Ameryka Południowa

Dawno, dawno temu, pewien angielski dżentelmen - Jerome K. Jerome - napisał zabawne i ciekawe książki o “Trzech panach w łódce(nie licząc psa)” i o “Trzech panach w Niemczech(tym razem bez psa)”, tą drugą można też znaleźć pod tytułem “Trzech panów na rowerach”, a my będziemy tu mieli do czynienia, jak to już jest w tytule strony, z takim nawiązaniem do wszystkich tych tytułów, czyli z “Dwoma panami na rowerach w Ameryce Południowej”(raczej bez psa, chyba, że się po drodze przypląta). Historia zapowiada się niesamowicie, czy będzie równie zabawnie i ciekawie jak w książkach pana Jerome K. Jerome? Przekonamy się!
Ale do rzeczy, otóż Karol S wraz ze swoim kuzynem Edziem R(Rey) postanowili odbyć podróż po Ameryce Południowej, a środkiem lokomocji ma być nasz ulubiony ROWER! - pięknie, prawda? chyba jest czego zazdrościć, choć to ponoć brzydkie uczucie, to w tym wypadku doświadczam w pełni całej jego brzydoty! W każdym razie ci dwaj panowie dali sobie na tą podróż 3 miesiące, a co przeżyli i co zdziałali, ta historia Wam opowie:

a tu możecie obejrzeć zakładaną trasę całej wyprawy, której przebieg będzie pewnie weryfikować życie - planowana trasa

8.03.2008 - wiadomość przesłana z Puerto Montt:
U nas super! Na miejsce nie dojechał mój rower, został w Miami, gdzie gnaliśmy na przesiadkę jak szaleni, przez wielkie lotnisko. Ja z pudłem z rowerem na wózku, już myślałem, że mnie ochrona zastrzeli! Odebrałem, więc rower dzisiaj i jutro ruszamy!
Śpimy w pokoiku w prywatnym domu. Pani, która go prowadzi jest bardzo miła, ale jeszcze milsza jest Pani Pomoc Domowa - kucharka, która po pracy przychodzi do nas na podwórko i gada, przyglądając się, gdy my skręcamy rowery.
Właśnie! Rozmawiamy po hiszpańsku, a przynajmniej tak nam się wydaje, bo reakcje tubylców są różne. Czasem budzimy salwy śmiechu naszych rozmówców, ale pocieszamy się tym, że samym sobie nawzajem zdarza nam się zaimponować!
Ludzie są tu mili, miasteczko bardzo żywe i młode. Zagaduję gdzie się da i do kogo tylko można. Jutro jedziemy na południe, niestety musimy złapać drogi prom, bo jedyna droga to objazd 1200 km przez argentyńską pustynię! Wszystko tu w ogóle drogie jak w Polsce, np. za nasz lichutki pokoik płacimy 5500 pesos, a 1 usd to 430 pesos!

