to strona traktująca o naszych zmaganiach z rowerami!
Teraz, w dwa tygodnie po powrocie mogę się przyznać: Byłem na(albo jak kto woli z) rowerze w Ameryce Środkowej. Ale od początku:
Przed świętami Bożego narodzenia 2010 r mój syn Karol poinformował nas że wybiera się z rowerem na kolejna wycieczkę do Ameryki Płd. Zaproponował mi, żebym pojechał z nim. Jak można sobie wyobrazić, dla ojca 26 letniego faceta nie było innej możliwości jak tylko powiedzieć: ” oczywiście, z przyjemnością “ Była to decyzja absolutnie prawdziwie i szczerze oddająca moją radość. Tak wiec po bardzo krótkim okresie przygotowań ruszyliśmy z Krakowa , nocą z 25/26 grudnia. Oszczędzę Wam wszystkich detali i drobiazgów opisując jedynie rys całej wyprawy.
Polecieliśmy do Wenezueli. Tam spędziliśmy prawie tydzień, jeżdżąc na rowerach po Andach. Piękne widoki, mili ludzie i tylko czasem piekielna stromizna przysparzała ciemnych plam przed oczyma, co nie przeszkodziło nam wydrapać się dość wysoko. Na rowerach dotarliśmy do granicy z Kolumbią ( Cucuta), gdzie korzystając głownie z autobusów, z rowerem jako zbędny bagaż, przez Medelin dotarliśmy na płn. wybrzeże do miasta Turbo żeby stamtąd, promem :-):-) przepłynąć do Panamy. Ten odcinek drogi był najbardziej emocjonujący i nerwowy, ale jednocześnie pozwolił dotrzeć w najdalsze zakątki tego kraju. My podziwialiśmy widoki i uroki morza karaibskiego, a rowery cierpiały trudy związane z transportem i słoną , morska wodą. Tu zorientowaliśmy się że mamy zbyt mało czasu na to, żeby na planowany termin powrotu ( 17 stycznia) dotrzeć spokojnie do Meksyku do Cancun. Z żalem odpuszczając kolejne kraje, postanowiliśmy polecieć samolotem do Hondurasu. Tego miejsca nie będziemy miło wspominać. To był jedyny trudny moment w trakcie całej wyprawy. Dając się obrabować mięliśmy uczucie, że i tak wszystko się skończyło dla nas szczęśliwie. Mogło być znacznie gorzej. Tak więc, chcąc szybko zapomnieć o napięciu poprzedniego wieczoru, wystartowaliśmy nazajutrz rano i pokonując na rowerze kolejne kilometry dotarliśmy do Gwatemali. Jeden nocleg w miasteczku portowym i nazajutrz kolejnym promem do Belize. Tu po raz pierwszy pojawiła się możliwości na porozumienie z ludźmi w jakimś innym języku jak hiszpański. Do tej pory znajomość nie wiem ilu języków, jeśli w śród nich nie ma hiszpańskiego, nie daje Ci żadnej szansy na porozumienie z “lokalnymi”. Co raz więcej “białasów” i turystów. Na szczęście ten obraz jest radośnie przeplatany pogodnymi i kolorowymi postaciami rdzennych mieszkańców. Zasuwamy dalej na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża półwyspu Jukatan. Ostatnim krajem do którego docieramy jest Meksyk.. Instalujemy się w miłym domku, blisko morza i robimy sobie dwa dni spokojniejsze. Z radością znów dosiadamy rowerów żeby odbyć całodzienna wycieczkę wzdłuż wybrzeża .Potem już tylko szukanie odpowiednich kartonów, pakowanie rowerów, wyprawa na lotnisko i do domu!!!! Wszystko razem było wspaniałym przeżyciem.
Pozdro
ks