszej pogody przejechałem ok. 40 km i wróciłem do domu!

Pozdrawiam wszystkich leniuchów, chorych i wypełniających obowiązki rodzinne lub służbowe. W następną sobotę jadę znów. A potem znów i znów.

KS


Powroty i zmiany!

            Wyjazd dzisiejszy tzn. 30 września 2006 był oryginalny z kilku powodów. Po pierwsze zmieniła się pora. W związku z koniecznością pracy w sobotę, co na szczęście zdarza mi się bardzo rzadko, postanowiliśmy pojechać dopiero o godz. 16. Po wtóre dzięki temu, że Przemek zabrał ze sobą swojego synka Maćka, średnia wieku znacznie nam spadła. Po kolejne, oprócz jazdy na rowerach, mogliśmy przywitać rodzinkę Wojtka Z, która właśnie nadjechała po ponad miesięcznej nieobecności. Miło było ich znów zobaczyć! Po kolejne pojechała z nami moja córka Maka. Dzięki. Cieszę się, że byłaś z nami. Po kolejne, zaznaczenia wymaga fakt, że pojechał znów Tomek J.(Dziadek). Długo nie widzieliśmy Cię na rowerze. Fajnie jest kręcić razem z Tobą. Po kolejne obiecywał obecność po raz pierwszy nasz przyjaciel i kibic(jak dotychczas) Pan ze sklepu rowerowego. Niestety nie dotarł. Mam nadzieje ze nic złego się nie stało.
Ostatecznie ruszyliśmy w składzie: Tomek J(Dziadek), Maciek J, Marek J, Jerzyk H, Przemek i Maciek W. Maka i ja.
Trasa była już wielu z pośród nas znana, ale jeszcze nigdy nie pokonywaliśmy jej w takim składzie. Miło też było odwiedzić znajomych na placu budowy w Zelkowie. Oni jeszcze nie wiedza, że budują dom na szlaku rowerowym, co będzie się wiązało z tym, że jak już skończą to będą musieli się liczyć z tym, że staną się świetnym miejscem postojowym na popas. Mam nadzieje, że ta informacja nie wstrzyma imponującego tempa, z jakim dom się buduje.
Ponadto zaznaczenia wymaga fakt odwagi, z jaką Jerzyk pokonał znaczną, cześć trasy. Wiązało się to z wielkim ryzykiem. Stan jego przedniego kola nie wróżył dobrze(był zbliżony do cyfry 8), a mimo to On mknął na przód bez pardonu.
Nie pamiętam już wiele więcej, a ponadto pisze relacje w pośpiechu, bo nasz dokumentalista(Maciek M) jutro wyjeżdża na dłużej i jeśli nie dostanie relacji za raz, to nie pokaże się ona na naszej stronie przez najbliższy tydzień. Swoją drogą czekamy na Ciebie Maciek bardzo. Kuruj się i wesprzyj nasze szeregi.
Dokumentacja fotograficzna mogła powstać dzięki uprzejmości Kuki Z., która pożyczyła nam aparat. Dzięki.
To tyle. Wszystkim dziś obecnym dziękuje.

KS

Cóż ja mogę powiedzieć, bardzo mi Was wszystkich brakuje i wspólnych wyjazdów z Wami, już chciałbym jeździć, już chciałbym z Wami kręcić, ale na razie pozostaje mi wspieranie duchowe. Trochę Wam zazdroszczę, ale przede wszystkim cieszę się, że wycieczki odbywają się znów w licznym gronie, a Klub się ciągle rozwija.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich klubowiczów i liczę, że jeszcze kiedyś razem pokonamy kilka miłych tras.

MM

"Czekoladka Krzysia"

           Przypadł mi zaszczyt,(a może to jakiś test), napisania relacji słownej z wyprawy rowerowej po Puszczy Dulowskiej. Początkowo się wzbraniałam, ale ostatecznie pomyślałam sobie, dlaczego nie, przecież jedyne co ostatnio piszę to oferty na analizatory. Nie byłoby całej zabawy jednak, gdyby nie sam Krzyś, który na miejsce spotkania, określone w dość skomplikowany, a przede wszystkim nieczytelny dla mnie sposób, zabrał Elę i mnie pewną białą, wygodną limuzyną,(jak się dowiedziałyśmy, żony). Jednak zanim to nastąpiło, stawiłyśmy się z Elą pod domem Krzysia punktualnie o 9.45 i czekałyśmy. Mijały minuty, a Krzysia nie było, mijały kolejne, a Jego jeszcze bardziej nie było. Postanowiłyśmy swoją obecność zaznaczyć sms-em, ale nic się nie wydarzyło, potem telefonem, lecz w słuchawce zamiast wesołego głosu Krzysia usłyszałam miły lecz cokolwiek nieznajomy głos, który w żaden sposób nie chciał być Krzysiem. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na alarm domofonem, zalosowałyśmy bezbłędnie, głos Krzysia oznajmił, że schodzi.
Pakowanie rowerów przebiegało sprawnie, Krzyś zakładał rowery i ściągał, zakładał i ściągał a czas mijał. Hura! Wyruszyliśmy. Miła pogawędka spowodowała, że dojechaliśmy do samych Krzeszowic, stwierdzając jednak, że to zdecydowanie za daleko, (GPS nie zadziałał), zawróciliśmy. Zaniepokojony Jerzyk, który jako jedyny zjawił się w miejscu N 50o 06' 32.81" i E19o 40' 58.71" o wyznaczonej godzinie, zadzwonił z pytaniem gdzie jesteśmy?! Z "lekkim" opóźnieniem dotarliśmy na miejsce, a chwilę po nas dotarł Leszek. Witaj Puszczo! Piękna słoneczna pogoda, rześkie, już jesienne powietrze, wspaniałe nastroje towarzyszy… czyż można chcieć więcej??? Szalejący z aparatem Krzyś dokumentował każdy etap podróży, których było wiele. Zaczęło się od tego, że Ela dostała od Krzysia poważne zadanie, przed którym wzbraniała się jak mogła, przytaczając nawet dosyć poważne argumenty natury anatomicznej. Zwykła mapa spowodowała, że dowiedzieliśmy się o różnicach w budowie mózgu kobiety i mężczyzny i ostatecznie, że w kwestii mapy nie powinniśmy ufać kobiecie z niskim poziomem testosteronu. Krzyś był jednak nieugięty i mapa została z Elą. I tak mijały kolejne, pachnące grzybami kilometry, Krzyś zaczepiał wszystkich napotkanych w lesie ludzi, Jerzyk chciał na grzyby, Ela do słońca, Leszek szukał sponsorów na wyprawę do Mongolii a ja cieszyłam się, że mogę na to wszystko patrzeć i tego wszystkiego słuchać.
I to był moment, kiedy Krzyś zaczął marzyć o czekoladce. Trasa ciągle w dół i zupełnie nie męcząca, ale węglowodany by się jednak przydały. Od tej pory naszym celem był sklep, w którym z pewnością byłaby czekoladka. Tylko gdzie ten sklep??? Szukała go i Ela, i Krzyś, ciągle ustalając na mapie punkt "tu i teraz", który pozwoliłby na ustalenie w którą stronę należy skręcić, aby dostać upragnioną czekoladkę. Pewnie nigdy byśmy tam nie dotarli, gdyby nie Jerzyk, który przechwycił mapę i PRAWIDŁOWO ustalił naszą pozycję na mapie. Czekoladka była w zasięgu ręki i stała się realna na tyle, że aż poczuliśmy jej smak ... tak, tak dojechaliśmy, tak,... była mleczna i z orzechami, tak, ...smakowała nam bardzo.
Po uzupełnieniu węglowodanów i wody ruszyliśmy w poszukiwaniu zamku w Tenczynku. Tym razem było pod górę mimo to trafiliśmy tam dosyć szybko i o dziwo bezbłędnie. Nie tyle do samego zamku, co jedynie w jego okolice, ponieważ ten był celem wyjątkowo dużej ilości pieszych turystów, a my dbając o ich bezpieczeństwo ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, tym razem w poszukiwaniu trasy konnej. I tak zaczęły się schody… Szefem tego odcinka trasy był Krzyś. Doły, rowy i mokradła, wąska ścieżka zarośnięta trawą do pasa, zwalone pnie drzew, przez które trzeba było przenosić rowery i nic lepszego na horyzoncie. Kobiety się buntowały, ale jechały, chociaż lepsze by tu było określenie szły, Panowie się nie buntowali tylko jechali ... a może szli? W efekcie trasa konna, którą przetarliśmy na rowerach skończyła się wreszcie i mogliśmy ruszać w stronę punktu N 50o 06' 32.81" i E19o 40' 58.71", w celu udania się na pyszne obiadki ugotowane przez kochane żony,(co ja piszę??? ja nie mam takiej żony, która gotowałaby takie obiadki, Ela zresztą też nie ... i tu rozmarzyłyśmy się obie).
Samochody stały w tym samym miejscu i czekały na swoich właścicieli, tylko słońce wędrowało po horyzoncie. Smutno powiedzieć, ale wyprawa dobiegała końca. Jeszcze tylko ostatnie zdjęcia, ostatnie rozmowy, ostatnie uśmiechy, ostatni kawałek czekoladki i jeden michałek, sprawiedliwie podzielony przez Krzysia na pięć, jakże niewielkich części, ale przez to najsmaczniejszy, bo po wysiłku a przede wszystkim smakowany w gronie uroczych ludzi, którzy chcieli spędzić wspólnie ze sobą swój jedyny niepowtarzalny czas. Dziękuję WAM za to.

RW
PS. Krzyś postanowił zabrać nas ze sobą z powrotem, zakładanie rowerów poszło sprawnie! Podobno przejechaliśmy 18 km, ale to nie jest pewne, ponieważ Jerzyk systematycznie dla dowcipu odpinał Krzysiowi licznik, kiedy ten tego nie widział. Jedyną nazwą, którą pamiętam jest Wola Filipowska, to właśnie tam udało się zdobyć czekoladkę. Poruszane były problemy wychowawcze, typu: jak należy postępować z dziećmi. Okazało się również, że Kraków jest mały i wszyscy się znają.

PS 2. Z różnych przyczyn relacja pisała się w późnych godzinach wieczornych. Maciek czekał a ja nie wysyłałam. Mam nadzieję, że jednak położył się spać i z samego rana będzie mógł uzupełnić kolejny wpis na stronie KWP.
PS 3. No cóż, ja w końcu spać poszedłem, ale była to już bardzo późna godzina, a dziś musiałem się zerwać skoro świt, by te wszystkie słowa tu wcisnąć, ale jestem to w statnie Renacie wybaczyć, bo dzięki jej pięknej relacji poczułem się, jak bym tam był, wszystko to widział i razem z nimi przeżywał.


Pierwsza powakacyjna wyprawa!

          Pierwsza powakacyjna wycieczka, która odbyła się 16.09.2006, okazała się bardzo liczna. Z radością spotkaliśmy na Błoniach najmłodszych uczestników naszych wycieczek. Po krótkiej chwili spędzonej wspólnie podzieliliśmy się na grupę rodzinną(Paja, Staś, Ania i Oleś) i grupę szturmową. Niestety szturm nie potrwał długo, bo po przejechaniu na druga stronę ulicy Piastowskiej musieliśmy urządzić pierwszy postój techniczny. Jeden z uczestników wyprawy chcąc dopompować swoje koło wyrwał wentyl z dętki. Usłyszeliśmy jedynie głośne psssssssssssssssssyt i w dłoni nieszczęśnika pozostał cały metalowy wentyl a rower stał na rawce bez odrobiny powietrza w kole. Dzięki prawdziwie zespołowej postawie pozostałych uczestników wycieczki udało się doprowadzić koło do użytku. Mięliśmy dętkę ale z grubszym wentylem. Pobliski warsztat mechaniczny, inicjatywa Jerzyka i Leszka, oraz wiertarka załatwiły sprawę. Towarzyszące nam niewiasty i ich atrakcyjnie tatułowane łydki dodawały zapału do pracy i po ok. pół godzinie byliśmy gotowi do dalszej drogi.
            Trasa była zgodnie z zapowiedziami łagodna i odbyta w tempie dość spokojnym. Pojechaliśmy wzdłuż Rudawy, potem w okolice klubu Tabun, autostrady i do Tyńca. Tam krótki postój i popas. Powrót przez Podgórki Tynieckie. Po drodze odłączyła się Żaba, której było bliżej do domu. Potem Karol spieszący się do sklepu(dziękujemy za zdjęcia). Reszta grupy szturmowej tj. Renata, Leszek, Wojtas, Jerzyk i ja dotarliśmy na miejsce startu na godz. 13.30 gdzie mogliśmy formalnie zakończyć pierwszą powakacyjną wyprawę rowerową KWP!
           Dzisiejsza wycieczka napawa optymizmem ze może jednak uda się nam utrzymać tradycje sobotnich wycieczek w grupie nieco liczniejszej niż 2-3 osoby. Serdecznie zapraszam!!!