13.03.2008:
Po dwóch dniach w Puerto Montt wyruszyliśmy w drogę! Kolejne odcinki naszej trasy przerywane są oceanem, co nie ułatwia sprawy. Mogliśmy wybrać się w całodniowy rejs turystyczny, który dowiózłby nas do miejsca, z którego prowadzi nieprzerwana droga, ale nie interesowało nas to. Zapłaciliśmy za tą decyzję dystansem, ale BYŁO WARTO!!!
Pierwszego dnia po ok. 45 km dotarliśmy do miejscowości Ayacara. Raczej nie znajdzie tato na mapie, przynajmniej na żadnej z tych, które kupiliśmy tu, nie było jej(no cóż, widać tato ma dostęp do lepszych map, o czym przekonacie się oglądając mapkę pierwszego etapu podróży). Stamtąd odjeżdża prom, bo droga się urywa, a w górach las jest tak gęsty, że nawet na piechotę nie idzie przejść.
Czekając w kolejce wsiedliśmy do kolesia, który czekał w swoim pick-upie. Gadaliśmy wesoło, a na koniec zawiózł nas do swoich znajomych “po drugiej stronie” u których zanocowaliśmy.
Następnego dnia dojechaliśmy piękną drogą do miejscowości o malowniczej nazwie PICHICOLO. Wyruszyliśmy tam mimo faktu, że wszyscy zapewniali nas, że raczej nie ma stamtąd żadnego promu! Liczyliśmy na zabranie się z jakimiś rybakami, a na miejscu okazało się, że prom będzie następnego dnia. Ulokowaliśmy się u bardzo miłych ludzi. Wieczorem poszliśmy coś zjeść do baru, gdzie zostaliśmy do północy. W barze było 30 facetów i żadnej kobiety, sami rybacy czekający na przeprawę następnego dnia. Przesiadając się od stolika do stolika “przetasowaliśmy” kapitana, majtków, indywidualnych rybaków(wśród nich jednego homoseksualistę, który składał propozycje zarówno Edziowi jak i mnie) i jednego rolnika - było naprawdę miło.
Nazajutrz, o 9 rano wsiadamy na prom, czyli barkę na max. 20 osób, bujało nią jak nie wiem co!, a płynęliśmy prawie 3 godziny i cały ten czas przegadaliśmy z towarzyszami podróży. W południe byliśmy na drugim brzegu. Wsiedliśmy na rowery i w końcu rozpoczęliśmy jazdę, a dojechaliśmy do BUIL, gdzie okazało się, że prom jest za 2 dni. Nie było innego wyjścia, musieliśmy zostać. Ale dzień przerwy w podróży nie oznaczał dnia nieróbstwa. Dzień ten spędziliśmy jeżdżąc na rowerze po okolicy. WIDZIELISMY W MORZU DELFINY I LWY MOSKIE i to jakieś 100 metrów od nas!!!!!! Spotkaliśmy też chłopaków, którzy łapali w potoku łososie - prawdziwi myśliwi.
Dziś przejechaliśmy najdłuższy dotychczas dystans - 65 kilometrów po morderczej drodze. Jestem dość zmęczony, a jutro ruszamy dalej!
Chciałem dać taki drobny zarys naszej podróży, a wyszło trochę dłużej …
TATO! JEST SUEPR! Spotykamy przemiłych ludzi, zachwycamy się przyrodą - tutejsze lasy są NIEAMOWITE!!!!! Z morza wyrastają od razu wielkie góry, wśród nich wulkany, las jest niesamowity(nigdy nie widziałem tak gęstego). Jest zupełnie DZIKO! Oglądaliśmy delfiny, gadaliśmy z rybakami. Mieliśmy z nimi winkowy wieczór, a nawet dwa wieczory, bo wczoraj był kolejny, ale największe wrażenie robią chyba góry!
Rower spisuje się dobrze, a taty śrubka uratowała Edzia, który co chwilę wspomina, że bez taty by nie przeżył - bardzo go zaskoczyła i ucieszyła!
Jedziemy drogą, która nazywa się CARRETERA(autostrada) AUSRAL, ale niech nazwa nikogo nie myli - jest szutrową drogą bardzo niskiej jakości Trzeba dodać, że na 1500 kilometrach południowej części Chile, drogi asfaltowe są zupełnym ewenementem! To zdecydowanie wzmaga dzikość!
Na dziś kończę, jutro ruszamy na południe, a miasto, z którego piszę tą wiadomość zwie się CHAITEN(to znajdzie tato akurat na mapie) i jest ostatnim większym na naszej trasie w czasie najbliższych dni, więc nie wiem, kiedy będę się mógł znów odezwać.

- może tu zamieszczę mapkę pierwszego etapu podróży, choć wytyczona na niej trasa nie odpowiada idealnie miejscu ostatnich zapisków - mapa

19.03.200:
Pierwszej niedzieli niestety nie udało mi się pójść do kościoła - jedyny ksiądz w okolicy był 300 km dalej, wyjechał parę miesięcy wcześniej i od tego czasu go nie widziano. W tę niedzielę(PALMOWĄ) byłem za to na Mszy, i to z biskupem! Akurat przyjechał do La Junta - miejscowości, w której byliśmy. Cieszył mnie bardzo sam fakt bycia w kościele, a także tutejsza specyfika.
Plan podróży zapisuję cały czas w notesiku, a tu tak w telegraficznym skrócie, napiszę, plus minus, jak było:
Z Chaiten pojechaliśmy dalej na południe, spaliśmy kolejno(o ile dobrze pamiętam) w miejscowościach: Santa Lucia, La Junta, Puluyhuapi, El Amengual i Coyaihque - to już dziś. Ciekawym noclegiem było spanie u bardzo starej babci, zamieszkującej dom w ogromnej, ponurej dolinie, w osiedlu składającym się z około 10 domów - wszystkie pozostałe były opuszczone. Nie wiem, jak babcia sobie radzi na co dzień.
Widoki są po prostu bajkowe! Wydaje się, że jesteśmy w samym sercu chilijskiej Patagonii. Góry są tu ogromne, w dużej części zaśnieżone, droga przeważnie szutrowa, roślinność przebogata, wzniesienia czasem bardzo męczące, np. półtoragodzinny podjazd z prędkością 5 km/h(jak łatwo obliczyć około 8km cały czas w górę!!!). Jest przepięknie! Musiałbym wymyślić jakieś słowo będące n-krotnym iloczynem słowa “zachwyt”, by opisać swoje emocje!
Rowery sprawdzają się bardzo dobrze(nawet mój lepiej!). Bardzo bym żałował, gdybym nie miał Mamusi apaszki i kremu oraz Taty licznika!(oraz wielu innych rzeczy!) Edziowi trochę się psuje przerzutka i raz złapał gumę, ja prawie starłem pierwsze klocki!
Kończę, bo zaraz mamy wyprowadzić się z pokoiku.

23.03.2008:
Wróciliśmy właśnie z kościoła, było spontanicznie, ale niespecjalnie uroczyście. W Wielki Piątek uczestniczyliśmy w Drodze Krzyżowej - bardzo specyficzna: w parku, bez “chodzenia” - stacje były tylko odczytywane, ale za to na szeroką skalę inscenizowane, łącznie z ukrzyżowaniem(mimo wszystko bez gwoździ, tylko liny i przepaska mimo b. niskiej temperatury).
Od trzech dni jesteśmy w Argentynie. Jak dotychczas nie robi takiego wrażenia jak Chile, ale to na pewno charakterystyka regionu. Na razie jedziemy przez zagłębie ropy: pustynia, i to taka prawdziwa: płasko jak na stole, rosną tylko niskie suche krzaczki(30 cm), droga prosta jak w mordę strzelił, rozpływa się w falach gorąca gdzieś przed horyzontem. W tych warunkach, z wiatrem w plecy robiliśmy lekka nogą 160 km dziennie, wyjeżdżając o 13(wcześniej problemy z rowerami i wizyta u mechanika, karta w banku). Jadąc przez ten krajobraz mijamy tylko ogrodzone tereny pomp tłoczących ropę. Wszyscy pracują w wielkich paliwowych koncernach. Miasta są oddalone od siebie(dotychczas ok. 120 km.), a punkty oznaczone na mapie jako miejscowości okazują się być kilkudomkowymi, szarymi dziurami, bez spania, ani knajpki. Jeździmy kaskaderskie dystanse, pokonując resztę trasy stopem(jeździ tu dużo pick-up´ow).
Nasza trasa przedstawia się tak: Puerto General Ibanez - prom przez Lago de General Carrera do Chile Chico(w Chile Chico granica Chile-Argentyna) - Los Antiguos - Las Heras - Caleta Olivia i tam spanie i świąteczno-niedzielny dzień przerwy!

- a tu wstawię kolejną mapkę, następnego etapu zmagań dwóch panów na rowerach z kontynentem Ameryki Południowej: mapa

27.03.2008:
W dwa dni przemierzyliśmy Patagonie w poprzek i dotarliśmy nad drugi z oceanów. Droga była ciekawa i dała możliwość zobaczenia zupełnie nieznanych krajobrazów: pustynia i droga prosta jak w mordę strzelił. Budujące było pokonywanie w tych warunkach, przy korzystnym wietrze, kaskaderskich dystansów. Jednak po dwóch dniach zaczęło być dość monotonnie, zwłaszcza, że ta Patagonia nie ma nic wspólnego z pięknymi górami, za to ma wiele wspólnego z ropą: co chwile mijamy skupiska ponurych pomp albo siedziby paliwowych koncernów - trochę tak, jakby jechać przez śląskie kopalnie.
Pisze, więc z Puerto Pyramides - to małe miasteczko na półwyspie Valdes, wpisane na listę dziedzictwa UNESCO. Powodem jest morska fauna. Skorzystaliśmy nieźle: dziś oglądałem lwy morskie i pingwiny(podszedłem, a raczej podczołgałem, je na mniej niż 10 m), za to wczoraj z odległości najwyżej 50 metrów asystowałem przy polowaniu orki na foki.
Wczoraj nocowaliśmy na farmie owiec. Pasterze zlitowali się widząc nas pedałujących smętnie w stronę miasteczka w ciemnościach koło 21! Spaliśmy w garażu, jedliśmy owce zamordowaną chwile wcześniej, a także urżnęliśmy się z pasterzami. Najstarszy z nich, mimo całego dnia w polu, wyglądał jak z żurnala albo albumu: krwista koszula a la Hugo Chavez, granatowy fular i beret - było bardzo miło.
Dotarliśmy tu stopem(tir) i tak samo chcemy dotrzeć do Buenos Aires. Droga przez pustynie przestała fascynować nowością, do tego jest coraz więcej aut i ciężarówek, których się boimy, poza tym zaczyna nam się spieszyć do Brazylii, Boliwii i Peru, gdzie chcieli byśmy spędzić więcej czasu niż tu!

30.03.2008:
Jestem w Buenos Aires. Dojechaliśmy tu z Valdes autobusem(całą noc i trochę) i trochę stopem, chcąc uciec z ruchliwej dogi(ruta nacional no 3) i nie przynoszącej nowości krajobrazów. Miasto jest ciekawe, dosyć europejskie, a jednak nie, wcale nie czuć ze to stolica. Byliśmy na mszy, po której dojechały nas lokalne babcie, wzruszone papieską narodowością, miastem i imieniem. Jeździłem cały dzień na rowerze oglądając m. in. kilka tanecznych grup, które za miejsce występów wybrały np. plac przed wejściem na główny cmentarz, na którym pochowano krajowych wieszczów i najbardziej zasłużonych. Ciągle spotykamy coś nowego i zaskakującego.

31.03.2008:
Właśnie wyjąłem ostatnie 200 pesos(3.4 pesos - 1 usd; ) - ceny najczęściej jak Polsce, czasem wyższe, rzadziej niższe). Miałem niespodziewane wydatki, największy z nich to wymiana wszystkich szprych w tylnym kole! Tak: 3 poszły, cale koło było mocno scentrowane, a przed bezdrożami Brazylii, Boliwii i Peru wołałem mieć solidne, zwłaszcza, że perspektywa “serwisów” niepewna. Po drobnych naprawach rowerowych ruszamy za 2 dni przez Urugwaj do Brazylii.