KS


Turbacz zdobyty!!!

            We czwartek 7 września razem z Wojtkiem Z. , opuściwszy wcześniej niż zwykle stanowiska pracy, wyjechaliśmy z Krakowa z rowerami w bagażniku samochodu. Pojechała z nami Nuna. Dotarliśmy razem do Rdzawki, gdzie na parkingu przebraliśmy się z ciuchów cywilnych w sprzęt profesjonalno rowerowy, spojrzeli na mapę i ruszyli w trasę. Celem był oczywiście TURBACZ. Aparat fotograficzny gotów był uwiecznić jedynie kilka pierwszych, tych najmniej istotnych zdjęć, po czym odmówił współpracy. Szkoda! Pogoda była cudowna. Nuna na spokojnie, z książką pod pachą poszła na Stare Wierchy, gdzie spędziła miło czas podziwiając piękną okolice i oczekując telefonu od nas z prośbą o ratunek.
            Nasze zmagania z podjazdem wbrew pozorom chyba nie wyczerpały nas tak bardzo. Na początku od razu zgubiliśmy szlak więc musieliśmy przemieszczać się nieco na azymut, ale po powrocie na wyznaczoną trasę właściwie większą część tego odcinka jechaliśmy po prostu na rowerach. Było prawie całkiem pusto. W ciągu tygodnia niewielu ludzi może pozwolić sobie na takie miłe spacery.
Było kilka takich podjazdów po pokonaniu których musieliśmy poleżeć, ale robiliśmy to z prawdziwą radością delektując się widokami, grzejącym słońcem i jednocześnie wyrównując przyspieszony oddech.
          Poważniejszy wysiłek rozpoczął się dopiero w dalszej części drogi. Począwszy od Starych Wierchów szlak wyraźnie wspina się ostrzej coraz częściej zmuszając nas do marszu. Ostatecznie szczyt osiągnęliśmy po około 2 godzinach. Miło było spocząć w słońcu na ławeczce pod schroniskiem. Posiliwszy się nieco batonem i uzupełniwszy zapasy wody ruszyliśmy z powrotem inną trasa. Postanowiliśmy zjechać do Klikuszowej. Zadzwoniliśmy do Nuny z prośbą, aby odebrała nas stamtąd i w drogę.
          Zawsze wydawało mi się, że zjazdy na rowerze w dół nie mogą być męczące. Ta wyprawa zmusiła mnie do zmiany tej opinii. Przez ok. godzinę zjeżdżaliśmy, nie bardzo stromo, ale ciągle w dół. Droga w połowie kamienista, w połowie błotnista wymagała stałego wysiłku. Pracują zupełnie inne partie mięsni, nie masz takiej zadyszki jak jadąc pod górę, ale mięsnie obręczy barkowej dostają niezłą szkołę. Dotarliśmy szczęśliwie do zakopianki, gdzie Nuna mało nas nie przejechała nie zauważając, zapakowaliśmy się do auta i do domu.

Dawno tak szybko nie zasypiałem. Było naprawdę piknie!


Cudowny, upalny czwartek.

            To był czwartek(6 lipca 2006), zwykle w tym dniu tygodnia spotykamy się z Krzysiem w zupełnie innym miejscu, by zasiadać na zupełnie innych siodełkach, ale teraz wakacyjną porą wszystko się zmieniło. Konie wyjechały daleko stąd, a my zamiast na konie wsiedliśmy znów na rowery. Pora zbliżona do normalnej, właściwie tylko godzina opóźnienia, bo spotkaliśmy się o 17.30 pod moją bramą. Upał panował bezlitosny, osłabiający, oblepiający, dramatyczny, zniechęcający do wszelkich przejawów aktywności fizycznej. Jeszcze przed wyjazdem, gdy leżałem w domu na łóżku i czułem się zmęczony tym, że oddycham, zastanawiałem się jak to możliwe, że z tego łóżka zejdę, wsiądę na rower i jeszcze gdzieś pojadę. Ku mej wielkiej dumie jakoś tego dokonałem, jednak wyprawa miała się okazać dość specyficzną, przypominającą raczej sjestę niż prawdziwe zmagania cyklistów z dystansem, ale uważam, że w zaistniałych okolicznościach jest to całkiem usprawiedliwione. Do naszej dwójki miała dołączyć jeszcze dzielna Renatka(to już jej druga, a może nawet trzecia, wyprawa w ramach klubowych wyjazdów), ale pewne nieścisłości w przekazywaniu komunikatów z mojej strony doprowadziły do sporego opóźnienia w jej przybyciu, co pozwoliło nam zatrzymać się na dłużej w cienistym miejscu nad Rudawą. Nie powiem, żeby nas to jakoś szczególnie zmartwiło. W końcu sumienie nas ruszyło, postanowiliśmy oczekiwać na Renatę aktywniej i w oczekiwaniu tym wywołaliśmy z Krzysiem małą Awanturkę - tak, tą z dużej litery, wywołaliśmy ją podjeżdżając pod dom Jacka B., z myślą o krótkich odwiedzinach. Niestety nie udało się zastać zapracowanego Jacka, ale Awanturka miło zapraszała nas do siebie, obiecując nakarmić i napoić. Podziękowaliśmy pięknie, pokłonili się w pas i pojechaliśmy z powrotem na miejsce zbiórki w uzasadnionej obawie, że przyjęcia zaproszenia mogłoby zakończyć naszą wyprawę już w tym miejscu. Po chwili Renata się zjawiła, mogliśmy ruszyć dalej wałami Rudawy, ponieważ postanowiliśmy odwiedzić Tabun, by tradycji, choć po części stało się zadość. Po naszej lewej ręce wiła się Rudawa, kusząc orzeźwiającą wodą, ale zatrzymaliśmy się "dopiero" po 10 minutach na rondzie w Chełmie, przy sklepie, w którym zakupiliśmy niezbędne płyny. Musieliśmy to zrobić, wiedząc, że czeka nas teraz ciężkie zadanie. Góra, którą trzeba było pokonać w drodze do klubu należy do całkiem poważnych, ale wszyscy dzielnie się spisali pokonując górkę w całkiem przyzwoitym tempie. To chyba perspektywa ławeczki stojącej przed budynkiem klubu, schowanej w cieniu drzew, dodała nam sił, natomiast sam widok ławeczki i świadomość bliskości odpoczynku, wywołała na naszych twarzach szeroki uśmiech. Zasiedliśmy przy stole, wyjęli napoje i delektowaliśmy się błogością tego cienistego zakątka. Przy tym stole mieliśmy snuć ambitne plany dalszej części wycieczki, ale z każdą następną minutą stawały się one coraz mniej ambitne, a skończyło się na tym, że postanowiliśmy wrócić do domu najprostszą drogą, czyli z górki na pazurki. Wcześniej trzeba było wstać z ławeczki, ale nie było to proste zadanie - rozmowa zeszła na miłe tematy, Krzyś dostawał piękne wiadomości od Żony, psy łasiły się do nóg, a końskie niedobitki cieszyły się, że nie mamy zamiaru na nich jeździć. Pora zrobiła się w końcu dość późna i nie pozostało nic innego jak wstać i wsiąść na te nasze wspaniałe rowery. Dokonaliśmy tego w pięknym stylu i już po chwili pędziliśmy jak szaleni w dół, Renatce pęd powietrza zdjął aż kapelusz z głowy, ale co się dziwić, skoro przekroczyliśmy 60km/h! W takim tempie szybko dotarliśmy do mostu na Rudawie, przy którym przyszło pożegnać Renatę, po miłym pożegnaniu ruszyliśmy w stronę domu, tym razem to ja odprowadziłem pana Prezesa do samej bramy, gdzie pożegnaliśmy się w nadziei, że atakujący go wirus odpuści i spotkamy się wkrótce na kolejnej klubowej wyprawie!


Ale za to niedziela!

           Naszą kolejną wyprawę planowaliśmy na pierwszy dzień lipca, chcieliśmy rozpocząć miesiąc wspaniałym pedałowaniem. Akurat miała to być tradycyjna sobota, co niezbyt cieszyło Przemka W, który tradycyjnie w tym terminie był w pracy, ale pasowało reszcie. Niestety sobota powitała nas deszczem, deszczem, który mocno zniechęcił nas do jakichkolwiek rowerowych wycieczek i ku ogólnemu zadowoleniu, termin eskapady przesunięto o jeden dzień, czyli na niedzielę. To ucieszyło nie tylko Przemka, ale też jego syna Maćka, który miał z nami jechać - oczywiście w specjalnym krzesełku, by nie zawyżał tempa i nie wyrywał się do przodu, jak to zwykle z młodzieżą bywa. Ostatecznie Maciuś nie dołączył do nas, ponieważ zmogła go jakaś gorączka, do towarzystwa została z nim Basia i w ten sposób na starcie zjawił się z całej Wróblej rodziny tylko Przemek, a oprócz niego, byli tam też: Krzysiu S., Renata W. i ja. To tylko, czy aż 4 osoby? W sumie nieistotne, ważne, że dobrze się bawiliśmy i spędziliśmy razem niezwykle miłe przedpołudnie. A spotkaliśmy się o 11.30 obok Smoka Wawelskiego, który na odjezdne pomachał nam wszystkimi swoimi głowami i łapami, prosił, żeby pozdrowić małego, chorego Maciusia, z którym miał nadzieję się spotkać! Ale nim odjechaliśmy, kobieta jadąca z nami musiała przejść szkolenie z pompowania kół. Po krótkim instruktażu przeprowadzonym przez samego Prezesa udało się jej koła doprowadzić do właściwego ciśnienia i ruszyliśmy w stronę Zakrzówka. Taka trochę nietypowa trasa, ale walory poznawcze są dla nas bardzo istotne, więc nie powinno to nikogo dziwić. Szybko dotarliśmy do cudownego zbiornika wody otoczonego skałami, już gdzieś tam w podświadomości powstawała myśl o kąpieli, ale szczelne ogrodzenie i jeszcze bardziej szczelny Pan na bramce, odarli nas ze złudzeń, zresztą przecież i my tak nie ustajemy w tym naszym kręceniu, tylko pędzimy do przodu i do przodu. Nie inaczej musiało być i tym razem, więc zawróciliśmy sprzed bramy i ruszyli dalej. Jechaliśmy wzdłuż ogrodzenia okalającego akwen wodny. W końcu dojechaliśmy do miejsca, w którym rozsądek oraz Krzysiu powiedzieli, że mamy zawracać i absolutnie nie bawić się w próby zjazdu, a przecież zjazd był całkiem krótki, zaledwie kilka metrów, cóż, że prawie pionowy i obficie wyłożony skałami, cóż, że zaraz po zjeździe wąziutka ścieżka zakręcała pod ostrym kątem, kiedy tak bardzo kusiła Przemka W., że nie mógł sobie odmówić przyjemności zjazdu, a ja z racji moich kronikarskich obowiązków nie mogłem nie próbować tego uwiecznić. Czułem, że nie jest to dobry pomysł, zwłaszcza, gdy nie ma się kasku, ale liczyłem, że pozytywne nastawienie sprawi, że wszystko będzie dobrze i można powiedzieć, że tak było, bo choć zjazd się nie udał, choć Przemek wylądował ostro na głowie, to jednak przeżył i prawie nic mu się nie stało! Postanowiliśmy, że w dalszym ciągu naszej wycieczki będziemy już słuchać Krzysia. Po objechaniu zbiornika prawie dookoła, zagłębiliśmy się w las, tu czekały nas cieniste, wąskie ścieżki, których wielka ilość dawała rozliczne możliwości doboru trasy. Byliśmy mocno zaintrygowani widzianymi na trasie skoczniami, ale dziwne konstrukcje drewniane zaintrygowały nas do tego stopnia, że postanowiliśmy się przy nich na chwilę zatrzymać. Złożone z desek i drewna podjazdy działały na wyobraźnię, ale tym razem nikt nie miał nawet zamiaru wykazywać się brakiem rozwagi. Przemek owszem musiał spróbować i wszedł na jedną z nich, ale tym razem rower pozostawił na ziemi. Mnogość ścieżek i brak zdecydowanego lidera wyprawy, musiała w końcu doprowadzić do momentu, kiedy to nasza grupa rozjechała się na 4 strony świata, gubiąc się w gąszczu liści. Z pewnym zdziwieniem odnotowałem ten fakt, nie myślałem, że tak prosto zgubić się na tak ograniczonym terenie. Najszybciej udało mi się odnaleźć Przemka, to rama jego żółtego roweru rzuciła mi się w oczy na tle zieloniutkich liści i razem dotarliśmy do polanki, gdzie po chwili dotarł i Krzyś. Rozsiedliśmy się wygodnie na trawce, która okazała się znacznie bardziej komfortowa niż nasze siodełka i w oczekiwaniu na Renatkę rozgadaliśmy się okrutnie. Pewien niepokój o naszą zgubę zaobfitował rozlicznymi telefonami, ale dodzwonić się było trudno. Na szczęście, tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak wszystkie ścieżki tego lasu prowadziły jak się okazało do polanki, na której się rozsiedliśmy i w końcu dołączyła do nas także Renatka. Przyznała się, że już dołączyła do trójki innych cyklistów, którzy nie dość, że byli znacznie młodsi, to jeszcze obiecywali, że nigdy jej nie zgubią, ale już po chwili stwierdziła, że nasze towarzystwo jest dla niej cenniejsze! W miłej atmosferze spędziliśmy wspólnie jeszcze kilka chwil na trawce, a potem ruszyliśmy dalej. Nauczeni smutnym doświadczeniem, postanowiliśmy wybrać jednego przewodnika, którym jednogłośnie został wybrany Przemek, który prowadził nas zdecydowanie i choć nie wiedział, gdzie jesteśmy, to przynajmniej jechaliśmy już wszyscy razem. Dotarliśmy do miłego sklepu, gdzie postanowiliśmy zrobić krótką przerwę. Chwila odpoczynku, regeneracyjny posiłek oraz uzupełnienie płynów dobrze nam zrobiły, już po chwili mogliśmy ruszyć dalej ze zdwojonymi siłami. Nie przeszkadzało nam wcale, że otaczają nas okrutne chaszcze, które poraniły nogi naszej dzielnej białogłowy, że na drodze parkowały nam samochody, że wiatr wiał nam w twarz, a słońce świeciło w oczy, jechaliśmy nie zważając na żadne utrudnienia i w końcu dotarliśmy tam gdzie zwykle, czyli na tyniecką ścieżkę rowerową, którą już grzecznie i spokojnie dotarliśmy do domu. Oczywiście zatrzymaliśmy się na wysokości klasztoru na Salwatorze, by tam zrobić tradycyjne zdjęcie, za które bardzo dziękujemy przygodnie spotkanemu cykliście, a już o godzinie 14 – dokładnie tak, jak zapowiadał to Przemek, zatrzymaliśmy się obok pomnika Dżeka, aby ogłosić koniec wycieczki i wspólnie ruszyć w stronę Rynku. Gdzieś na rogu ulic Gołębiej i Wiślnej pożegnaliśmy się czule, mając nadzieję, że już w przyszłym tygodniu znów uda nam się razem gdzieś pojechać.