2.04.2008:
Teraz schowałem się za to w knajpce przed mega ulewą, która dopadła mnie właśnie po wyjściu z biura podroży, gdzie kupiłem bilet do Urugwaju promem na jutro. Dziś w Buenos Aires dzień wielkich manifestacji. Różnią się znacząco od protestów polskich pielęgniarek, można by nawet przypisywać im wartość artystyczną: muzyka, tańce i melodyjne skandowanie. Główne ulice tego wielkiego miasta(włącznie z avenida 9 julio, uznawana za najszerszą ulicę świata) zamknięte, zupełnie zalane entuzjastycznymi tłumami. Rzecz dotyczy sprawy podniesienia podatków na produkty rolne - rolnicy protestują u siebie, a stołeczni, wkurzeni przerwaniem dostaw, licznie popierają prezydenta(a raczej panią prezydent Kristine Kirchner).
Myślę o rozstaniu z Edziem. Chciałbym przez jakiś czas popodróżować samotnie. Z ciekawości ludzi, od których, z największa miłością do Edzia, towarzysz jednak trochę się odcina, z ciekawości nowego, a także(może to najważniejsze), z ciekawości samego siebie. Chciałbym pobyć tu sam. Z Edziem jest nam super, dogadujemy się wspaniale i rozumiemy naprawdę bardzo dobrze, ale i Edzio i ja jesteśmy coraz bardziej ciekawi tych samotnych doświadczeń.
Zdaje sobie sprawę, że jest prawdopodobne, że dostane w mordę, ukradną mi rower, kasę albo paszport. Jeśli jednak tak się ma stać, to stanie się tak z Edziem czy bez niego. Poza tym, to trochę część tutejszych realiów, których konsekwentnie jestem ciekaw. Chce wyraźnie podkreślić, ze nie znaczy to oczywiście, że planuję pakować się w najbiedniejsze fawele po zmroku i że szukał będę najbardziej mrocznych miejsc. Mam głowę na karku i moja ciekawość znała będzie umiar, nabrała zresztą w ciągu miesiąca pewnego(choćby najlżejszego) wyczucia. Planuje jazdę przez pola i wsie, to nie jest obszar biednych przedmieść wielkich miast, gdzie dzieci biegają z bronią.
Już zdecydowaliśmy. w najbliższych dniach rozstajemy się. Cały czas będziemy utrzymywać łączność, dbać o siebie i pozostaniemy czujni i gotowi do “dołączenia”, gdy tylko nadejdzie znak od jednego albo drugiego. To będzie tym łatwiejsze, że będziemy cały czas jechać podobną trasą. przewidujemy ewentualnie spotkanie po jakimś czasie.

4.04.2008:
Jestem teraz w Montevideo - miasto jest mniejsze od Buenos Aires, jednak nie ma jego uroku. Droga z Colonii, gdzie dojechałem promem z Buenos, przypominała trochę Kaszuby, z tą różnicą, że zamiast buków albo topoli wzdłuż niej rosły palmy. Dziś, po chwili telefonów i pisania maili, wyjeżdżam dalej na wschód, wzdłuż wybrzeża, a za kilka dni do Brazylii!

8.04.2008:
U mnie wszystko dobrze(choć w tych dniach nie opuszcza mnie na długo, smutniejszy nastrój). Spałem dziś u życzliwego chłopa, choć smutne wrażenie robił fakt jego rozwodu, który wplatał ciągle w rozmowę. Wieczorem przygotowałem sałatę z pomidorów i cebuli, jedliśmy ją razem gadając o życiu. Przy okazji miałem pierwsza noc w towarzystwie garści karaluchów. Na koniec gospodarz odmówił przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy - planuje przynieść mu ananasa.
Kupiłem namiot, jest bardzo mały(dwójka), waży niewiele ponad kilogram i kosztował… 14 usd. Zdobyłem też otwieracz do konserw, może spędzę parę nocy w pustkowiu trapersko. Dopadłem małą czołówkę(wszystko we friszopie - jakość pewnie marna ale powinny wystarczyć na dwa miechy).
Jestem w mieście na granicy Urugwaju i Brazylii(CHUY), a ostatnie noclegi to la ROCHA-AGUAS-DULCES-CHUY, po jednej stronie ulicy jest Urugwaj a po drugiej Brazylia. Już widzę, że z językiem będzie nietęgo. Za chwile zbieram się do przejścia i szukam stopa na północ, albo pojadę jeszcze dziś kawałek na rowerze i zasnę w namiocie.
Samotna jazda sprawdza się, piszemy sobie z Edziem. Jest parędziesiąt kilometrów przede mną, choć wyprzedzę go, jeżeli złapie stopa. U niego tez wszystko dobrze. Ja nie spotykam podróżników, ale Edzio rozmawiał z siedemdziesięcioletnim emerytem, Polakiem, który od parunastu lat jeździ na rowerze po świecie.

11.04.2008:
Jestem od dwóch dni w Brazylii, wszystko układa się znakomicie. Ludzie bardzo życzliwi i mili. Na razie jazda niespecjalna, ale jadę w kierunku morza. Noclegi to: Santa Victoria - Pelotes - Osorio(dzisiaj tam dotrę). Niestety nie mogę pisać dłużej, wpuszczono mnie do klimatyzowanego biura dużej stacji benzynowej, bo pani poszła na przerwę powiedziano 10 min, więc musze kończyć.