Gość z Daleka.

            Znowu było nas czterech: Wojek Z., Tomek K., ja i nasz „importowy” gość. Pojechał z nami Edgar - Chilijczyk. To kolega Karola, którego poznał w czasie pobytu we Francji. Ponieważ z urody podobny jest dla przeciętnego Polaka do Ekwadorczyka to dziś po wczorajszym meczu wolał nie wychodzić samotnie na ulice. Pojechaliśmy, więc razem, co okazało się miłe.
Na początek, jak zwykle pomknęliśmy wzdłuż Rudawy, odwiedzając naszego zacnego kolegę Jacka B. Jakby tych odwiedzin było mało zajrzeliśmy do pewnego znajomego rejenta, który wraz z miłą żoną kontemplował spokój sobotniego poranka. Uwaga następnym razem skorzystamy z zaproszenia na kawę na tarasie!!
Następnie dotarliśmy do klubu Tabun, gdzie z okazji chrzcin kolejnego już źrebaka własnego chowu odbywały się pokazy sprawności jeździeckiej. Miło było popatrzeć na kadryla, pocztę węgierską, amazonki i pokaz władania białą bronią.
Odsapnąwszy nieco i pocieszywszy Maćka M., który musiał pozostać w pracy pojechaliśmy dalej. Śliskie podłoże w lasku okazało się bardzo niebezpieczne dla kilku z nas. Najpierw Wojtek dał się zaskoczyć swojemu hamulcowi, który zadziałał zbyt szybko. Do takich sytuacji Wojtek nie jest przyzwyczajony. Zwykle bywa odwrotnie. A to klapka od paliwa otwiera się zbyt wolno – urwana. A to auto skręca nie dość szybko – stuknięte. A to klucz otwiera szufladę za wolno – złamany. Tak na ogół wygląda codzienność aż tu dzisiaj hamulec zaskoczył Wojtka.!!!!!!!!! To on zadziałał za szybko!!!!!!!! - zaskoczenie było duże. Rower się poślizgnął i zatrzymał, a Wojtek poleciał dalej prosto na drzewo. Szczęśliwie straty nie były zbyt wielkie, ale mogło być niebezpiecznie. Na następnym ostrym, leśnym zjeździe spod klasztoru na Bielanach w kierunku wodociągów sam poległem dość szpetnie.
Proszę: od następnej wyprawy używajmy kasków!!!!
Z Wojtkiem rozstaliśmy się pod obserwatorium astronomicznym i mamy nadzieje, że do domu dotarł szczęśliwie. Sami jadąc koło wodociągów pojechaliśmy jeszcze na drugą stronę Wisły, gdzie na torze kajakowym oglądaliśmy gości pływających w pontonie, co wzbudzało spore zainteresowanie licznych obserwatorów. Bez przygód, dobrze znaną dróżką wzdłuż Wisły, wróciliśmy do domu na godz. 14.
Dziękuje. Było piknie!

KS


Nas troje.

            Nastroje dopisywały, choć pogoda nie była najpiękniejsza, szarość nieba tylko gdzieniegdzie przełamywała jakaś ciemna gradowa chmura, chwilami nawet zastanawialiśmy się, czy to, aby nie jakieś przesunięcie w czasie i czy nie jest to listopad. Zatrzymaliśmy przygodnie spotkanego turystę, pytając go, czy to na pewno czerwiec, ale odpowiedział, pewnie zgodnie z prawdą, że jest nie tutejszy i nie ma wyrobionego zdania w tym względzie. Musieliśmy w takim razie polegać na naszych przeczuciach i ruszyć w ten ponoć czerwcowy dzień na kolejną wycieczkę. Tym razem było nas troje, a mogło być bardziej nastrojowo, gdyby dotarły Ela i Renata, które nieświadomie troszkę zniechęciłem do przybycia, sądząc, że o właściwej godzinie nie spotkam nikogo. Tymczasem, już skręcając w ulicę Retoryka natknąłem się na zmierzającego na miejsce zbiórki Wojtka J. i stwierdziłem ze zdziwieniem, że nie będę sam. Na miejscu czekał na nas już Krzyś, który nie wytrzymał w swej stagnacji i postanowił dołączyć do nas, choć na chwilę. Więcej osób nie stwierdzono, więc po chwili zastanowienia wyruszyliśmy w stronę Kopca Kościuszki. Tam zmusiłem kolegów do zupełnie niepotrzebnego wyczynu, jakim był wyjazd prawie na sam szczyt wzgórza, tylko po to, by potem zjechać stamtąd z wielką prędkością do Mostu Zwierzynieckiego, przez który dostaliśmy się na drugą stronę Wisły, a tu zamiast, jak tradycja każe, skierować się w stronę Tyńca, pojechaliśmy w przeciwnym kierunku.
W rejonach Wawelu zauważyliśmy straszliwe nagromadzenie barek rzecznych, które w tym szczególnym dniu na pokład swój przyjęły całe stada groźnie wyglądających smoków. Ich przerażające oblicza miały pozytywny wpływ na tempo naszego pedałowania i już po chwili przekraczaliśmy malowniczy most nad Wilgą. Troszkę dalej natknęliśmy się na niespodziewaną przeszkodę - to byli wędkarze, którzy rozgrywali pasjonujące zawody. Podziwialiśmy niezwykle profesjonalny sprzęt i ciekawe sposoby na zanęcania - jeden z panów strzelał rybimi przysmakami z procy! Nie udało się tylko zauważyć żadnej ryby, ale tu akurat trudno się dziwić, na ich miejscu też unikałbym rejonów, w których rozgrywane są wędkarskie zawody. Pozostawiliśmy wędkarzy w ich beznadziejnej walce z rybami, a sami skierowaliśmy się na Most Kotlarski, który mnie niezmiennie kojarzy się z maratonem(to początek trasy, więc kojarzy się dobrze) i przejechaliśmy na drugą stronę Wisły. Tu niestety czas się skończył, bo Krzysia wzywały obowiązki, a na mnie czekały dzieci, Wojtek też nie protestował, więc zawróciliśmy i pomknęliśmy z powrotem do centrum. Pod Wawelem zaskoczył nas tym razem widok niezliczonych białych żagli, należących do młodych żeglarzy, którzy mieli startować w regatach oraz namioty w powstałej u stóp Wawelu, wiosce rycerskiej. Niestety czasu na podziwianie rozlicznych atrakcji nie było i już po chwili żegnaliśmy się, kończąc tym samym kolejną udaną wyprawę naszego Klubu. Patrząc na licznik ze zdziwieniem stwierdziłem, że tym razem więcej kilometrów przebiegłem o poranku niż przejechałem na naszej wycieczce. Szkoda też, że nie udało się pobić rekordu frekwencji. No cóż, pozostawimy ten plan na raz następny, może kiedyś uda się w końcu osiągnąć "dwucyfrówkę", czego sobie i Wam życzę!


Wtorkowy wieczór.

            Cały dzień było dość brzydko, niebo pozostawało w mało optymistycznych, ciemnoszarych barwach, a z tego nieba, co chwilę na ziemię spadały mniejsze lub większe strumienie wody. Jakoś nawet przez myśl nie przeszło mi, by wsiadać na rower i gdziekolwiek jechać - tak dla samej przyjemności jazdy. Owszem rano i wczesnym popołudniem użyłem roweru jako środka transportu, by dojechać w różne miejsca, ale w zasadzie byłem bez wyjścia. Popołudnie spędzałem już w domu, bawiąc się w najlepsze z moimi siostrzeńcami, gdy nagle zadzwonił telefon - to był Krzyś, który zaproponował wieczorny spacer rowerowy. Bez chwili zastanowienia powiedziałem: TAK - w końcu dzieci i tak miały wracać do domu na dobranockę, a ja pozostałbym statycznie w fotelu. Koło 18.30 spotkaliśmy się na rogu Gołębiej i Wiślnej, ruszyliśmy tak trochę bez celu w stronę Wisły, a potem jakoś tak samo z siebie wyszło, że wjechaliśmy na doskonale znaną trasę tyniecką - dziś wybraliśmy ją głównie ze względów towarzyskich, bo to długa prosta, płaska i szeroka, umożliwiająca jazdę obok siebie i rozmowę - rozmowę, która stała się dziś chyba najważniejszym elementem naszej wycieczki. Na ten wieczór zamieniliśmy się w Klub Wirujących Języków i trzeba przyznać, że na koniec wycieczki mocniej odczuwałem mięśnie twarzy, odpowiadające za naszą mowę, niż mięśnie nóg. Ale cóż się dziwić, skoro w czasie tej półtorej godzinnej wycieczki zdążyłem opowiedzieć Krzysiowi historię mojego, dopiero, co zakończonego rejsu. To i tak było opowiadanie w telegraficznym skrócie, bo przecież wiadomo, że nie sposób w tak krótkim czasie przekazać wszystkiego, co mogło się wydarzyć w ciągu 8 dni na Mazurach, gdy dosiada się w miłym towarzystwie, pięknego jachtu. W każdym razie miło gawędząc, szybko mknęliśmy przed siebie, nawet nie zauważyliśmy, kiedy dotarliśmy do toru kajakowego, gdzie zawróciliśmy i jeszcze szybszym tempem ruszyliśmy w drogę powrotną. Z powrotem jechało się znacznie szybciej, nie wiem, co mocniej nas pchało, czy był to sprzyjający wiatr, czy mocniej gnała nas miła perspektywa zbliżającej się kolacji! W każdym razie drogę powrotną pokonaliśmy prawie dwa razy szybciej(ach, wyrabia się ten nasz Prezes - chwilami pomykaliśmy z prędkością 30km/h!) Lekko po godzinie 20 dotarliśmy do miejsca wyjścia, gdzie pożegnaliśmy pod moją bramą.
Nie ma wątpliwości, że warto było dźwignąć się z krzesła, by przejechać tych dwadzieścia parę kilometrów, by po raz kolejny móc się zachwycić wspaniałymi widokami tych wszystkich klasztorów, które rozrzucone są w różnych rejonach naszej trasy, by nasycić się soczystą zielenią kończącego się maja, by miło pogawędzić o życiu i jego okolicach, i z wielką satysfakcją wrócić do domu. Bo jak się nie cieszyć życiem, jeśli nawet to całe szarociemne niebo stało się jakby jaśniejsze, deszcz mniej mokry, a wszelkie troski dnia mijającego umknęły wraz z pokonanymi kilometrami? I jeszcze ta kolacja, która z miłych perspektyw przerodziła się w miłą rzeczywistość, bo nie ma wątpliwości, że po takim aktywnym spacerku kolacja musiała smakować wybornie(zaiste tak było, bo kiedy piszę te słowa pozostało po niej tylko piękne wspomnienie)! Dziękując Krzysiowi za wyciągnięcie mnie z domu, liczę na to, że w najbliższą sobotę ruszymy na kolejną wyprawę i to w jeszcze liczniejszym gronie niż ostatnio - może pobijemy rekord frekwencji? Gorąco namawiam!!!


Coś się ruszyło!

           O jak miło! Już zacząłem tracić nadzieje, że kiedyś ruszymy nieco liczniej, a tu dzisiaj zmiana. Było nas 5 osób. Dzięki Zosi(córce Wojtka J) średnia wieku nieco spadła, więc czuliśmy się raźniej.
Na wyznaczone miejsce(parking pod NICO) docieraliśmy różnie. Tomek K. i Jerzyk H. dotarli na rowerach, a Wojtas z Zosią i ja podjechaliśmy autem. Wbrew zapowiedziom i prognozom, pogoda była znakomita na rower. Sucho, nie gorąco i bez upalnego słońca. Zaczęliśmy od szukania wjazdu do doliny Prądnika. Po pokonaniu kilku niepewnych rozjazdów szczęśliwie dotarliśmy do początku szlaku Orlich Gniazd. Tam, mało uczęszczaną asfaltową dróżką dojechaliśmy do Ojcowskiego Parku. Przy Bramie Krakowskiej zdecydowaliśmy się pojechać w kierunku Groty Łokietka, co było poważnym wyzwaniem. Część tego odcinka pokonaliśmy głównie pchając rowery. Obroniwszy się dzielnie przed koniecznością kupienia ciupagi od sprzedawcy pod grotą przejechaliśmy drogę olkuską na drugą stronę podążając w kierunku podkrakowskich dolinek. Ostatecznie wjechaliśmy do Doliny Kobylańskiej, której początkowy dość ostry odcinek nie wszystkim udało się pokonać bez kłopotów.
W czasie wyprawy dostaliśmy SMS od przyjaciela naszego kluby(Dorota) z zaproszeniem na sernik i soczek. Ponieważ do domów zaczynali nadciągać liczni pielgrzymi, którzy zjechali do Krakowa z okazji wizyty Ojca Świetnego B-16, czas nas poganiał i nie mogliśmy skorzystać z zaproszenia. Dorota! - co się odwlecze to nie uciecze.
Po dojechaniu do Ujazdu jako pierwszy opuścił nas Jerzyk, a spod Nico dzielnie na rowerze do domu podążył Tomek. My we trójkę wygodnie zapakowaliśmy się do auta i dość zmęczeni dotarliśmy do domu około godziny 15.
Było piknie. Dziękuje!
KS


Zupełnie nie planowana wyprawa!

            Ten wyjazd był absolutnie nie planowany. Pomysł pojawił się spontanicznie po miłych, sobotnich urodzinach Marysi w Tomaszowicach. Słodkości tam spożyte poprawione pysznymi szparagami u Doroty i Tomka napełniły nas taka energią, że około godziny 23 postanowiliśmy spróbować jutrzejszego wyjazdu. Oprócz spontaniczności, z której nie sposób było skorzystać powód był jeszcze jeden. Otóż Marek Jakubowski (przedstawiciel chyba ostatniej już nie jeżdżącej dotychczas rodziny Tomaszowickiej) kupił nowy rower, i pałał żądzą sprawdzenia go w boju.
Umówiliśmy się więc na niedzielny poranek na godz. 9. Pora, która wymagała wiele samozaparcia oraz fakt tego że nikt o takich planach nie wiedział przyczyniły się do tego że pojechało nas trzech. Był Wojtek Z, jego szwagier Marek J. i ja. Zgodnie z ustaleniami pojawiliśmy się o godz. 9 pod domem Wojtków i po chwili już wszyscy trzej ruszyliśmy w drogę. Trasa tradycyjnie przez Dolinę Kluczwody(jechaną w odwrotnym niż dotychczas kierunku), Gacki, Zelków do doliny Będkowskiej. Pogoda pikna, towarzystwo zacne, więc i efekty były miłe. Mam wrażenie, że Marek zadowolony z nowego roweru i pozostaje nadzieja, że Jaga(córka) zechce mu go od czasu do czasu pożyczać i będziemy mogli takie wyprawy powtarzać.
Do utrzymania takie składu potrzebna będzie jeszcze cierpliwość naszych żon o co niniejszym proszę.

Pozdrawiam

KS


Samotność długodystansowców.

Na rowerze:

            DNIA 6.05.2006 rowery były tylko tłem. Jedynym prawdziwym bohaterem sobotniej wycieczki był gość bez roweru. Maciek M(nasz fotoreporter) zamienił dziś dwa kółka na dwie nogi. Biegł maraton. Stoczył walkę z dystansem 42 km i WYGRAŁ JĄ.
Zajął miejsce w okolicach 120(na ponad 1000 uczestników) z czasem ok. 3 godz. 16 min. W ten sposób poprawił swój zeszłoroczny wynik o prawie pół godziny. Sam nie był zbyt zadowolony, bo dziś pobiegł o 6 min. dłużej niż planował.
Prosimy Maciek napisz nam, po co biega się takie dystanse? Co się czuje w trakcie tak wielkiego wysiłku? Może Twoja relacja zmobilizuje członków naszego klubu, aby liczniej uczestniczyli w sobotnich zajęciach.
Dziś znów byłem sam. Trochę mam tego dość. Zrewidowałem swoje dotychczasowe poglądy na temat uczestnictwa kobiet w naszych wyjazdach i zamierzam poszerzyć listę osób zawiadamianych o planowanych wycieczkach.

BRAWO MACIEK

W następną sobotę dam Wam spokój.
KS

Na nóżkach:
"Prosimy Maciek napisz nam, po co biega się takie dystanse? Co się czuje w trakcie tak wielkiego wysiłku?"

           Ach, Krzyś zadał takie ciężkie pytania! Po co się biega takie dystanse jak maraton? Co się wtedy czuje? Nie wiem, czy właściwe byłoby opowiadać, co się wtedy czuje, zwłaszcza o tym, co czułem wczoraj, bo to mogłoby kogoś zniechęci, ale może warto powiedzieć o tym, co czuje się potem? To znów ciężko przekazać, niesamowite uczucie, to tak gdzieś na granicy ekstazy, gdzieś w okolicach nieba, prawdziwa nirwana, niczym nie zmącone szczęście, ale wcześniej ..... wcześniej jest bardzo ciężko. Do tego biegu byłem przygotowany bardzo solidnie, pracowałem przez cały rok, biegałem prawie codziennie, przebiegłem pewnie kilka tysięcy kilometrów - przyznam, że czasem zimą było ciężko wyciągnąć się z łóżka o tej 7 rano, ale poranne bieganie daje mi niezbędną dawkę optymizmu na cały dzień i trudno z niego zrezygnować. Chciałem pobić rekord życiowy, w zeszłym roku wybiegałem 3.40, tym razem zakładałem czas o półgodziny lepszy. Początkowo wszystko szło doskonale, miałem nawet lekki zapas czasu, czułem się znakomicie przez wiele kilometrów, ale maraton to 42 kilometry 195 metrów, dystans, który jest wielkim wyzwaniem, do pewnego momentu walczy się z przeciwnikami na trasie, do pewnego momentu walczy się z czasem, wszystko do pewnego momentu, a gdy przychodzi ten moment zaczyna się walka z sobą. To było koło 28 kilometra, jeszcze chwilę wcześniej czułem się bardzo silny, niezniszczalny, wspaniały, znakomicie przygotowany, mijałem kilometry i kolejnych biegaczy na trasie. Nagle poczułem, że coś jest nie tak, jakaś taka dziwna słabość zaczęła się delikatnie zaznaczać, a czas nieznacznie zaczął spadać. Na 30 kilometrze zjadłem banana, wypiłem trochę izotoników i jeszcze przez chwilę miałem nadzieję, że to był tylko fałszywy alarm, a ja za chwilę będę się czuł jak wcześniej. Niestety czułem się coraz gorzej, ciągle zwalniałem, zauważyłem, że teraz to inni mnie wyprzedzają. Początkowo wielkim wyzwaniem był każdy kolejny kilometr, od 34 kilometra odcinki zaczęły się skracać. Patrzyłem przed siebie i myślałem, dobiegnij jeszcze do tamtego drzewa, znaku, zakrętu, które były ode mnie oddalone o 100, może 200 metrów, potem walka toczyła się już o każdy metr. Gdzieś koło 36 kilometra zaczęły łapać mnie skurcze, już nie tylko w nogach, ale nawet na plecach, ramionach, teraz walczyłem z sobą o każdy krok, a chwilami wydawało mi się, że już nie zdołam go zrobić. Marzyłem już o kolejnym punkcie odżywczym, bo tam obiecałem sobie przejść marszem kilkadziesiąt metrów. W końcu jest ten punkt, gdzieś za 37km, biorę banana, biorę wodę, biorę izotonik i jeszcze gąbkę, nie starcza mi rąk, ale wszystko jest mi potrzebne, a zarazem jest pretekstem, by iść, a nie biec. Gąbką zmywam biały osad z mojej skóry, już od wielu kilometrów nie pocę się, chyba nie ma czym, na skórze pojawia się tylko biały osad, to chyba sól, zupełnie sucha. Banan zjedzony, napoje wypite, trzeba ruszać, ale nogi nie chcą, dają do mózgu zdecydowanie odmowny sygnał. Widmo porażki staje mi przed oczami, tak bardzo chciałem przebiec ten maraton i może się to okazać niewykonalne? Teraz, gdy do mety zostało już tylko niecałe 5 kilometrów? Tylko? To było ogromne 5 kilometrów, niewyobrażalnie długi dystans, dystans nie do przebycia. Gdzieś tam pojawia się wielki żal, tak bardzo chciałbym już być na mecie, już dawno zapomniałem o zakładanym czasie, o tym, że chciałem być w pierwszej setce zawodników. Gdyby gdzieś były jakieś zbędne zapasy wody w organizmie, to w oczach pojawiłyby się pewnie łzy, ale pozostały suche. Jakoś udaje mi się zmusić do biegu, myślę, byle tylko dobiec do następnego punktu, to będzie na 40 kilometrze, stamtąd już blisko do mety. Wawel, gdzieś tam Krzyś, który widząc, że prawie się przewracam dodaje mi sił. Wydaje mi się, że minęła wieczność, a tu dobiegam do napisu 38 km, to chyba niemożliwe, to musiało być jakieś przesunięcie w czasoprzestrzeni. Po chwili już przestaję myśleć, zbiegam nad Wisłę i biegnę, co z tego, że w stylu 90letniej staruszki, ważne, że przesuwam się do przodu. Znów Krzyś i jego doping, za chwilę widzę Salwator i 40 km, punkt odżywczy i teraz już wiem, już to czuję, że do mety dobiegnę. Jeszcze podbieg, biegam nim prawie codziennie, ale nigdy nie zauważyłem, że jest tak cholernie długi i tak ostry. Po chwili wbiegam na Błonia, znów mam ochotę przejść kawałek, ale tylu widzów, oklaski, doping, głupio tak się poddawać. W końcu ostatnia prosta, przed sobą widzę coraz wyraźniej linię mety. Jeszcze tylko 500 metrów, nadzieja na rychły koniec, ten upragniony widok, potrafi wykrzesać ze mnie jeszcze trochę sił. Wydaje mi się, że przyspieszam i wydłużam krok na ostatnich 100 metrach, jak to wyglądało w rzeczywistości mogłem się przekonać później na filmiku, który nakręcił jeden z moich znajomych. Ale w końcu jest meta, piszczy chip, zatrzymuję się czas - 3 godziny 16 minut, zatrzymuję się i ja. Jestem na mecie - nareszcie! Ale tym razem wcale nie cieszę się z tego, że dobiegłem, ale z tego, że nie muszę już biec dalej! To w tym momencie dość znaczna różnica. Zawieszają mi na szyi medal, jakoś przechodzę jeszcze te kilka metrów, wiem, że nie powinno się tak kończyć długotrwałego wysiłku, że powinno się jeszcze trochę potem biec, ale po prostu nie mam sił. Adrenalina przestała już działać, a to powoduje, że czuję iż każdy najmniejszy ruch sprawia mi okrutny ból, opieram się o barierkę, nie wiem jak przedostać się dalej. Z lekkim wstydem patrzę na zgromadzonych tam moich kibiców, jest Krzyś, są rodzice, są dwie niewiasty, które chwilami towarzyszyły Krzysiowi na rowerach, a ja w zupełnej niemocy. Widzę ich spojrzenia, a w nich trochę litości, trochę zażenowania, że widzą mnie w tak opłakanym stanie. Chwilę rozmawiamy, ale czuję się coraz gorzej, czarne plamy przed oczami, wyraźne oznaki braku tlenu w mózgu, boję się, że za chwilę zemdleję, że się przewrócę i jeszcze uszkodzę upadając. Jakoś dowlokłem się do murawy Błoń, a tam jakoś udało się usiąść, próbowałem się położyć, ale gdy się kładłem przeraźliwe skurcze łapały mnie w mięśnie pleców. Tak źle i tak niedobrze, grono znajomych ze zdziwieniem patrzy na mnie, jeszcze nigdy mnie takiego nie widzieli, opadłego z sił, nie mogącego się ruszyć, ja też takim nigdy się nie widziałem.
Coś jednak jest w tym maratonie, coś szczególnego, coś, co sprawia, że nie tylko wynik ma znaczenie. Ogromne znaczenie ma również inny fakt i to niezależnie od tego, czy zawodnik uzyskał czas w granicach 2 godzin, czy tak jak ja 3 godzin, czy może biegnąc tuż przed autobusem z napisem koniec maratonu i ukończył go z czasem ponad 5 godzin, tu i tak każdy kończący jest wielki, wspaniały, bo wygrał walkę, bo dobiegł do końca! Oto maraton!
            Teraz, gdy siedząc spokojnie przed komputerem piszę te słowa, spoglądam na leżący obok komputera medal, a przede wszystkim czując się już bardzo dobrze, jakoś nie mogę uwierzyć, aby było ze mną aż tak źle. Cóż, to było ciekawe przeżycie, wejście w trochę odmienne stany świadomości, stoczona walka z sobą dała wiele satysfakcji, już sobie wybaczyłem te 6 minut spóźnienia, już się uśmiecham, uśmiechają się też moje oczy, w których znów pełno życia i już myślę o kolejnym maratonie. Oczywiście to, co opisuję to może trochę ekstremalne odczucia, ale wydaje mi się, że każda forma ruchu jest dobra, że nie trzeba przebiec 42 kilometrów, by odnieść zwycięstwo nad sobą, czasami wystarczy wstać z fotela i w odpowiedzi na wezwanie Krzysia stawić się na starcie kolejnej wycieczki rowerowej!