13.04.2008:
Dziś spałem w Terra de Areia, teraz pisze z Torres, jadę dziś jeszcze kawałek i zatrzymuje się w zależności od możliwości kościoła. Cztery dni Brazylii minęły dość szaro - dużo jazdy autostopem przez nie najciekawsze okolice. Dziś w końcu jadę wzdłuż morza przez małe wioski i miasteczka. Wszyscy są tu bardzo serdeczni - gdy bezradni dukam “praia? praia?” albo nazwę jakiegoś miasta wskazując kierunek. Oni szczerzą zęby, pokazują podniesiony kciuk i niespiesznie kiwając głową wyśpiewują “jjjiszto!”, klepiąc mnie po ramieniu. Gdy po portugalsku bezbłędnie odpowiadam “dziękuje”, klepią jeszcze mocniej i śmieją się głośniej.
Z okna tira oglądałem obszerne i pobudzające wyobraźnie fawele Porto Allegre(+/- jak z Rynku do Balic). Niedługo chce jechać na zachód, w stronę Argentyny lub Paragwaju, może autobusem albo stopem, w zależności od możliwości. Stan licznika - 2000 km

- Karol coraz dalej, więc czas na kolejną mapkę z wytyczoną trasą jego przejazdu: mapa

17.04.2008:
Złapałem autobus jak chciałem - po dwudziestu godzinach jazdy znalazłem się w leżącym na skraju trzech granic: Foz do Iguazu(Arg: Puerto Iguazu, Par: Ciudad del Este). Jak przypuszczałem - po paru godzinach “odjazdu” z nieszczęśliwej drogi 101 zrobiło się o niebo ciekawiej, nie mam jednak czasu na wszystko, więc nie żałuje. Jazda dniem była dobrą turą turystyczną, choć chwilami traciłem pewność gruntu: kierowca bardzo eleganckiego autobusu gnał bez opamiętania, stopa ciążyła mu również przez ok. 30 kilometrów podjazdu jak z filmu: Kreta, droga ze skarpą i urwiskiem. Wjechaliśmy na dziką wysokość, a widoki przyprawiały o westchnienia. Poranną porą, w deszczu, dotarłem do miejsca z logo UNESCO. Globalna wizytówka była tylko skromną zapowiedzią tego, co zastałem na miejscu. Spędziłem pół dnia w parku narodowym Foz do Iguazu. W grę wchodzą wodospady, które naprawdę zapierają dech w piersiach. Tony wody z wielkich wysokości wśród nadzwyczaj gęstej zieleni. Po południu przeszedłem na paragwajską stronę i zastałem burdello jak się patrzy. Podobno to dlatego, że miasto jest przebudowywane.
Dziś na przejściu zaszkodziłem przerzutce: w zamieszaniu nie zauważyłem ekstremalnej dziury. Jutro musze odwiedzić mechanika. Śpię w skromnym hoteliku, jutro odbieram pranie, idę do bicicliteria, kupuje dobrą mapę i wyruszam.

- Karol pędzi przed siebie, więc muszę kolejną poprawkę na mapie zaznaczyć: mapa

18.04.2008:
Przytrzymany deszczem, spędziłem 2 dni w leżącym u styku granic paragwajsko-argentyńsko-brazylijskich Ciudad del Este. Wg pierwszych wrażeń Paragwaj ma szanse być najbardziej egzotycznym dotychczas miejscem. Jest o tyle ciekawiej, że w niedziele odbywają się tu wybory i trwa folklorystyczna kampania prezydencka. Nominat na wiceprezydenta jednej z partii jeździ przez miasto rozsypującym się golfem, a z wystawionych na dach głośników dudni na pół miasta zmiksowana samba. Kandydat - w koszuli w kwiaty i w klapkach - zatrzymuje się przy straganach i postojach taksówek ściskając wszystkich jak starych znajomych. Pretendenci do prezydentury to kobieta(bez specjalnego doświadczenia), eks-generał i eks-biskup. Wyjaśnień szukałem w gazetach i u kolejnych właścicieli odwiedzanych księgarni.
Za chwile wyjeżdżam drogą na zachód, w stronę stolicy.

23.04.2008:
Spędziłem niesamowite dwa dni w Asuncion pod opiekuńczymi i serdecznymi skrzydłami zupełnie przypadkowej rodziny. Bezinteresowna gościnność ubogich sklepikarzy była niesamowita. Wszedłem do sklepu pytając o spanie i tak im się spodobał rowerzysta, że zaprosili mnie do siebie.
Nocleg w salonie ich przyjaznego domu stanowił kontrast spania noc wcześniej w kiczowatym motelu, gdzie wystawiono mi rachunek… za godziny. Wczoraj obwieziono mnie po mieście, pokazując najuboższą stolicę jaką widziałem. Łaziłem po targu pełnym nieznanych ziółek i owoców(kiść ok 20 bananów za ok. 50gr). Przez cały dzień z wesołych ust, prostych i niezwykle ciepłych gospodarzy poznawałem interesującą historie dumnego, choć dziś biednego Paragwaju. Wieczorem wydano kolację i wznoszono za mnie toasty w kilkunastoosobowym gronie przyjaciół. Bardzo jest ciekawie, a opatrzność znów doprowadziła mnie najlepiej jak się dało. Paragwaj ekstra ciekawy i biedny.

26.04.2008:
Od paru dni jadę przez zachodnią częścią kraju(Paragwaju), której mieszkańcy wyraźnie odróżniają tożsamość regionu od reszty - Chaco. To zupełnie, co innego niż region oriental. Inne są krajobrazy i ludzie jakby spokojniejsi, a przy tym niezwykle gościnni. Cały czas zapraszają do siebie, rozmawiają, pytają, dzielą się miodem itd. Nie ma przystanku, żebym nie był zagadywany lub zapraszany. Wielu Indian. Wyłącznie mniejsze miasteczka, a między nimi długie dystanse. Na drodze mijam rozjechane male krokodyle, a rano papugi szperają w moich torbach. Ciekawe zamieszanie w z związku z wynikiem niedzielnych wyborów. Po ponad 60 latach od władzy odchodzi partia colorados, a prezydentem zostaje były biskup. Popijam sok, który wyciskam z grejefrutów(50 gr za 3 szt). Jest superowo. Jadę spokojnie w stronę Boliwii. Wczoraj, specjalnie żeby móc do Was napisać, przejechałem 217 km.

1.05.2008:
Pisze bardzo krótko z ruchliwego dworca w Santa Cruz w Boliwii. Możliwe, że nagle skończę, jeżeli zgarnie mnie mój przewodnik - amigo z autobusu tu z Paragwaju. Mistrz Boliwii w biegach długodystansowych, poszedł sprawdzić następne połączenie.
Od trzech dni przemieszczam się autami i autobusami. Z miasta Mariscal(gdzie spałem na terenie wojskowego garnizonu, w domu koleżki, który zabrał mnie ze stacji benzynowej) pojechałem przedwczoraj, jeszcze rowerem, do La Patria. Tam, wieczorną porą, zastałem miłych policjantów, którzy obiecali wsadzić mnie do auta, jeżeli jakieś jechałoby w stronę oddalonej o 160 km Boliwii, jeszcze tego samego dnia. W licznej i zaczynającej trunkową aktywność lokalnej wspólnocie przodował figlarny policjant. Nagle wypalili z pytaniem czy mam pieczątkę z migraciones???!!! Okazuje się, że zagraniczni prezentują się celnikom 280 km przed granicą. Wróciłem, więc stopem do Mariscal, podbiłem paszport, przeczekałem pół nocy(pijąc piwko ze starymi kolegami) i rano wsiadłem do autobusu do Santa Cruz. Poprosiłem kierowcę, by obudził mnie w La Patria, gdzie zostawiłem u policjantów rower. Kierowca jednak o tym zapomniał, a ja po trudach nocy obudziłem się 80 km za La Patira. Wyskoczyłem, złapałem stop z powrotem, i zameldowałem się na komendzie(drewnianej budce 2 x 3 m). Przez cały dzień nie pojawiło się żadne auto. Pojawiło się za to kilka wyładowanych ciężarówek, których tajemniczy szoferzy po konfidenckich rozmowach wręczali gliniarzom prezenty w postaci m.in. świni. Znów, więc przeczekałem dzień i noc tym razem gadając z Włochem, miłośnikiem Che, który tegoż śladami przemierzył Boliwię kilka razy. Nad ranem wsiadłem do autobus, którego kierowca rżnąc mnie niemiłosiernie zabrał mnie do Santa Cruz.
No i jestem tu, czekam na autobus do miejscowości o malowniczej nazwie COCHABAMBA, skąd kolejką(albo rowerem) pojadę oglądać solną pustynie i gejzery w Uyuni.

5.05.2008:
Przez trzy dni jeździłem jeepem po Salar de Uyuni, największej pustyni solnej świata, oglądając gejzery, wulkany, kolorowe jeziora, piękne góry i pustynie(solna i piaskowa). Bardzo niepewnie wpakowałem się do zorganizowanej grupy, która okazała się być sympatyczną. Rower zostawiłem, bo na pustyni nie ma żadnego oznakowania i podobno ludzie nawet w autach się potrafią zgubić. Noce tu nie raczyły upałem, pewnie dlatego, że wysokość dochodzi do 5000mnpm. Jednak góry są piękne.
Czuję się świetnie. Zaczynam odczuwać zbliżający się koniec jazdy i nerwowo decyduje o ostatnich odcinkach, bo chciałbym załapać się na jak najwięcej. Dziś mam dzień odpoczynku, prania i czekania na autobus, którym przez noc dostane się do La Paz. Stamtąd zacznę pedałować.
Zmykam odebrać pranie.