Stara trasa z nowym składem.

            Nareszcie prawdziwie wiosenny wyjazd. Sobota 22 kwietnia 2006 to dzień ciepły, słoneczny i bardzo miły. Taka pogoda sprzyja temu, że wszyscy ruszają się na wycieczki, więc na trasach bywa gęsto. Spotkaliśmy się według planu pod wawelskim smokiem. Pierwsza niespodzianka to spotkanie ze Stasiem P. i dziećmi, które już kiedyś odwiedzały nas w czasie wyprawy do Puszczy Dulowskiej. Następną niespodzianką był skład, jaki się pojawił na miejscu zbiórki.
Po raz pierwszy pojechał z nami Dima B. Znamy się od paru już lat. Jak dotychczas jedynie chyba na stopie służbowo biznesowej. Miło nam było zmienić formę kontaktów na nieco bardziej prywatne. Dima - witaj w klubie.
Ponadto z wiru pracy i nawału obowiązków w stolicy, zdołał się wyrwać Piotruś R. Mamy nadzieję (dość egoistyczną), że już niebawem będziesz na stałe znów w Bielsku i wyjazdy rowerowe będziesz mógł uprawiać częściej. No i na deser pojawił się Dziadek, który nareszcie przebudził się ze snu zimowego. Tomek tak trzymaj. W takim zestawie pojechaliśmy dobrze już znaną (na szczęście nie wszystkim uczestnikom dzisiejszej wyprawy) trasą przez Zakrzówek do Tyńca. Mięliśmy kilka przystanków regeneracyjnych. Raz nawet zastanawialiśmy się czy nie spocząć na dłużej. Na szczęście wracaliśmy do sił sprawnie i szybko, co pozwoliło nam szczęśliwie wrócić do domu. Dokładnie po trzech godzinach, zgodnie z początkowymi ustaleniami pojawiliśmy się znów pod Wawelem.
W następną sobotę zaczyna się week-and nieco dłuższy i z tej okazji ogłaszam przerwę. Można robić, co się chce i nie ma obowiązku pedałowania. Sam przesiadam się na konia.
Na rower zapraszam znowu 6 maja.


Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty!

PRZEDPOŁUDNIEM:
PIERWSZA PRAWDZIWIE WIOSENNA

            Ostatnio czas dla naszych rowerów nie był najlepszy. Podczas mojej nieobecności, rower, z którym dzięki licznym wyprawom zacząłem się zaprzyjaźniać został ukradziony z pod drzwi mojego mieszkania. Na krótki czas nieco mnie to osłabiło. W poprzednia sobotę na rowerze Maki, pojechałem samotnie (tym razem z własnej winy) do Tyńca.
Ale teraz to była wyprawa przełomowa. Śpieszę donieść, że po raz pierwszy jechała z nami KOBIETA. Na razie to przypadek jednorazowy, ale będziemy musieli chyba podjąć dyskusje na ten temat ponownie. Pojechaliśmy z Wojtasem J. i Elżunią - jego córką. Niuńka !!!!! - w ten sposób przeszłaś do historii.
Pożyczyłem, tym razem od Wojtka Z. rower i we trójkę pojechaliśmy z Tomaszowic na spacerek przez Dolinę Kluczwody i Kobylańską . Całość trwała około 3 godzin i było bardzo miło. Przewidywania o grząskim terenie ( przez to Dziadek nie dał się namówić na jazdę) sprawdziły się w 100%. Już na pierwszym kilometrze Elżunia miała tak obłocone i sklejone gliną koła że musiała je poddawać specjalnym zabiegom. Jednak żadne takie przyziemne problemy nie zabrały nam, radości z takiej wyprawy. Ciepło, słońce i ekscytujące zjazdy to jest to, co lubimy najbardziej.
W najbliższym tygodniu kupuje ponownie rower (mam nadzieje że tym razem posłuży mi nieco dłużej) i zabiorę się za jazdę regularną. Mam nadzieje, że nie będę już musiał jeździć samotnie!

Niniejszym ogłaszam sezon rowerowy 2006 za otwarty.
Zapraszam na wyprawę w sobotę po Świętach.

A na nadchodzący czas życzę wszystkim prawdziwej radości ze zmartwychwstania Pana.

KS

POPOŁUDNIU:

            Podobnie jak wszyscy członkowie Klubu, dostałem list od Krzysia, w którym, mimo trwającej "żałoby", wzywał nas do udziału w kolejnej, troszkę nieoficjalnej wyprawie. Start był przewidziany na godzinę 11 w Tomaszowicach, spod domu Dziadka. Nie napiszę "niestety", bo była to w pełni świadoma decyzja, w każdym razie do wyprawy nie dołączyłem, tym razem postawiłem na moich siostrzeńców, których z różnych względów w mijającym tygodniu nie dane mi było oglądać. Tak, więc przedpołudnie postanowiłem spędzić na zabawach z dziećmi, gdy w tym czasie Krzyś i towarzyszące mu osoby męczyły się z niesprzyjającymi nawierzchniami błotnymi. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że i ja starałem się szerzyć ducha rowerowego w następnych pokoleniach i większą część wspólnie spędzanego czasu poświęciliśmy na jazdę na rowerze, to znaczy siostrzeńcy jechali, a ja i moja siostra podczepieni do kijków sterczących z małych rowerków próbowaliśmy nadać im kierunek i utrzymywać równowagę za naszych podopiecznych.
            Tak minęło przedpołudnie, ale niespodziewana wiadomość od innego członka naszego klubu - Przemka Wróblewskiego otworzyła szansę na popołudniową wyprawę rowerową. Podjęliśmy mało ambitną trasę do Tyńca. To była trasa w sam raz dla mnie, lekko zdewastowanego po piątkowej wizycie u dentysty. Obolała szczęka, krwawiące rany - to wszystko nie pozwalało na intensywny ruch w ciężkim terenie. Ruszyliśmy spod mojego domu o 15.30, skierowaliśmy się w stronę Wawelu, gdzie z trudnością omijaliśmy tłumy ludzi, którzy wylegli na spacery, ciesząc się wspaniałą pogodą i długo oczekiwanym ciepłem. Na szczęście za Salwatorem zrobiło się już trochę luźniej, ludzi nadal sporo, ale już można było w miarę spokojnie jechać obok siebie, a to jak się okazało miało w tej wyprawie zasadnicze znaczenie. Jak stwierdziliśmy na koniec naszej prawie 4 godzinnej wyprawy, nasz odłam klubu powinniśmy nazwać DKWP, czyli Dyskusyjny Klub Wirujących Pedałów, bo w trakcie tej wycieczki zdecydowanie więcej namachaliśmy się naszymi językami niż samymi pedałami. Tempo było zaiste spacerowe, ale w końcu pogoda spacerom sprzyjała, a nam nigdzie się nie spieszyło. Mogliśmy podziwiać widoki roztaczające się przed nami, mogliśmy cieszyć się ciepłem, które zapewniało piękne słoneczko. Dotarliśmy do Tyńca, gdzie odwiedziliśmy sklep, w którym wyposażyliśmy się w niezbędne dla przewidywanego pikniku materiały. Tak wyposażeni zatrzymaliśmy się na prywatnym terenie, a zwie się to: "Pod Winnicą". Bardzo przyjemnie wyglądający plac, gdzie z malowniczymi skałkami w tle, ktoś zainstalował liczne stoły, ławeczki, pieńki. Zasiedliśmy na nich, aby spożyć zakupione smakołyki, oczywiście nawet na chwilę nie ustając w naszych dyskusjach na temat życia i jego okolic.
            Słoneczko, które tak miło nas rozleniwiało, opadło już nieco niżej, dając nam znać, że chyba czas ruszać w drogę powrotną. Wracając zboczyliśmy na moment z trasy, by porwać ze spaceru z Babcią - Maćka - to syn Przemka, wsadziliśmy go do specjalnego siodełka, aby i on mógł poczuć jak wielką przyjemnością mogą być rowerowe wyprawy. Po chwili mocno zawiedzionego Maćka oddaliśmy Babci, a sami ruszyliśmy w dalszą drogę powrotną. Wracając mogliśmy podziwiać zróżnicowane zainteresowania sportowe naszej młodzieży. Z wielką ostrożnością omijaliśmy krąg ubranych w dresy, dobrze zbudowanych młodzieńców, których namiętnością, sądząc po prowadzonej walce, najwyraźniej był kickboxing, trochę dalej równie ostrożnie omijaliśmy ubranych w luźne spodnie, z krokiem w kolanach, młodzieńców wyczyniających karkołomne skoki na deskach z kółkami i przyznam, że mimo iż my też w dresach, jakoś bardziej do gustu przypadła nam ta druga grupa.
            Pod Wawelem nadal sporo spacerujących, ale tym razem dało się już przejechać w miarę spokojnie, lekko po 19 dotarliśmy do punktu wyjścia, czyli pod mój dom. Jak się spodziewaliśmy, pokonany przez nas dystans nie był imponujący, przejechaliśmy 33 kilometry w czasie ponad 2 godzin, a drugie tyle, jak łatwo obliczyć, musiały nam zająć te nasze dyskusyjne przestoje. Najważniejsze, że mimo wszystko ruszyliśmy się, że sprawiło nam to sporo przyjemności i powitaliśmy rowerowo rozpoczynającą się wiosnę.


Było nas trzech!