9.05.2008:
Wczoraj zjechałem Camino de la Muerte(zobaczcie co znalazłem w googlu - http://images.google.pl/images?hl=pl&q=camino+de+la+muerte&btnG=Szukaj+obraz%C3%B3w&gbv=2!!!dopis.Krzyś). Trasa jak z bajki - dawna droga z La Paz do Coroico, prawie 70 km, z wysokości ponad 4 tys. metrów na niewiele ponad 1 tys! Część drogi jest asfaltowa, jednak pożniej “nowa” trasa idzie prosto, a rowerem można wbić się na starą - szutrową. Droga, którą wcześniej tylko sobie wyobrażałem jako najbardziej przeraźliwą, wlekąca się w poprzek zbocza cienką nitkę, z kilkusetmetrowym urwiskiem - stała się wczoraj moją trasą. Było niesamowicie! Zatrzymywałem się, co 10 minut, gapiąc się z zapartym tchem na monstrualne góry, na których nie było miejsca wolnego od lasu(im niżej, tym bardziej tropikalnie). Przezornie wybrałem się po zorganizowanych grupach. Dzikie bandy gringos zjeżdżają trasę w 2 h, ja - z postojami, jechałem co najmniej 5. Po drodze byłem jeszcze w La Paz, najwyższej stolicy świata, gdzie wspinając się na 2 piętro hoteliku dostawałem zadzyszki. Uciekłem, szczęśliwy, w dziksze rejony. Po grubo przedłużonej gościnie w wiosce, i z chwilą czekania w Coroico na internet, bo nie było prądu w promieniu 30 km, dziś przejechałem niewielki kawałek pod ostrą góre.

12.05.2008:
Jestem w Chulumani, po paru dniach jazdy drogą z niezmiennie makabrycznym urwiskiem, przez piękne lasy i cudowne góry. Jest super, ale trochę wariuje nie mogąc zdecydować się w którą stronę jechać dalej. Jedna droga prowadzi przez tłoczne La Paz, którego wolałbym uniknąć, druga przez coraz bardziej pustą yunge, która mnie szalenie ciekawi, ale nie mam na nią czasu…

- kolejne etapy przejazdów Karola możecie obejrzeć na mapie

19.05.2008:
Jestem w Puno, jadę wzdłuż jeziora Titicaca, w stronę Cusco. Widoki są dalej piękne, podobnie - nie zmienia się wysokość, która sprawia, że błyskawicznie łapie zadyszkę, a w nocy marznę pod paroma kocami. Ludzie niezmiennie sympatyczni. Przed chwila jadłem śniadanie z miłym i egzaltowanym rzeźnikiem.

21.05.2008:
U mnie super. Jestem w Peru w Cusco, skąd wyruszam na Machu Picchu. Później do Arequipy i do Limy. Jest bardzo pięknie i ciągle nowe doświadczenia. Wczoraj na przykład miałem jedno, które Wam opisze.
Mamo - czytając, proszę się nie martwić, bo wszystko skończy się bardzo dobrze!
Po paru godzinach w autobusie, przyjechawszy do Cusco, zmęczony, wkroczyłem do knajpki przy dworcu, żeby coś zjeść. Usiadłem metr przy wejściu, obserwując bezustannie mój oparty o ścianę(ale na zewnątrz) rower. Wstałem na 10 sekund, żeby zapłacić i rower znikł. Z całym bagażem, ciuchami i wszystkim, co mam. Została mi tylko torebka z paszportem kartą, kasą itd.(na pasku) i druga, ta którą zakładam na kierownice, z aparatem. Wybiegłem(wołając do szefowej: zostawiam torebkę(tą na kierownice), bo tą najważniejszą mam zawsze na sobie. Ktoś, wskazując paluchem krzyknął - tam! Popędziłem w stronę najciemniejszą, wskoczyłem w taksówkę. Patrolowałem parę skrzyżowań przez dwie minuty, wyskoczyłem. Biegałem przez mroczne uliczki. Jakiś przyjazny facet zawołał: ukradli ci rower? - Na moje smutne: tak! - zaprosił mnie i wskoczyliśmy w jego auto razem z przechodzącym policjantem. Gnaliśmy ulicami dużą Toyota. Jazda była filmowa: policjant wychylając się przez okno gwizdał, kierowca z piskami zasuwał pod prąd. Taka kaskaderka prowadziła w te i we wte przez jakiś czas. Po chwili delikatnie zapytałem policjanta, czy nie mógłby rzucić dwa słowa przez radio, że może wszystkie patrole zobaczą w okolicy to będzie łatwiej. Przerwawszy gwizdanie wrzasnął: “bien” i wyjął komórkę, z której zadzwonił do kolegi. Moje nadzieje na efekt powiadomienia jednostek w okolicy cokolwiek się zmniejszyły. Pojechaliśmy jednak na Moilno - tamtejszy targ rowerowy. Tam konfidenckie pogaduszki z kumplem kierowcy - że jakby się pojawił, to bez żadnych problemów, że odkupimy. Żegnając nadzieje na dorwania rabusiów i z planem wizyty na targu nazajutrz, pojechaliśmy na policję złożyć raport. Znudzony komendant skierował do podwładnego, który bardzo się zaangażował. Przez jakiś czas ciężką ręką opisywałem cały mój, stracony dobytek. Policjant zabrał się do niewprawnego przepisywania tego na komputerze, a ja z kierowcą pojechaliśmy do knajpki po zostawioną tam torebkę. Wkraczam - A TAM MÓJ ROWER! Szefowa woła, że jest!!!, że proszę!!!, że syn wybiegł, że razem z kolegą gnali i złapali złodziejaszków na boisku(my przejeżdżaliśmy obok tego miejsca chwile wcześniej!!??!!), że obili ich i odebrali rower. No i oto on!!!! Wyobrażacie sobie jak czule całowałem ręce gospodyni, klepałem przyjacielsko i z wdzięcznością chłopaka(18 lat), wsuwając mu dyskretnie banknoty. Atmosfera była prawie rodzinna. Luis(mój pomocny kierowca) skakał z radości. W tak rodzinnej i prawie przyjacielskiej atmosferze żegnałem się - zauważając brak aparatu fotograficznego w torebce, którą zostawiłem na ladzie wybiegając w pościg. Wdzięczność za rower i niespodziewanie przywrócona nadzieja kazały mi sądzić, że aparat zwinął jakiś postronny klient knajpki. Z kierowcą pojechaliśmy z powrotem do policjantów, którzy porzuciwszy męczące przepisywanie na komputerze, wpadli jeszcze do knajpki żeby przepytać moich wybawców. Tak zakończyła się aktywna część przygody.
Ponieważ chcę opuścić Cusco na 2 dni w celu wędrówki na Machu Picchu, zostawiłem rower u Luisa i zainstalowałem się w hoteliku tuż obok pechowo/szczęśliwej knajpki. Opowiedziałem pobieżnie moją historie recepcjoniście, który najżyczliwiej jak potrafił nadał moim wyobrażeniom inny tor. Stwierdził, że pracuje w tym miejscu 7 lat, że zna szefostwo knajpki i że to znane bandziory. Jest pewien, że rower znalazł się tylko dlatego, że jak zobaczyli z jakim zapałem i determinacja rzuciłem się w pościg to przestraszyli się, że wrócę z policją, a ta wkracza bez pardonu do mieszkań, piwnic i garaży. Był święcie przekonany, że aparat z torebki gwizdnął mi wiekowy dueno. W duchu pozostaje mi jednak więcej wdzięczności i szczęścia z odzyskanego roweru i dobytku(z którymi się już powoli żegnałem) niż podejrzliwości wobec dueno. Kiedy znowu otworzą zamkniętą teraz knajpkę, pójdę pertraktować, czy może wie kto by mógł???? a może coś widział???? a może chociaż karta ze wszystkimi moimi zdjęciami???? że jeśli tak to zapłacę!!!!! Tak więc bogatszy o nowe doświadczenia, jutro wyruszam dalej - na Machu Picchu. Za dwa dni wracam do Cusco(tańsza, nie - agencjowa droga zajmuje dwa dni), jestem zaproszony na wieczór do Luisa na rodzinną kolacje.
ZA TRZY TYGOIDNIE O TEJ PORZE BĘDĘ W KRAKOWIE:)

27.05.2008:
Wczoraj przyjechałem do Limy, która robi bardzo zróżnicowane wrażenie. Od metropolitalnych dzielnic pełnych uroczych knajpek, wystawnego nabrzeża, dużych sklepów, wieżowców i kasyn(Atlantic city), po ostro zapuszczone centrum, gdzie są piękne kamieniczki, w których nocą nie świeci się ani jedno światło i w które odradzają chodzić turystom(tym bardziej poszliśmy). Cała Lima jest przy tym wielgaśna.
Jutro próbuje dostać się do Tacna, skąd do Arecipa(przejście graniczne między Peru i Chile) jest kawałek. Straszą, że nie ma autobusów(estetyczne linie jeżdżą dla mnie za późno, więc załapie się folklorystycznym autobusem).
Cieszę się, ze widzimy się już za dwa tygodnie!!!:)

31.05.2008:
Jestem znów w Chile z Edgarem. Rano dojechaliśmy do Puerto Varas. To 15 km od Puerto Montt, które dziś odwiedziliśmy.
ZAMKNĄŁEM PĘTELKE. Po dwudziestoczterogodzinnym wyścigu z czasem i psującym się autobusem, ratunkowo korzystając z busa i taksówki w środę dojechałem na chwile przed odlotem mojego samolotu na lotnisko do Arica. Doświadczyłem nienawistnych spojrzeń około stu pasażerów, których odlot wstrzymywano ze względu na moją nieobecność. Z Santiago dostaliśmy się do Valparaiso, odwiedzając chilijskie koleżanki ze stypendium we Francji. W ciągu 2 dni odwiedziliśmy pobliskie Vina del Mar. Miły czas i fajniej jest tu, na południu i z Edgarem. Spędzimy tu tydzień, być może wyskakując w parę okolicznych miejsc. Na pewno nie znajdzie się wśród nich Chaiten. To miasto, w którym trzy miesiące temu spędziłem dwa dni, a dziś nie istnieje!!!! Niedawno znikneło za sprawą wybuchu wulkanu.
Aparatu nie odzyskałem mimo, że odwiedziłem dwa targi, pertraktując z ciemnymi rzezimieszkami - nikt nie chciał nawet sprzedać informacji. Dużym szczęściem jest fakt, że parę dni przed kradzieżą przegrałem na płytę wszystkie zdjęcia.

Wirowanie

Pokaz slajdów

Get the Flash Player to see the slideshow.

Archiwum

Inne

Odliczamy!