           Gdy rano wychodziłem z domu, by pobiegać nad Wisłą, mocno się sobie dziwiłem, że zdecydowałem się na taki krok, że opuściłem łóżko, by pobiegać w deszczu po wodno-lodowej nawierzchni. Pomyślałem, że jak już wrócę, wysuszę się i ogrzeję, to nic już nie wyciągnie mnie z domu - a jednak, myliłem się, bo wyciągnął mnie Krzyś, który mimo nieprzychylności pogody postanowił jechać na kolejną wyprawę rowerową. Punktualnie o wyznaczonej godzinie, czyli o 10.30, 4 marca 2006 roku, w miłym sąsiedztwie Smoka Wawelskiego spotkały się aż 3 osoby, trzecim był nowo pozyskany członek naszego klubu - Tomek Kraiński. Nadjechaliśmy z trzech stron świat, aby po chwili ustalić już wspólny kierunek i ruszyć w stronę Tyńca. Nie było to takie proste, nie sprzyjała nam nie tylko nawierzchnia, która chwilami nadawała się bardziej do jazdy na łyżwach, chwilami zaś do ślizgów na nartach wodnych, nie sprzyjał nam także wiatr, który z wielką siłą i okrutnością ciskał nam w twarz marznące płatki śniegu. Gdzieś tam na trasie Tomek musiał zdjąć swoje okulary, które nie zapewniały już komfortu pełnej widoczności, nie lepiej było i z nami, mimo tego, że od początku jechaliśmy bez okularów, a i tak niewiele widzieliśmy. Trudno było w tej sytuacji podziwiać widoki, tym bardziej, że mgły i nisko zawieszone chmury ograniczały mocno horyzont, bezskutecznie rozglądałem się, aby wypatrzyć piękne kształty klasztoru na Bielanach. My mimo wszystko jechaliśmy dalej, wychodząc z jednego poślizgu, wpadaliśmy w drugi, wiatr miał ochotę nas porwać, ale my niezłomnie jechaliśmy przed siebie, walcząc dzielnie z żywiołem. Nagrodą było dotarcie do zamierzonego celu, po ponad godzinie pedałowania znaleźliśmy się w Tyńcu i zatrzymaliśmy się u stóp klasztoru, który wyjątkowo było widać. Tu rozpoczęła się seria pamiątkowych zdjęć z klasztorem, łabędziami i kormoranem, który udawał kaczkę dziwaczkę. Niestety tego ostatniego nie udało się uchwycić w kadrze! Po chwili odpoczynku, ruszyliśmy w dalszą drogę, dla odmiany postanowiliśmy wracać przez Podgórki Tynieckie. To niezwykle ciekawa trasa, zwłaszcza przejazd przez las w rejonach Rezerwatu Skołczanka. Tam wiatr nie operował tak mocno, a przeszkadzający nam wcześniej śnieg, tu stworzył piękne widoki, przykrywając bielą wszystkie drzewa. Znów musieliśmy się zatrzymać, a powodem nie było bynajmniej zmęczenie, lecz chęć napawania się tymi widokami. Cudownie, ale jechać trzeba, tym bardziej, że mi przymarzały już stopy do pedałów, a w końcu jesteśmy klubem wirujących pedałów, a nie zamarzających. Opuszczamy piękne lasy, by udać się w bardziej cywilizowane rejony, kierunek Pychowice. Nawierzchnia nadal ciężka, ale przestał sypać śnieg, a wiatr sprzyjał nam zwiewając nas w kierunku domu. Po chwili dołączyliśmy znów do tynieckiej ścieżki rowerowej i nią szybko dotarliśmy na wysokość Salwatora, gdzie nie mogliśmy sobie odmówić zdjęcia z jedną z najpiękniejszych panoram Krakowa w tle. Gdy dojeżdżaliśmy pod Wawel, by przy Smoku odtrąbić koniec wycieczki, spotkaliśmy tam Zosię Zalewską z Wojciechem. Spotkanie to niewątpliwie dodało do atrakcji jak zwykle, gdy piękne kobiety z nagła pojawiają się na typowo męskich zgromadzeniach. Ucięliśmy sobie sympatyczną pogawędkę podziwiając ziejącego ogniem Smoka i latające tuż nad lustrem wody łabędzie i tym miłym akcentem zakończyliśmy oficjalnie naszą wspaniałą wyprawę. Już całkiem nieoficjalnie przejechaliśmy przez Planty na róg Wiślnej i Gołębiej, gdzie pięknie podziękowałem za całą wyprawę i popędziłem do domu, by włożyć stopy do gorącej wody.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma sensu tak się męczyć, że to nie jest czas na takie eskapady, ale dla mnie pięknie jest pobiegać w takim lejącym się z nieba deszczu, i pięknie pojeździć na rowerze po lodzie i wodzie, w wietrze i śniegu, bo potem dopiero doceniam, że w domu jest ciepło i sucho, że mogę się wykąpać w gorącej wodzie, że czeka na mnie pyszny obiadek, bo bez tych chwilowych niewygód, piękno dnia codziennego zaczyna mi umykać i jeszcze gdzieś tam pozostaje satysfakcja, że przemogłem się, że zwalczyłem moje lenistwo, które podszeptywało mi, bym pozostał w ciepłym łóżku do końca dnia.


I znów samotnie!

           Znowu sam, zupełnie sam, choć do końca miałem nadzieję, że choć jeden z Was dołączy do mnie, wspomoże mnie w tej mojej wyprawie, w tych moich zmaganiach z niesprzyjającą, zimową aurą. Miałem nadzieję, że swoją obecnością doda otuchy i wiary w sens moich poczynań. W nocy znów padał śnieg, na szczęście w niewielkich ilościach, akurat tyle, aby przykryć ubite szlaki płaszczem nieskazitelnej bieli. Warunki do jazdy były znośne. Planowana trasa, samotność i okoliczności sprzyjają przemyśleniom, nastrojowi nostalgii i kontemplacji. Wystartowałem koło 10.30 spod Wawelu - 1000 lat istnienia, tradycji i historii już na wstępie zmusza do pewnych przemyśleń. Ruszyłem wzdłuż Wisły, płynącej jak czas - nieubłaganie. Zmagając się z ośnieżoną trasą docieram na wysokość Bielan, gdzie z Klasztoru Kamedułów unosi się atmosfera modlitwy, rozmyślań i pracy mieszkających tam eremitów.
Już w lekkim uniesieniu, pedałuję w kierunku Tyńca, w którym Benedyktyni modlą się od XI w. Czuję, że odfruwam w upojeniu przemyśleń, gdy głęboka i oblodzona koleina sprowadza mnie, w dosłownym tego słowa znaczeniu , na ziemie, a ta nasza przyziemność potrafi być czasem bolesna, o czym niektórzy z nas już się przekonali. Obolały i dość niepewnie od nowa stąpając(pedałując) po ziemi, przez Podgórki Tynieckie docieram do domu. Smutno było bez Was wszystkich, ale dobrze mi ta wyprawa zrobiła. Przemyślenia, wzloty i upadki, tradycja i upływający czas, nieskazitelna biel - symbol niewinności i ta moja samotna jazda między tym wszystkim nie pozostanie bez śladu.

Na najbliższe dwa tygodnie jadę na Tarasówke dręczyć dzieci części z Was. Odpoczywajcie szybko, bo po powrocie znowu się do Was odezwę!
KS


Zima na ramiona nasze spadła!

            Jeszcze w piątek, późnym popołudniem wydawało się, że znów pojadę sam. Plan był następujący. Z żonką i rowerem jedziemy do Tomaszowic, gdzie po miłym wieczorze spędzonym u Wojtków i poprawce u Tomków rano startuję samotnie a Nuna wraca autem do domu, a tu miła niespodzianka. Wieczornym telefonem zameldował się Tomek Kraiński z gotowością jazdy nazajutrz. Mieliśmy startować koło godziny 10.
Miły wieczór, spotkanie z Lusią przyczyniły się do tego, że rano było wstać nieco trudniej niż planowałem. Po śniadaniu, pożegnani przez Dziadka na progu domu ruszyliśmy ostatecznie ok. 11. Tomek dotarł rano do Tomaszowic na rowerze, więc miałem przewagę i byłem spokojny, że podołam. Ruszyliśmy koło Jaskini Borsuczej, Wąwozem Podskalańskim z zamiarem zaatakowania Doliny Kluczwody i Będkowskiej. Po wyjechaniu z lasku dalsza jazda okazała się niemożliwa. W dotychczasowej, krótkiej historii wyjazdów to był chyba najdłuższy odcinek, który musieliśmy pokonywać pieszo. To też ma swój urok, ale bardzo szybko, skutecznie i łatwo prostuje ambitne plany. Przebrnąwszy tak około kilometra, walcząc z zaspami i nawiewanymi przez wiatr łachami śniegu postanowiliśmy ograniczyć się do jazdy po drogach, na których mogliśmy liczyć na pomoc służb zajmujących się zawodowo walką z dużą ilością śniegu.
Przejechaliśmy koło działki państwa M. i przez Gacki dojechaliśmy do drogi na Zelków. Śnieg padał od dłuższej chwili. Jechaliśmy już tą trasą w liczniejszym składzie i myślałem sobie o tym, że już się cieszę na czas wiosny, kiedy to mam nadzieję, pogoda, słońce i żądza przygody wygoni członków naszego klubu z pieleszy domowych i pozwoli nam wspólnie pedałować. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z Dolinki Będkowskiej i asfaltem przez Bolechowice, Brzezie i Rząske dotarliśmy nad wał Rudawy, którym dojechaliśmy szczęśliwie do Krakowa.
Tomek! Bardzo Ci dziękuję za Twoje towarzystwo. Jestem pod wrażeniem tego, jak dzielnie walczyłeś z konsekwencjami niepełnego wyposażenia roweru. Gdybyś chciał wstąpić w szeregi naszego klubu i złożysz odpowiednie podanie to możesz liczyć na moją rekomendacje.
Cała wyprawa zajęła nam jak zwykle około 3 godzin i jak zwykle BYŁO PIKNIE!!!


Puszcza Niepołomicka - zimowe wyjście!

            Gdy przed wyprawą słuchałem pewnej piosenki, ułożyłem sobie już słowo wstępne do relacji z naszej kolejnej wyprawy. A miało się zacząć tak: "Było nas dwóch, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel - jak najwięcej przejechanych kilometrów." - tak miało być, ale całkiem niespodziewanie zjawił się ten trzeci i wszystko się zmieniło, bo choć było nas już trzech - całkiem jak w piosence - to zdecydowanie nie można było powiedzieć, że w każdym z nas inna krew. Otóż nastąpił atak młodego pokolenia i oto dołączył do nas Karol Stojowski, zbieżność nazwisk z Prezesem bynajmniej nie przypadkowa, bo to przecież kość z kości, krew z krwi, czyli syn Krzysia. Cieszy nas, że młodzież też zechciała dołączyć do zabaw starszych panów.
            Ale powróćmy do naszych rowerów, które w sobotni poranek, 28 stycznia 2006 roku, zapakowaliśmy na bagażnika Krzysia i wyruszyliśmy z ulicy Szpitalnej w stronę Niepołomic. Chwilę trwało nim dojechaliśmy na miejsce, bo to całkiem spory kawał drogi, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu mogliśmy wysłuchać niezwykle emocjonujących wspomnień Krzysia dotyczących jego samochodowych zmagań z jeleniami. Do parkingu umieszczonego w Puszczy Niepołomickiej, który był punktem startu naszej wyprawy dotarliśmy rozgrzani niezwykłymi opowieściami i żądni wrażeń szybko wyskoczyliśmy z samochodu. Sprawnie zdjęte rowery, krótka analiza mapy i już można było ruszać. Tym razem czekała nas trasa bardzo płaska, co wcale nie znaczy, że całkiem prosta lub mało ciekawa. Trochę trudności technicznych sprawiała czasem lodowa nawierzchnia i wąskie koleiny, a że tym razem nie wzięliśmy łyżew, poruszać się chwilami nie było łatwo. Radośnie jechaliśmy przez las, rozglądając się za wygrzewającymi się w słońcu żubrami, ale zamiast nich dostrzegliśmy narciarzy biegowych, którzy patrzyli na nas z lekkim zdziwieniem, jakby to akurat ich sport w tych śniegach i minusowych temperaturach był jedynym właściwym. No cóż, może mieli troszkę racji, ale my mieliśmy zapał, a poruszaliśmy się zdecydowanie szybciej niż oni, szybko zostawiliśmy ich z tyłu i za chwilę zapomnieliśmy o nich, zajmując się wielce poszukiwaniem dębów, których ciekawie brzmiące na mapie nazwy, przyciągnęły naszą uwagę. Udało się zlokalizować przynajmniej jeden z nich - Dąb Augusta II, który kiedyś trudno było objąć 12 ludziom, ale aby objąć jego następcę wystarczyłbym ja z Krzysiem.
Zachwyceni rozpiętością naszych ramion, pojechaliśmy dalej podziwiając rozciągające się po obu stronach drogi wspaniałe krajobrazy. Cisza i spokój, wysokie drzewa i przykrywający wszystko bielutki śnieg w połączeniu z niesamowitym błękitem nieba i panującym na nim słońcem, cieszyły nasze oczy i rozgrzewały nasze dusze. Kilka razy musieliśmy się zatrzymać nie mogąc nadziwić się widokom, które zgotowała dla nas natura. Każda długa, ciągnąca się niemal w nieskończoność droga, nęciła swoją głębią i obietnicą niekończącej się wycieczki, ale my mieliśmy Krzysia, a Krzysiu miał mapę, która nie pozwoliła zwieść nas na manowce i prowadziła nieomylnie do celu. Celu, którego niestety nie udało się do końca osiągnąć. Niestety z racji mej lekkiej kontuzji i pewnych ograniczeń czasowych wynikających z popołudniowych obowiązków musieliśmy diametralnie zmienić trasę, rezygnując z najciekawiej zapowiadających się fragmentów. No cóż, mam nadzieję, że następnym razem pójdzie nam lepiej i już bez przeszkód osiągniemy wszelkie przewidywane cele. A wszystko to, przez te lodowe tafle i niedostatki techniczne oraz brak doświadczenia młodszych zawodników. Nawierzchnia nie była łatwa, jak się okazało jedynym, który przez całą wyprawę utrzymał pion, był Krzyś, natomiast Karol i ja, zaliczyliśmy po kilka upadków, a jeden z moich był na tyle pechowy i bolesny, że przyczynił się do poważnego zmniejszenia tempa pokonywania trasy(teraz dzięki temu mogę chodzić w takiej szpanerskiej kamizelce usztywniającej mój bark i dać sobie kilka dni wypoczynku, pospać dłużej o porankach, poczytać książeczkę, czyli raz jeszcze potwierdzenie znajduje teoria, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło). W ten oto sposób, po prawie 2 godzinach kręcenia i pokonaniu niemal 30 kilometrów, dotarliśmy znów na miejsce startu, gdzie czekał na nas samochód Krzysia. Nie można też zapomnieć o jeszcze jednym aspekcie naszej wyprawy - kulinarnym, czyli wspaniałych bułeczkach przygotowanych dla wszystkich członków wyprawy przez Nunę, które tak pysznie smakowały, gdy zmęczone organizmy domagały się zastrzyku energii, uzupełnione gorącą herbatką i słodziutką czekoladą uprzyjemniły nam to i tak wspaniałe przedpołudnie - DZIĘKUJEMY!
            Karol, który dołączył do nas wraz ze swoim aparatem, udowodnił, że to on właśnie zasługuje na miano latającego fotoreportera, robiąc zdjęcia z ziemi, wody i powietrza, w takich ilościach, że mogłyby starczyć na kilka albumów, o czym możecie się przekonać oglądając w galerii małą część naszych zdjęć z tej eskapady. Ale prawdą jest, że miło potem powspominać wyprawy przeglądając setki zdjęć, zwłaszcza, gdy jest się w wieku, w którym pamięć powoli zaczyna zawodzić i takie właśnie dokumenty mogą ją wspaniale wspierać. No i znajomym można się pochwalić, by zobaczyli jakie z nas dzielne chłopaki, co to się śniegów i mrozów nie boją, przypominając jednocześnie, że zawsze można zwiększyć liczebność naszej drużyny i dołączyć do nas przy następnej okazji!


Samotna wyprawa!

            Na sobotę 21 stycznia meteorolodzy zapowiadali tęgie mrozy i opady śniegu. Większość członków naszego , niezbyt, a można by wręcz powiedzieć, coraz mniej licznego klubu, uwierzyła w te przepowiednie i zaszyła się w ciepełko domów. Jedni pracowali na zewnątrz ( Wojtek, Tomek, Dziadek) inni wyjechali na narty (Maciek M). Co robili pozostali nie wiem. Wiem natomiast że po raz pierwszy pojechałem zupełnie sam.
Mrozu nie było. Temperatura nieco powyżej zera i duże ilości świeżego śniegu powodowały iż każdy kilometr ciągnął się w nieskończoność. Pojechałem do Tomaszowic, bo z tamtym miejscem kojarzą mi się wyjazdy liczne, pełne towarzystwa i śmiechu. Normalnie tą trasę robię w ok. 50 min. W sobotę trwało to o godzinę dłużej!
Na miejscu szczęśliwie okazało się, że Marysia miała gotowy garnek z pysznym posiłkiem - ajntopf(jak to się pisze?) Z pełnym brzuszkiem podjechałem jeszcze do Doroty na jednego i mogłem startować z powrotem do domu.
Proszę nie wystawiajcie mnie na takie samotne próby. Długo tak nie wytrzymam. Mam nadziej że wraz z nadchodząca wiosną i Wy się nieco ożywicie.
KS



Pierwsza wyprawa 2006 roku!

            Zdaje się, że kameralne, dwójkowe wyjazdy stają się tradycją KWP, stałym elementem wszystkich tych wypraw, oprócz oczywiście roweru, jest Krzyś Stojowski, który wytrwale w nich uczestniczy. Cieszy to niezwykle, bo ważne, aby przykład szedł z góry, a nasz dzielny Prezes za dobry przykład może nam niewątpliwie służyć. Dołączyłem do niego ja(Maciek M.), choć ostatnio preferowałem własne nóżki to za rower i wspólnymi wyprawami trochę mi się ckniło. Wspólnie wyruszyli na pierwszą w 2006 roku wyprawę. Tym razem współrzędne geograficzne nie były potrzebne, bo spotkaliśmy się na rogu ulic Gołębiej i Wiślnej. Celu wyprawy praktycznie rzecz biorąc nie określiliśmy, przynajmniej w formie miejsca, po prostu chcieliśmy się trochę przejechać - tak dla przyjemności. Przyjemności czerpanej z jazdy, z samego faktu przebywania w drodze, walki z żywiołem, bo taka zimowa wyprawa to nie przelewki. Na początek ruszyliśmy przez Planty w stronę Wawelu, a następnie mostem Grunwaldzkim przedostaliśmy się na drugą stronę Wisły. Zatrzymaliśmy się na krótką sesję zdjęciową na przeciw klasztoru Norbertanek na Salwatorze, ale sesja była o tyle krótka, że baterie w aparacie zawiodły i udało się wykonać tylko jedno zdjęcie, a na nim samotny Krzyś z klasztorem w tle. Skoro aparat nie działał, nie było już innego usprawiedliwienia, pojechaliśmy dalej. Przejechaliśmy przez most Zwierzyniecki, aby znaleźć się po właściwej stronie Wisły i zaatakować Kopiec Kościuszki. Atak zakończył się całkowitym sukcesem! Przejechaliśmy ostentacyjnie przez podwórze fortów, dając szanse reporterom RMF na zrobienie z nami wywiadu, ale jakoś nikt się nie zjawił, cóż, ich strata. Tu zatrzymaliśmy się na chwilę, aby podziwiać jedną z ciekawszych panoram naszego miasta. Tego pięknego, stołeczno królewskiego miasta Kraków, które rozłożyło się przed nami jak na dłoni. W tych pięknych okolicznościach zabudowy miejskiej udało się namówić aparat na to jeszcze jedno, jedyne zdjęcie. Naładowani pozytywną energią, którą dało nam nasze miasto, ruszyliśmy ostro w stronę Sikornika. Nie było łatwo, bo tu szlaki już mniej przetarte, a śniegu pod kołami całkiem sporo, ale przejechaliśmy na drugą stronę góry i po krótkiej chwili zastanowienie wjechaliśmy ponownie w Lasek Wolski - wytyczając sobie kolejny ambitny cel - ZOO. Tu czekała nas już walka na całego, serduszka pędziły jak szalone, mimo, że my przemieszczaliśmy się w dość wolnym tempie. Nagle okazało się, że ubraliśmy się zdecydowanie za ciepło, a kilka razy musieliśmy zsiadać z naszych rowerów, by na własnych plecach przetransportować je przez największe zaspy i najostrzejsze wzniesienia. Przyroda starała się wynagrodzić nam te trudy, widoki, którymi nas raczyła w pełni rekompensowały nam wylany pot. W końcu oczom naszym ukazało się też ZOO, nawet słoń ucieszył się z naszego widoku i powitał nas radosnym okrzykiem. Równie radosnym uśmiechem powitały nas panie w znajdującej się tam knajpce i ugościły nas pysznym soczkiem i batonikiem. Inna sprawa, że w tej sytuacji ciężko byłoby znaleźć potrawę i napój, który nie sprawiłby nam przyjemności. Po chwili odpoczynku, ruszyliśmy dalej, skoro pokłoniliśmy się Naczelnikowi, trzeba było pokłonić się i Marszałkowi. Tym razem wybraliśmy trochę bardziej przetartą drogę i dość szybko dotarliśmy do podnóża Kopca Piłsudskiego. Wymieniliśmy kilka zdań z panem Marszałkiem, podyskutowaliśmy o tym naszym życiu i jego różnych aspektach, by za chwilę zapomnieć o wszystkim. Zjazd w takich warunkach dostarczył tyle emocji i przyjemności, że praktycznie nic już nie liczyło. Byliśmy tylko my, nasze rowery i masa śniegu, przez który się przedzieraliśmy się. Nasze pojawienie się na Wesołej Polania wywołało spore poruszenie wśród wszystkich snowboardzistów, narciarzy i saneczkarzy tam zgromadzonych. Te wszystkie oczy wpatrzone w nas, zmobilizowały nas mocno i nasz zjazd wypadł całkiem efektownie. Sunęliśmy po śniegu niczym wytrawni narciarze, tylko zamiast dwóch desek mieliśmy po dwa koła! Stąd bliska już droga nad Rudawę, a tam wałami tej rzeki ruszyliśmy w stronę Krakowa. Przejazd wałami też nie należał do prostych, o czym najlepiej przekonałem się na własnej skórze. Wpadłem w pewnym momencie w mały poślizg, moje wspaniałe pedały "spd" tym razem nie zadziałały jak należy i poleciałem w głęboki śnieg, który skrył mnie tak dobrze, że Krzyś nawet nie zauważył mojej nieobecności. Na szczęście udało się jakoś odkopać o własnych siłach, a Krzyś zaczekał na mnie kilometr dalej. Po chwili dotarliśmy do Błoń, teraz ich oblodzona nawierzchnia wydawała się nam całkiem łatwa i przyjazna, szybko przemieszczaliśmy się do przodu, aby koło godziny 14, czyli po 3 godzinach jazdy, dotrzeć do miejsca startu. Stwierdziliśmy, że udało się nam pokonać 23 kilometry - no cóż, średnia prędkość nie porażająca, ale i tak byliśmy dumni i zadowoleni z tych kilku godziny jazdy w śniegach i lodach. Z przyjemnością myśleliśmy o gorącej kąpieli i ciepłym obiadku, które czekały nas w domach. Cóż, bez tej wyprawy przyjemności te nie miałyby tego swoistego posmaku, przecież właśnie dzięki takim wyprawom doceniamy znaczenie tych zwykłych, codziennych czynności, które zazwyczaj mijają prawie niezauważone. Mając nadzieję, że następnym razem zbierze się nas trochę więcej z niecierpliwością wypatrujemy następnej soboty.



Pożegnanie 2005 roku!!!

            31 grudnia - ostatni dzień 2005 roku, a ja z bólem serca zakładam na nogi buty do biegania. Tym razem postanowiłem jednak przedłożyć biegnie nad rower. Wybór nie był łatwy, bo przecież wyprawa organizowana przez Krzysia zapowiadała się wręcz bajecznie. Wciągu ostatnich kilku dni śniegu dosypało ponad miarę, a więc zapowiadała się pięknie ciężka walka i bajecznie piękne widoki, a przede wszystkim bardzo miłe towarzystwo. Dla własnych ambicji, dla własnej satysfakcji, porzuciłem te piękne perspektywy dla tego mojego biegania. Jak się miało potem okazać moje wyrzeczenia nie musiały sięgać aż tak daleko jak myślałem, bo miłe towarzystwo było mi dane spotkać, a i na rower mogłem wsiąść. Oto na trasie II Sylwestrowego Biegu Radości było mi dane spotkać dwóch dzielnych członków naszego klubu, czyli samego prezesa Krzysia Stojowskiego i dzielnie mu sekundującego Wojtka Janiszewskiego, który stara się udowodnić, że opis zamieszczony przy zdjęciu jego brata bardziej pasuje do niego. No cóż, mam nadzieję, że będę mógł napisać: także do niego, a popularny „Dziadek” po chwilowym kryzysie woli, pokaże jeszcze, na co go stać!
I gdy ja o godzinie 11, wraz z innymi zawodnikami, ustawiałem się na linii startu mieszczącej się nieopodal Smoka Wawelskiego, dwóch wspomnianych wcześniej Panów spotkało się całkiem niedaleko.



POŻEGNANIE ROKU!

            Tym razem z góry było wiadomo, że nie będzie nas wielu. Znaczne opady śniegu w ciągu ostatnich dni i perspektywa męczącego wieczoru przyczyniły się do tego ze ostatecznie znów pojechało nas dwóch. Z ambitnych planów jazdy na Kopiec, Sowiniec, Zoo itd. wraz z przejechanymi metrami pozostawało coraz mniej. Rzeczywiście ilość leżącego śniegu nie sprzyjała jeździe na rowerze. Od przechodniów słyszeliśmy uwagi, że to już najwyższy czas przesiąść się na narty.
Po dojechaniu od Wojtka J. na bulwary nadwiślańskie( ok. 400m) byliśmy już nieźle zmęczeni. Nowej energii, motywacji i dobrego przykładu udzielił nam Maciek M., który wyjątkowo w tym dniu zrezygnował z roweru na rzecz biegu sylwestrowego. W gronie około 150 konkurentów 05 biegł trasę 10 km. Traktował to z jednej strony wyjątkowo rekreacyjnie(zatrzymywał się by pozować do zdjęć), a z drugiej potrafił pędzić tak, że nie zdążyliśmy ująć jego postaci w kadrze . Bieg ukończył na bardzo dobrej 28 pozycji, przegrywając tylko o 1 sekundę z Mirelą Zięciną, która zwyciężyła w I Cracovia Maraton w 2001 roku - brawo! Zaraz potem przesiadł się na rower i baliśmy się, że będzie gotów wskoczyć do Wisły, aby zaliczyć w końcu swój wymarzony triathlon.
Pokrzepieni takim przykładem, ruszyliśmy dalej z Wojtkiem w kierunku Tyńca. Niestety jazda była bardzo utrudniona, aby przedzierać się przez tak głęboki śnieg, wychodzić z rozlicznych poślizgów, trzeba by mieć kondycję Indurain’a i technikę Hołowczyca, a my dopiero rozpoczynamy nasze treningi. Nowym mostem na Salwatorze przejechaliśmy na drugą stronę i po asfaltowej drodze dojechaliśmy aż na kopiec Kościuszki. Po drodze spotykaliśmy niewielu ludzi, ale znaleźliśmy jednego takiego, który nadawałby się do naszego klubu. Spróbowaliśmy jeszcze zaatakować Sowiniec - bez powodzenia niestety. W drodze powrotnej zjechaliśmy w kierunku Błoń i objeżdżając je dookoła dotarliśmy do miejsca startu.
To była chyba jedna z najkrótszych naszych wypraw, ale niezwykle wyczerpujący, a przede wszystkim wyprawa ta przyniosła nam wiele radości i satysfakcji.
Pozostajemy z nadzieją, że przyszły rok pozwoli wszystkim członkom naszego skromnego klubu, czerpać wiele radości z pokonywania kolejnych kilometrów na rowerze.

KS

            A ja dobiegłem do mety i gdy zobaczyłem tych naszych dzielnych cyklistów, to pożałowałem, że nie zostawiłem w biurze zawodów roweru, i nie wsiadłem, by pojechać z nimi dalej. Z żalu wielkiego zamiast się zatrzymać, "poszedłem" jeszcze pobiegać, ale z mocnym postanowieniem, że najbliższej soboty rower już nie pójdzie w odstawkę i dołączę do kolejnej wyprawy - pierwszej w 2006 roku!




Jedziemy na wycieczkę!

            W piątek wieczór 16 grudnia AD 2005 w przeddzień ostatniej w tym roku wyprawy, nastroje były bardzo bojowe. Mimo ohydnej pogody( deszcz ze śniegiem) wszyscy byli nastawieni optymistycznie. W miarę poprawiania i klarowania się pogody nastroje słabły. Ostatecznie w sobotę rano, przy lekkim mrozie było biało i warunki okazały się całkiem całkiem.
Jeden w trosce o zdrowie żony, inny o dobro rodziny, następny w trosce o swoją wannę a jeszcze inny w konsekwencji nieporozumienia - tak kolejno wykruszali się w sobotni poranek nasi członkowie.
Ostatecznie pojechało nas dwóch. Najstarsi stażem, pomknęliśmy trasą, którą znaliśmy już dobrze z wypraw letnich. Ale to nie to samo. Już pierwsze hamowanie na takiej nawierzchni skończyło się spotkaniem z glebą nie pozostawiając na szczęście żadnych szkód Warunki były trudne, ale to dla nas nic. Podziwiając okolicę i wyraźnie odczuwając różnice pomiędzy jazdą po twardym podłożu i po śniegu dotarliśmy w okolice obserwatorium astronomicznego z wrażeniem, że przejechaliśmy ze 30 km. Dopiero spojrzenie na licznik sprowadziło nas na ziemie.
Pokręciwszy się nieco po lasku Wolskim i jego najbliższych okolicach, przez Klub Konny Tabun gdzie odwiedziliśmy w pracy Maćka M wróciliśmy ok. godz. 13 do domu. Wstąpiliśmy na małego grzańca do Dymu i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku mogliśmy wrócić do naszych domów, żon i wanien pełnych ciepłej wody.

A może to nie była ostatnia wyprawa w tym roku............?????????????



Puszcza Dulowska.

            Kolejna sobota, kolejna wyprawa, kolejne przejechane kilometry, a wszystko już za nami! To było 10 grudnia 2005 roku. Dokładnie lub mniej więcej o godzinie 10.00(nie pytajcie jak mniej więcej, żeby nie irytować Wojtka Zielińskiego) spotkaliśmy się w ściśle wyznaczonym punkcie N 50o 06' 32.81" i E19o 40' 58.71" (lub tuż obok niego). Tym razem frekwencja była nadspodziewanie duża. Sława naszego Klubu Wirujących Pedałów rośnie, zaczynamy powoli wykraczać poza granicę Małopolski. Oprócz stałych uczestników wypraw(Krzyś Stojowski, Wojtek i Tomek Janiszewscy, Wojtek Zieliński i Maciek Mierzwa), zjawiły się całkiem nowe osoby(Jerzyk Heydel, Ancia i Oleś Półtorakowie), byli też tacy, którzy przybyli aż z Bieska(Piotr Rozwadowski), by móc uczestniczyć w jeden z naszych słynnych wypraw. Warto też odnotować stanowcze obniżenie średniej wieku, a to za sprawą Anci i Olesia, którzy postanowili udowodnić, że młode pokolenie w niczym starszemu nie ustępuje i stawili się na starcie naszej imprezy. Pojechali trochę odmienną trasą, ale i tak brawo za dzielną postawę!
           I tym razem cel wyprawy został osiągnięty, tak pod względem mentalnym, jak i geograficznym. Zdobyliśmy Puszczę Dulowską, zobaczyliśmy zamek w Tenczynku, otarliśmy się o kopuły RMFu tuż obok autostrady, dopiero widmo opłat na bramkach przed Katowicami powstrzymało nasz pęd do przodu, a co najważniejsze udało nam się wrócić do miejsca, z którego wystartowaliśmy i gdzie były zaparkowane samochody, a to już spory sukces. Myślę, że duży udział w tym osiągnięciu miał nowy nabytek Krzysia Stojowskiego, wspaniały mapnik. Nawiasem mówiąc, niektórzy zastanawiają się, czy w naszym Klubie, nie powinny obowiązywać podobne prawa jak w małżeństwie i rzeczy nabyte przez członków Klubu po jego zawiązaniu, nie powinny być własnością wspólną, zwłaszcza rzeczy dotyczące tematyki rowerowej. Nie wiem tylko, jak do tej propozycji odniesie się Wojtek Zieliński, który kilka dni temu zakupił rower.
           Ale powróćmy do początku: miejsce startu, tak ściśle wyznaczone przez Krzysia wyglądało dość szczególnie, krajobraz trochę księżycowy jak to zwykle bywa w okolicach kamieniołomów, na szczęście w sobotę nikt nie pracuje i mogliśmy się czuć w miarę bezpiecznie. Po krótkim okresie oczekiwania na dojeżdżającego z Bielska Piotra, którego spóźnienie doprowadziło do trwałego uszkodzenia roweru Krzysia, wyruszyliśmy na zaplanowaną trasę. Z uwagi na lodową nawierzchnię i brak łyżew, nie narzucaliśmy zbyt dużego tempa. Spokojnie jechaliśmy piękną lodową drogą, po jej obu stronach rozciągał się wspaniały las, który oddzielał nas od wszelkich przejawów cywilizacji. Przesuwaliśmy się po naszej trasie, tak sprawnie, że wkrótce "skończyła" się mapa w mapniku, co zmusiło nas do chwilowego postoju. Oczywiście wykorzystaliśmy to skrzętnie, by pokrzepić się gorącą herbatą lub innymi napojami rozgrzewającymi z różnej wielkości i kształtów termosów. Był też posiłek regeneracyjny, Jerzyk wyjął z przepastnych sakw pyszne "jeżyki", ktoś tam znalazł w kieszeni czekoladę i w ten sposób mogliśmy uzupełnić zapas węglowodanów niezbędnych do podejmowania tak ekstremalnych wysiłków. Martwił nas trochę stan techniczny roweru Krzysia, który co chwilę musiał się zatrzymywać, aby dopomować przednie koło. Początkowo myśleliśmy, że Krzyś robi to, by popisać się przed nami swoją wspaniałą pompką, ale pomka była własnością Wojtka Zielińskiego, więc musieliśmy wykluczyliśmy tą ewentualność. Nasz niepokój się zwiększył, gdy w pewnym momencie, Krzyś przekazał mapę Tomkowi, a sam został by naprawiać usterkę. Na szczęście jakoś poradziliśmy sobie z mapą bez pomocy Krzysia i zupełnie przypadkiem nie zgubiliśmy się w zawiłym terenie nieustających prostych, Krzyś natomiast poradził sobie z nieznośną dętką i po jakimś czasie odnaleźliśmy się w środku Puszczy Dulowskiej, aby dalej ruszyć razem. Minęliśmy wspomniane obiekty RMFu, minęliśmy inne tajemnicze obiekty ściśle ogrodzone wysoką siatką, a po chwili wyjechaliśmy z lasu, oczom naszym ukazały się skrawki cywilizacji, przynajmniej czegoś w rodzaju cywilizacji, a po następnej chwili przed nami wyrosło pierwsza poważna góra, wielkością trochę przypominała Mont Everest lub przynajmniej Gubałówkę, w każdym razie była to prawdziwa górska premia na miarę Tour de France, na której jako pierwszy zameldował się początkujący Jerzyk, postępując dość niefrasobliwie i niepolitycznie, albowiem wyprzedził samego Prezesa KWP - Krzysia. Cóż, udowodnił tym samym, że nie należy do tych, którzy na trasie kalkulują, a przede wszystkim, że ma wielkie możliwości w dziedzinie kolarstwa - takich ludzi trzeba nam w Klubie! Góra była męcząca, ale po jej zdobyciu w końcu mogliśmy okiem objąć trochę więcej świata. Gdzieś tam daleko, na horyzoncie zamajaczyła wieża zamku w Tenczynku. Niezwłocznie ruszyliśmy w jego stronę, rozgrzani ostrym podjazdem jechaliśmy dość szybko i już po chwili zatrzymaliśmy się u bram zamku. Jak przystało na porządnych cyklistów ruinami zamku zachwycaliśmy się nie zsiadając z roweru. Chwilę potem dotarliśmy do ostrego zjazdu, pokonywanie, którego wywołało wśród nas sporo emocji. Zjazd był nie tylko niezwykle ostry, ale i bardzo trudny technicznie, ale wszyscy dzielnie zjechali aż na sam dół nawet nie siadając z rowerów. To było coś! Od tego miejsca ostre tempo narzucił Wojtek Zieliński. Swój niepohamowany pęd do przodu opłacił bolesnym w skutkach upadkiem na oblodzonej trasie, ale szybko się spionizował i ruszyliśmy dalej w zawrotnym tempie pokonując trasę powrotną, dzięki temu na parkingu zjawiliśmy się 3 minuty przed wyznaczoną godziną!
           Jeszcze pakowanie rowerów, jeszcze krótka sesja zdjęciowa i wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni wsiadają do ciepłych samochodów. Po kilku godzinach spędzonych na mrozie, na średnio wygodnych siodełkach, docenia się bardziej niż zwykle uroki automobilu, ciepło płynące z dmuchawy i wygodne fotele. Teraz już bez większych przeszkód dotarliśmy do Tomaszowic. Większa część uczestników skorzystała z zaproszenia Doroty i Tomka Janiszewskich, zjawiając się w ich gościnnych progach. Znów mogliśmy ucieszyć swe podniebienia niebiańskim smakiem podawanych potraw, a ucztę całą zakończyliśmy przecudnego smaku deserem. Niestety poganiani przez Krzysia, który być może obawiał się, że tym razem będziemy musieli coś posprzątać, zdążyliśmy zjeść tylko po jednym kawałku tego wspaniałego ciasta. Krótkie dziękuję, cześć i czołem, i już nas nie ma, a gospodarzy jak tradycja każe zostawiliśmy z tą stertą pustych, brudnych talerzy - dziękujemy!



Napisz do mnie
klub@wirujacepedaly.pl